Czy masz swoje trzecie miejsce?

Uważam, że każdy z nas powinien je mieć! Czym jest trzecie miejsce? Zacznijmy od początku. Otóż pierwszym miejscem w naszym życiu jest dom. Drugim? Praca. To tam spędzamy w sumie najwięcej czasu.

Zarówno w domu jak i w pracy sporo się dzieje! Nie wiem, jak Ty, ale ja muszę czasem po prostu wyjść, oderwać się od bieżących spraw, nabrać dystansu i chwilę odpocząć.

Domyślam się, że znasz kawiarnie Starbucks. Ale czy słyszałeś historię ich powstania? Otóż jeden z założycieli Starbucksa, postanowił stworzyć miejsce, które będzie niedaleko (tuż za rogiem) od naszego domu lub pracy, do którego będziemy mogli przyjść, by wygodnie usiąść w fajnym wnętrzu, odpocząć, poczytać sobie albo spotkać się z kimś i na luzie pogadać. I przy okazji napić się dobrej kawy. Jak dzisiaj widzimy, jego pomysł na ten biznes okazał się dużym sukcesem!

Uważam, że dobrze mieć swoje miejsce niezwiązane ani z domem, ani z pracą. Dla niektórych jest to właśnie kawiarnia. Ale są też tacy, którzy znajdują swoją przestrzeń, spokój oraz przyjemność w wędkarstwie, inni na jodze, w tańcu, sztuce, modelarstwie, jeździe na rowerze, tenisie, karate, brydżu czy w żeglarstwie.

Moim trzecim miejscem jest co ciekawe fotografia. Sam robię fatalne zdjęcia, ale podziwiam innych, którzy robią piękne zdjęcia. Wręcz pasjonuję się galeriami fotografii i konkursami takimi jak np. World Press Foto. Kręci mnie to, wchodzę w temat na całego. Kiedy tylko pojawiają się wyniki, ciężko się ze mną skontaktować.

I o to właśnie chodzi. Dobrze mieć w życiu jakieś hobby. Jakieś zainteresowanie, które nie jest bezpośrednio związane z obowiązkami w domu i w pracy. Trzecie miejsce jest też jednym z elementów mojej Piramidy Sukcesu. Metody, która zwiększa moje szanse na osiągnięcie sukcesu, z której korzystam już od ponad 23 lat i o której pisałem w jednym z poprzednich moich newsletterów. Co więcej: trzecie miejsce znajduje się w fundamencie mojej piramidy. To tylko dowód jak ważny jest to dla mnie temat.

Polecam Ci zwrócić na to uwagę. Jeśli jeszcze nie masz swojego trzeciego miejsca, to go znajdź. Jeśli już je masz, to korzystaj z niego!

Pozdrowienia z nad jeziora Garda we Włoszech. Jutro o 12-tej w samo południe, wystartujemy do pierwszego wyścigu regat Alpen Cup. Będą to mocno obsadzone zawody. Mamy rywali z Anglii, Szwajcarii, Włoch, Francji, Niemiec, Austrii, Norwegii a także z Bahamów i dalekiej Australii. Ścigamy się do soboty. W sumie 6 wyścigów. O przebiegu regat napiszę na swoim LinkedIn, Facebooku i Instagramie. Tymczasem trzymaj za nas kciuki proszę 😉 To działa! 

Żegluję w załodze z Przemkiem i Edwardem Wrightem z Anglii na jachcie Aspire klasy 5.5. Naszym trenerem jest Australijczyk Ian Warren. Jestem skipperem całego teamu, co oznacza, że koordynuję cały program i prowadzę nie tylko jacht, ale również odprawy(spotkania) przed wypłynięciem i po wyścigach. 

Przez wiele lat uprawiania sportu wypracowałem schemat bardzo efektywnych a zarazem ciekawych i angażujących spotkań. Sprawdzają się nie tylko w sporcie, ale też w biznesie. 

Jak to wygląda? 

Wszystko zaczyna się poprzedniego dnia. Wieczorem wysyłałem na naszej grupie na WhatsApp’ie plan na kolejny dzień. Dzisiaj będzie wyglądać to tak: 

Głównym punktem programu jest oczywiście sesja treningowa. Dzisiaj wypływamy punktualnie o 13:15 na dwu i pół godzinny trening. 

Briefing 

Jakie mamy cele, na czym się skupimy i co chcemy osiągnąć? To omówiliśmy na porannym briefingu. Prowadzę to spotkanie. Na podstawie bieżących rozmów przygotowuje 3 punkty na których się dzisiaj skupimy. Są to nasze priorytety. 

Jednak zanim do nich przejdziemy, zawsze pytam wszystkich jak się dzisiaj czują. Czy wszyscy są w dobrej formie? Czy nikogo nic nie boli? Coś nie trapi? Czy coś może odciągać uwagę lub sprawić, że nie dam z siebie 100%? 

Umówiliśmy się na szczerość i wzajemne wsparcie. Jesteśmy tu by dać z siebie wszystko i spróbować wygrać te regaty. Jeśli nawet jedna osoba z zespołu będzie miała z jakiegoś powodu gorszy performance, zmniejszamy szansę na sukces. 

Jestem liderem i ode mnie często idzie przykład. Kiedy coś jest u mnie nie tak, albo coś mnie boli lub dolega to zawsze o tym mówię. Na początku w zespole widziałem zaskoczenie, później już wszyscy zaczęli tak robić. 

Następnie przechodzimy do omówienia prognozy pogody. 2-3 minuty i mamy pełen pogląd na to w jakich warunkach przyjdzie nam dzisiaj żeglować oraz jakie ustawienia i żagle powinniśmy wybrać. 

Dopiero potem przedstawiam 3 priorytety. Nie mniej, nie więcej. Dzisiaj będzie to: 

1.     Utrzymywanie prędkości podczas zwrotów

2.     Manewr okrążania dolnego znaku

3.     Pozycjonowanie na linii startu 

Wiadomo, że wydarzy się dużo więcej, ale to są trzy tematy, na których chcemy się dzisiaj skupić i je doskonalić. 

Moje poranne briefingi trwają do 15 minut. Nigdy więcej. Jestem dobrze przygotowany a dyskusja jest konkretna i do celu. Rozmowa jest potrzebna. Wszyscy w zespole muszą wiedzieć, gdzie jesteśmy, jakie mamy cele, jak je chcemy osiągnąć i w jakim czasie. By to zrobić nie potrzeba długich spotkań. Uwierz mi, sprawdziłem to zarówno w sporcie jak i w biznesie. 

Debriefing

Po powrocie z wody każdy ma trochę czasu dla siebie. Żeby się przebrać, wykąpać, coś zjeść i nieco odpocząć. O godzinie 17-tej spotykamy się na debriefingu. Jest to czas by porozmawiać o tym co się dzisiaj wydarzyło i czego się dzisiaj nauczyliśmy. 

Siadamy sobie wygodnie na pół godziny. Czasem 45 minut. Ale nie dłużej. Jedna osoba (często to jestem ja) robi na bieżąco notatki. Zapisujemy je na dysku google do którego każdy w Teamie ma dostęp. Po to, żeby tego samego dnia, za tydzień, za miesiąc a nawet za rok, można było do nich wrócić. 

W trakcie rozmowy omawiamy sytuacje, które się wydarzyły. Wiele z nich nie były idealne. W wielu za pierwszym razem nie daliśmy rady. Na tym polega życie, sport, biznes. 

Aby utrzymać dobre relacje w zespole, szacunek a przede wszystkim ciągły element wzajemnego wspierania się, podczas rozmowy stosuję metodę NVC. Nonviolent Communication to podejście do komunikacji oparte na zasadach niestosowania przemocy (słownej). Według teorii (dostępnej np. w Wikipedii), ma pomagać zakańczać spory, zwiększać empatię i poprawę jakości życia osób, które korzystają z tej metody oraz osób wokół nich. 

Jak to u nas działa? Bardzo prosto. Omawiając daną sytuację, zadanie czy zdarzenie, skupiamy się na tym co się wydarzyło i co można zrobić, żeby następnym razem zrobić to jeszcze lepiej. Nigdy nie mówimy o osobach, które daną rzecz robiły. Tym bardziej nie wskazujemy na nią palcem.  Skupiamy się na zadaniu a nie na ludziach. Działa to świetnie. Nie tylko na relację i atmosferę w zespole ale także na sposób w jaki się rozwijamy i dajemy sobie radę z różnymi wyzwaniami. 

Poranne briefingi i popołudniowe debriefingi to stałe punkty programu moich działań. Wiedzę, że przynoszą fantastyczne rezultaty, dlatego postanowiłem się z Tobą dzisiaj tym podzielić. Może będziesz chciał(a) z tego skorzystać. Samemu lub zasugerować coś swojemu szefowi. Śmiało. Polecam. I trzymam kciuki. 

Pozdrawiam, Mateusz ⛵️


Postanowiłem, że dzisiaj będzie miło, lekko i przyjemnie. Napiszę o delfinach, kolegach z Austrii, wspomnę o cierpliwości, która popłaciła i jaki miałem sposób, by zwyciężyć w decydującym wyścigu, którego stawką była wygrana w regatach Bacardi Cup w Miami.  

Ale od razu zaznaczę, że nie wszystkie historie, którymi się z Tobą dzisiaj podzielę, układały się od samego początku po mojej myśli i były zawsze miłe, lekkie i przyjemne. W sumie to chyba mam tak przez całe życie. Cały czas pod górkę. Ale jak to mówi mój przyjaciel: „nie narzekaj, że jest ciężko, skoro zmierzasz na szczyt!” 

Delfiny

Przylecieliśmy do Miami na trzy dni przed rozpoczęciem 96. edycji słynnych regat Bacardi Cup. Wyciągnęliśmy z Bruno naszą łódkę z hangaru, postawiliśmy maszt, rozwinęliśmy żagle i wypłynęliśmy na zatokę Biscayne Bay „zrzucić rdzę” po zimowej przerwie. Gdybyśmy tego nie zrobili, moglibyśmy stanowić poważne zagrożenie dla innych jachtów 😉. 

Po kilku godzinach treningu wszystko wróciło u mnie do normy. To chyba pamięć mięśniowa i lata doświadczeń spędzonych na łódce. Pod koniec pierwszego treningu czułem się jak ryba w wodzie. 

I kiedy na koniec dnia kierowaliśmy się z powrotem do mariny, wyskoczyły nam przed dziobem dwa delfiny. Podpływały do nas co chwila. Bawiły się. Cudowny widok. Szkoda, że nie miałem kamery… To nie pierwszy raz, kiedy spotykam delfiny i za każdym razem przynoszą mi szczęście. Pomyślałem, że to dobry znak

Koledzy z Austrii

Moja strategia zakłada, że na początku regat nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka. Żegluję jak najlepiej, ale nie muszę za wszelką cenę wygrać pierwszego wyścigu. To też dobra okazja, by sprawdzić przy okazji, w jakiej formie są nasi rywale. 

Na drugim okrążeniu „wymsknęli się” przed nas Austriacy. Hans Spitzauer i Christian Nehammer to olimpijczycy i medaliści Mistrzostw Świata. Zaryzykowali, płynąc mocno w lewą stronę, dzięki czemu zyskali kilkadziesiąt metrów. Byłem z tym ok. Robiliśmy swoje. Przed nami jeszcze 4 mile morskie do mety. Pomyślałem, że powalczymy o wygraną, ale drugie miejsce w tak długich regatach też będzie w porządku. 

Ku memu zaskoczeniu nasi rywale z okolic Wiednia zaczęli nas mocno pilnować, robiąc zwroty niemal „na naszej twarzy”, zabierając nam tym samym wiatr. Mieli do tego prawo. Pozwalają na to przepisy. 

Kosztowało nas to dodatkowe zwroty. Na każdym traciliśmy około 12 metrów. Zrobili nam w sumie 5 takich „prezentów”. Zamiast płynąć na drugiej, spadliśmy na czwartą pozycję. Jachty z tyłu nas dogoniły i tuż przed metą zrobiło się tak ciasno, że blisko 15 załóg walczyło o zwycięstwo. Przypłynęliśmy na 7 miejscu, Austriacy spadli na 10 pozycję!  

Pamiętam, co wtedy pomyślałem: „Co za goście! Zależy im chyba na zwycięstwie w wyścigu, a nie w całych regatach!”. To nie pierwszy raz, kiedy widziałem, jak skupienie na bieżącej sprawie i bezpośredniej rywalizacji, przysłania widok na „big picture” i duży cel. Taka nieustanna walka z jedną osobą, ryzykowne zagrania, nieprzemyślane decyzje i postawienie wszystkiego na jedną kartę w jednym momencie, często niweczą sukces na „długim dystansie”. Warto o tym pomyśleć i spojrzeć, czy sami nie wpadliśmy w takie błędne koło. 

Wspomniana sytuacja z Austriakami utrudniła nam początek regat, ale całe szczęście nie przeszkodziła w końcowym zwycięstwie. Było ciężko, ale daliśmy radę! 

Cierpliwość popłaca 

W drugim wyścigu żeglowaliśmy na czwartej pozycji. Liderzy byli blisko, ale ciasno wchodzili na prawą boję zwrotną. Zdecydowaliśmy okrążyć lewą boję i wrócić szybko do środka trasy. Mając dobrą prędkość, liczyliśmy, że ich wyprzedzimy. 

Niestety wiatr niespodziewanie skręcił mocno w lewo i zamiast awansować, spadliśmy na 8-9 pozycję. Auć 😟 Wyglądało to nieciekawie. 

Szybko skonsultowałem sytuację z Bruno, przypomnieliśmy sobie prognozę pogody, obliczyliśmy kąty oraz kursy kompasowe i wiedząc, że przed nami jeszcze godzina do mety postanowiliśmy, że popłyniemy swoim kursem. 

Powoli oddalaliśmy się od reszty stawki… Ale mieliśmy dobrą prędkość i dobry kurs. W pewnym momencie byliśmy samotnym białym żaglem po prawej stronie trasy. Cierpliwie czekaliśmy na skręt wiatru i świeży powiew bryzy. Bruno zaczął się nawet w pewnym momencie modlić 😉 

Dojechaliśmy do samej krawędzi trasy (co normalnie mi się nie zdarza) i w końcu przyszedł wyczekiwany wiatr. Zrobiliśmy zwrot i wróciliśmy do gry! Na górnej boi byliśmy trzeci, a na ostatnim kursie z wiatrem wyprzedziliśmy jeszcze słynnego Paula Cayarda, finiszując na znakomitej drugiej pozycji. 

Decydujący wyścig 

Ostatniego dnia regat w czołówce było bardzo ciasno. Aż 7 załóg mogło wygrać te regaty! W klasyfikacji generalnej prowadzili Irlandczycy. My z 2 punktami za nimi. Tylko 1 punkt straty do nas mieli Norwegowie, 3 punkty Amerykanie i tak dalej. 

Nie będę ukrywał, pojawiły się emocje, presja i stres. Naszym celem było zwycięstwo w tych regatach! Bruno powiedział wprost: przyjechaliśmy tu, żeby je wygrać! 

Co w takim razie zrobiłem, by zwyciężyć w decydującym wyścigu, którego stawką była wygrana w regatach Bacardi Cup w Miami? 

Po pierwsze: skupiłem się na swojej rutynie. Wieczorem poprzedniego dnia poszedłem na spokojny spacer, położyłem się do łóżka o tej samej godzinie co zawsze, przed zaśnięciem zrobiłem sobie ciepłe mleko z odrobiną miodu. 

O poranku wstałem pełen dobrej energii. Powiedziałem sobie, że to będzie dobry dzień. Zrobiłem krótką gimnastykę, wziąłem prysznic, zjadłem śniadanie i zrobiliśmy 15 minutowy briefing. Z Bruno i Augie Diazem, który na co dzień żegluje w Miami. Augie podzielił się z nami cennymi wskazówkami na podstawie prognozy pogody, którą na tym briefingu omówiliśmy. 

Po drugie: podsumowałem sobie cały tydzień regat. Wyciągnąłem wnioski z poprzednich wyścigów. Uświadomiłem sobie jakie mamy mocne strony i gdzie mamy przewagę nad konkurentami (taktyka i prędkość) a na co muszę zwrócić szczególną uwagę (start i zwroty). Na podstawie notatek jakie robiłem po każdym wyścigu, wyciągnąłem wniosek jakie będzie najlepsze ustawienie naszej łódki na ostatni wyścig. 

Po trzecie: od rana ani razu nie pomyślałem o rywalach. Kto jest przed kim i z kim mamy się ścigać. Skupiłem swoją uwagę na Bruno, naszej łódce, wietrze i falach. Myślałem tylko o tym, żeby popłynąć piękny wyścig. Zadbałem też o pielęgnację wdzięczności. Powiedziałem sobie: Mateusz, ty farciarzu. Masz przyjemność żeglować, w fajnym towarzystwie, w pięknym miejscu, na najwyższym poziomie. Ciesz się chwilą, bo zaraz wracasz do domu 🤣 

Na koniec dodam jeszcze jedną cenną myśl, która towarzyszy mi od czasu Igrzysk w Atenach. Otóż nawet jak wcześniej nie wszystko idzie po mojej myśli i napotykam na swojej drodze szereg przeszkód, to będę dążył do sytuacji, by w decydującym momencie (w ostatnim wyścigu) być wśród tych, którzy będą walczyć o zwycięstwo. 

Mam nadzieję, że te historie i konkretne metody posłużą Ci jako inspiracje w Twojej karierze zawodowej lub w życiu prywatnym. Jeśli skorzystasz, choć z jednej, będę mega szczęśliwy. Powodzenia!


Pytam nie bez powodu. Otóż w miniony weekend wypiliśmy herbatę z Markiem Kamińskim. Zawsze nam się dobrze rozmawia. Mamy podobne zainteresowania, wartości i obserwacje.

Podczas spotkania doszliśmy do wniosku, że w dzisiejszych czasach cały czas mamy coś na głowie. Pędzimy jak szaleni. Ciągle jesteśmy czymś zajęci. 

Słowo „jesteśmy” z poprzedniego zdania można u wielu z nas zamienić na „chcemy być” lub „potrzebujemy być”. Niektórzy nazywają to nawet chorobą, ale my z Markiem podchodzimy do tematu inaczej. Wymieniliśmy się pomysłami co można z tym zrobić i w jaki sposób sobie pomóc by nieco zwolnić tempo, zwiększyć swoją samoświadomość, wyciszyć się i uporządkować swój świat

Zacznę od metody Marka: 

Podczas jednego ze swoich ostatnich wykładów, Marek zaproponował wszystkim uczestnikom, by zamiast mówienia do nich przez godzinę, niech przez ten czas pobędą razem w kompletnej ciszy. Dodał, że dla wielu mogłoby to być bardziej przydatne niż jego godzinna prezentacja. Spośród wszystkich zebranych mniej więcej jedna trzecia podniosła rękę zgłaszając, że to ciekawy pomysł, i że tego potrzebują. 

Marek sugeruje jednak, żeby zamiast godziny zacząć od 5 minut. Zarezerwuj je dla siebie każdego dnia. Usiądź w cichym miejscu i spędź 5 minut w milczeniu. Bez ruchu, bez mówienia, bez myślenia. 

Z tym ostatnim to u mnie będzie chyba najtrudniej – odparłem Markowi. A on na to: 

„Spróbuj Mateusz medytacji. W najprostszej formie. Policz od 1 do 100. Albo skup się tylko na swoim oddechu. Albo używając swojej wyobraźni, wdychaj kolor, który lubisz, wydychaj kolor, którego nie lubisz. Nie myśl w tym czasie o sprawach do załatwienia, zakupach, które musisz zrobić, projekcie, który Cię goni, czy dzieciach, które masz odebrać z przedszkola. Te 5 minut jest dla Ciebie.”

Takie 5 minut to także jeden ze sprawdzonych sposobów na obniżenie stresu poprzez odciągnięcie uwagi od bieżącego tematu i nabranie na nowo wewnętrznej energii, dystansu do bieżącej sytuacji i spraw, którymi się zajmujemy. 

OK, a teraz moja metoda, którą podzielę się z Tobą. Stosuję ją od ponad 10 lat. Polega na spotkaniu się sam ze sobą. Tak, umawiam się na godzinną rozmowę z Mateuszem Kusznierewiczem

Robię to raz w tygodniu od 10 lat! Patrzę w tej chwili na swój kalendarz i widzę, że mam wpisane spotkanie ze sobą na jutro w godzinach od 10 do 11 a w przyszłym tygodniu będzie to wtorek popołudniu, od 14 do 15. 

Podczas takiego spotkania siadam sobie w spokojnym miejscu. Czasem jest to pokój, do którego nikt nie wejdzie. Przy ładnej pogodzie siadam na ławce w parku. 

Zdarza mi się też usiąść na taką rozmowę w kawiarence. Najlepiej takiej, w której wiem, że nikt raczej do mnie nie podejdzie. Wyłączam telefon, nie biorę gazety ani książki, jestem sam ze sobą. I zaczynam rozmowę. 

Na początku zadaje sobie pytanie: Mateusz, jak się masz? Tak trochę po amerykańsku: „how are you”. Ale odpowiedź nie jest w stylu „fine, thanks, and you?”. Odpowiadam sobie szczerze jak generalnie się czuję: dobrze, średnio albo po prostu „jest źle”. Staram się namierzyć powody takiego stanu, docenić i podziękować za to co mam lub po prostu wkurzyć się na siebie za to, gdzie siebie doprowadziłem i w co wpakowałem. 

Następnie rozmawiam ze sobą o moim życiu. O swoim zdrowiu. O bólu w kolanie. Dlaczego do tej pory nie poszedłem z tym do lekarza? Dlaczego cały czas to odkładam? Kiedy ostatni raz robiłeś Mateusz screening (przegląd) swojego stanu zdrowia? Morfologię, USG brzucha i jąder? Patrzę w kalendarz i jestem zły na siebie, że zaniedbałem ten temat. Od razu postanawiam to nadrobić. 

Moja rozmowa sam ze sobą podąża następnie w kierunku moich relacji z najbliższymi. Ostatniej rozmowy z Izą. Zachowaniem dzieci. Wizytą u rodziców. Pomysłem na święta wielkanocne, który następnie omówimy w domu. Mam czas i spokój, żeby zagłębić się w te tematy. Więcej poczuć, zrozumieć, wyobrazić sobie jak inni je widzą i do nich podchodzą. 

Na koniec rozmawiamy z Mateuszem o biznesie. O osobach z którymi pracuję. Czy powinienem kogoś wesprzeć? Może nagrodzić. A może komuś podziękować i zakończyć współpracę? Na ostatnim spotkaniu sam ze sobą rozważałem bardzo ciekawą propozycję, którą ostatnio dostałem. Pod wpływem emocji i bez chwili zastanowienia, pewnie od razu bym ją przyjął. Podczas spotkania sam ze sobą spojrzałem na nią z wielu perspektyw. Policzyłem czas jakim dysponuję i zweryfikowałem obecne projekty i działania. Doszedłem do wniosku, że muszę odmówić. Nie żałuję tego. Jestem przekonany, że podjąłem słuszną, przemyślaną decyzję. 

Co dają mi takie spotkania ze sobą? Zauważyłem, że dzięki nim mam czas by na chwilę się zatrzymać, spojrzeć na moje życie z innej perspektywy, zwiększyć swoją samoświadomość. Tym samym podejmuję mniej błędnych decyzji. 

Polecam Ci spróbować naszych metod. Ciekaw też jestem co o nich sądzisz? Napisz proszę. Przeczytam każdego maila jakiego do mnie wyślesz w odpowiedzi na ten newsletter. 

Dzięki i dobrego dnia. 

Pozdrawiam, Mateusz


Na wstępie odrobina szczerości z mojej strony: przyznam Ci się, że za późno dałem sobie przyzwolenie na popełnianie błędów.  

Miałem przez to w życiu sporo niepotrzebnego stresu. Nie akceptowałem niepowodzeń i bardzo mnie to męczyło. Siedziało mi to w głowie do tego stopnia, że kiedy kolejny raz miałem podjąć jakieś ambitne wyzwanie i spróbować czegoś nowego, czułem psychologiczną blokadę, żeby to zrobić. Obawiałem się, że mi to nie wyjdzie i znów poczuję nieprzyjemny smak  porażki. 

Może brzmi to dziwnie patrząc na moje dokonania i sukcesy. Ale prawda jest taka, że to co widać na zewnątrz, nie zawsze idzie w parze z tym co przeżywamy wewnątrz. Moje sukcesy były okupione wieloma wyrzeczeniami i stresem, którego zarówno w sporcie jak i na co dzień w życiu mamy pod dostatkiem.  

Dzisiaj jestem o wiele mądrzejszy w tym temacie. Sporo w sobie zmieniłem. Spotkałem na swojej drodze ciekawych ludzi, u których podejrzałem m.in. jak przyzwalają sobie na błędy, by… osiągać fantastyczne rezultaty i mieć mniej stresu

Mam świetną historię, o której nigdy wcześniej nie opowiadałem. Otóż, przed Igrzyskami w Tokio zadzwonił do mnie znakomity sportowiec Zsombor Berecz z propozycją współpracy. Poprosił mnie o pomoc w przygotowaniach olimpijskich. Zgodziłem się. Zanim wypłynęliśmy na pierwszy trening pojechaliśmy do Słowenii. Spędziliśmy tam 3 dni robiąc dziennie kilkadziesiąt kilometrów po górach. To był dobry czas na poznanie się i rozmowę. 

Zastanawialiśmy się, jak ułożyć strategię przygotowań do Igrzysk by zdobyć na nich wymarzony medal. Obaj byliśmy świadomi skali wyzwania i poziomu konkurencji. Brytyjczycy, Amerykanie, Hiszpanie, Australijczycy, Holendrzy i Brazylijczycy to istne mocarstwa w świecie sportu i żeglarstwa. Zjadają takich Polaków i Węgrów jak my na śniadanie. 

Doszliśmy do ważnego wniosku: by z nimi wygrać, musimy się ciągle rozwijać! Udoskonalać formy treningu, szukać nowych materiałów na żagle, próbować innej techniki surfowania po falach czy ustawiania się na linii startu. 

Na koniec wędrówki po górach mieliśmy ułożony plan, na który składało się wiele decyzji. Jedna wydaje mi się kluczowa. Otóż ustaliliśmy, że w ramach przygotowań do Igrzysk w Tokio, przyzwalamy sobie na błędy!

Efekt takiego podejścia był niesamowity. Mieliśmy wewnętrzny spokój i komfort w próbowaniu nowych rozwiązań, wprowadzeniu przemyślanych zmian oraz eksperymentowaniu nowych metod i technologii. Nie wszystkie z tych testów i prób zakończyły się powodzeniem. 

Pamiętam jak podczas Mistrzostw Świata w Portugalii, Zsombor był stawiany w gronie faworytów do zwycięstwa. Działo się to na 6 miesięcy przed wylotem do Japonii. Widząc znakomitą okazję do przetestowania nowego manewru na starcie oraz innowacyjnego żagla, podjęliśmy świadomą decyzję o sprawdzeniu tego podczas tych Mistrzostw. 

Starty Zsombor miał świetne, jednak nowy żagiel się nie sprawdził. Ostatecznie mój zawodnik zajął u wybrzeży portugalskiego Porto piąte miejsce. 

Katastrofa! Co się stało? Przecież to Mistrzostwa Świata. A za chwilę Igrzyska… 

Tak wielu mogło pomyśleć. Ale nie my!

My wracaliśmy z Portugalii z ukrytym uśmiechem na ustach. Pomimo niepowodzenia, czuliśmy wewnętrzny spokój. Mieliśmy kontrolę nad sytuacją i byliśmy świadomi tego, co się wydarzyło. Dokonaliśmy analizy i wyciągnęliśmy cenne wnioski. A co najważniejsze, te Mistrzostwa w Portugalii przybliżyły nas do ostatecznego sukcesu w Tokio! (Zsombor zdobył srebrny medal). 

Pozwól, że zdradzę Ci moją definicję określenia „High Performance”. 

To działanie na najwyższym poziomie, przede wszystkim wtedy, kiedy liczy się wynik (efekt). Kurcze, jak ciężko jest to wyjaśnić po polsku. Może lepiej będzie jak napisze to po angielsku: „High Performance – ability to perform when it really counts”. 

Wszystko poza tym, czytaj: w drodze do najważniejszego momentu, powinno być dla nas możliwością rozwoju, testowania, próbowania i doświadczania nowych rozwiązań i metod. Dzięki temu zarówno my sami jak i firmy oraz projekty, w które jesteśmy zaangażowani, będą z dnia na dzień coraz lepsze i mocniejsze. 

Na koniec kilka moich obserwacji po tym jak zacząłem przyzwalać sobie na błędy: 

– ograniczyłem w sobie poziom stresu i napięcia;

– nie muszę zawsze i we wszystkim być idealny i perfekcyjny;

– nie mam presji spełniania oczekiwań innych;

– mam w sobie więcej odwagi;

– widzę, że się rozwijam i zmieniam na lepsze. Samemu jak i razem z zespołem. 

Jak Twój początek roku? Czy podobnie jak ja, ciekaw jesteś co się wydarzy i czego doświadczymy w 2023 ? Nie mam na myśli inflacji, wojny na Ukrainie czy jesiennych wyborów, bo na to nie mamy większego wpływu. Lepiej skupić się na tym, nad czym mamy kontrolę i co możemy osiągnąć dzięki swoim działaniom

Jestem bardzo zadowolony z planu jaki sobie ułożyłem na ten rok. Wybrałem trzy priorytety, na których się skupię (o szczegółach napisze poniżej). Jestem przekonany, że jeśli zadbam o energię, motywację i wykażę się efektywnością w działaniu, to będzie dobrze. Może nawet bardzo dobrze. 

Lubię czas przełomu roku. Dużo myślę o przyszłości, jak również cofam się do przeszłości. Ostatnio w swojej wyobraźni przeżyłem sytuację, w której przeniosłem się w czasie o 20 lat do roku 2003. Stanąłem przed sobą mając możliwość przekazać sobie tylko jedną radę. Wiecie co sobie powiedziałem? 

Zaraz Ci to zdradzę, ale najpierw krótkie wprowadzenie: 

Po zdobyciu brązowego medalu olimpijskiego na Igrzyskach w Atenach (2004) przesiadłem się na większą, dwuosobową łódkę klasy Star. Do załogi zaprosiłem mojego odwiecznego rywala Dominika Życkiego, z którym stworzyliśmy świetny duet

Żeglowaliśmy razem przez blisko 15 lat, wygrywając w tym okresie m.in. Mistrzostwa Świata (2008) i Mistrzostwa Europy (2012). Mieliśmy też oczywiście kilka mniej udanych startów, ale też wiele innych sukcesów i ciekawych doświadczeń. 

W 2017 roku Dominik nie mógł pojechać na regaty, w których chciałem wystartować. Zacząłem dzwonić do innych dobrych żeglarzy. Odzew był bardzo pozytywny. Na Mistrzostwach Europy na jeziorze Garda żeglowałem z Portugalczykiem Frederico Melo 🇵🇹. Na kolejnych z Niemcem Frithjofem Kleenem 🇩🇪. W 2019 roku w załodze z Brazylijczykiem Bruno Prada 🇧🇷 wygraliśmy Mistrzostwa Świata i trzy razy słynne regaty Bacardi Cup. To wszystko na Starze

Idąc tym śladem, do naszego projektu żeglarskiego Aspire (trzyosobowa łódka klasy 5.5) co jakiś czas zapraszamy z Przemkiem innych znakomitych załogantów. Pierwszy rok żeglowaliśmy z Brytyjczykiem Simonem Fry 🇬🇧. W zeszłym roku na Mistrzostwach Francji dołączył do nas utytułowany Szwajcar Flavio Marazzi 🇨🇭 W 2023 roku zaprosiliśmy do załogi wielokrotnego Mistrza Świata i Europy, Brytyjczyka Edwarda Wrighta 🇬🇧.

I teraz to co w tej historii najważniejsze: od każdego z tych wspaniałych żeglarzy nauczyłem się czegoś nowego. Każdy wywodzi się z innej kultury, innej szkoły, ma różne podejście, metody czy punkt widzenia. Nie przypuszczałem, że mając na swoim koncie złoty medal olimpijski, tytuły Mistrza Świata i Europy mogę się jeszcze czegoś nauczyć i coś znaczącego w sobie zmienić. Jak bardzo się myliłem. Przez ostatnie 4 lata żeglowania (z Frederico, Frithjofem, Bruno, Simonem, Flavio, Edem i Przemkiem) zdobyłem więcej wiedzy, cennych informacji i nowych umiejętności niż przez 15 lat żeglowania w tej samej załodze. Podkreślę w tym miejscu wielką wiedzę i umiejętności Dominika, do którego mam wiele szacunku i sympatii. 

Jaki z tego wniosek? Gdybym mógł cofnąć się w czasie do 2003 roku to powiedziałbym sobie: „Mateusz, bądź otwarty na nową wiedzę. Co jakiś czas zmieniaj otoczenie. Poznawaj nowych ludzi. I zapraszaj ich do swojego zespołu by poznać ich punkt widzenia i się od nich uczyć!”.

Szczególnie wartościowa jest dla mnie wiedza i umiejętności pozyskana od mojej „starej” konkurencji. Od zawodników, którzy byli kiedyś moimi rywalami. Dzisiaj stosuję tę zasadę nie tylko w sporcie, ale też w biznesie. Ale o tym następnym razem. 

Raz na jakiś czas zatrzymuję się by pomyśleć, iloma różnymi ścieżkami mogłem pójść w życiu, jakich wyborów dokonałem i czego mogę jeszcze doświadczyć. 

Na co dzień skupiam się na bieżących sprawach, stosując się do następującej zasady:

Ale raz na jakiś czas pojawia się na mojej drodze coś, o czym nie myślałem i nie miałem w swoich planach. Jednym z takich zdarzeń był telefon, jaki odebrałem w lipcu 2019 roku. Zadzwonił do mnie Zsombor Berecz, węgierski żeglarz, z którym rozmowa wyglądała tak:  

– Cześć Mateusz, tu Zsombi. 

– Cześć Zsombi, jak się masz?  

– Dobrze, dzięki, a co u Ciebie?  

– Dobrze, dzięki.  

– Słuchaj Mateusz, mam sprawę: jesteś moim idolem, świetnym żeglarzem, pamiętam jak kiedyś wygrałeś Mistrzostwa Świata po czym pojechałeś na Igrzyska (w Sydney) i zająłeś na nich 4 miejsce… 

– Zsombi, dzięki… musiałeś mi to przypominać? Wiesz, spieszę się, muszę kończyć… 😣  

– Mateusz, poczekaj, mam sprawę: otóż ja w zeszłym roku wygrałem Mistrzostwa Świata, a obecnie przygotowuje się do Igrzysk Olimpijskich w Tokyo na których… nie chcę zająć czwartego miejsca – po czym od razu dodał – pomóż mi nie popełnić tych samych błędów które Ty wtedy popełniłeś.  

Nieźle co? Co za gość! Jaka samoświadomość! Co za odwaga! Zrobił na mnie wrażenie. Miałem wtedy dużo zajęć i pracy, ale postanowiłem mu pomóc. Zostałem trenerem i mentorem Zsombora. Mieliśmy współpracować przez rok, ale w marcu 2020 roku cały się świat się zatrzymał i nawet największe imprezy sportowe takie jak Euro 2020 czy Igrzyska Olimpijskie w Japonii zostały przesunięte o rok.  

5 sierpnia 2021 Zsombor zdobył w Tokyo srebrny medal 🥈 Poza wielką radością i satysfakcją, którą możesz zobaczyć na tym zdjęciu jest jeszcze coś więcej, co wyniosłem z tej współpracy. 

Nie sądziłem, że będąc trenerem i mentorem mogę samemu wynieść tak wiele dla siebie. Szczególnie biorąc pod uwagę różnicę wieku, doświadczenie, wiedzę i dorobek medalowy. Chyba zabrzmiałem jak stary belfr – prawda? 

Nauczyłem się od Zsombora fantastycznych umiejętności, m.in. planowania w ciągu dnia „Power Nap” czyli 15-minutowej drzemki jak również przyzwalania sobie na błędy i przegrane

O jednej i drugiej metodzie jeszcze napiszę w kolejnych newsletterach Dobry Kurs, ale dzisiaj chciałbym zapytać Cię, czy nie myślisz o tym, żeby rozwinąć się poprzez mentoring drugiej osoby? Rozważ to. Zachęcam Cię do tego. 🤗 

Wiem, że mamy dużo na głowie, szczególnie na koniec roku, przed Świętami, ale to jest dobry czas, żeby o tym pomyśleć i podjąć taką decyzję. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów się, czy chcesz pójść w tym kierunku? 🤔 

Jeśli tak to super. Możesz liczyć na moje wsparcie i zestaw notatek, które zebrałem w trakcie współpracy z Zsomborem. Przekazuję Ci je w prezencie (świątecznym) 🎁 🎄:  

1. Wyłączyłem swoje ego – tu nie chodzi o mnie tylko o mojego podopiecznego; 

2. Jako mentor muszę wzmocnić swoją empatię i umiejętność słuchania; 

3. Nie tylko dzielę się swoją wiedzą, obserwacjami i doświadczeniami, ale też tworzę przestrzeń, żeby myślał i kreował swoje pomysły;  

4. Nie prowadzę za rękę a wspieram; 

5. Słucham i obserwuję, by dowiedzieć się co jest główną potrzebą mojego podopiecznego; 

6. Mówię bezpośrednio. Bez owijania w bawełnę; 

7. Dobrze wiedzieć jakie są mocne i słabe strony mojego podopiecznego; 

8. Powinienem rozwijać i wzmacniać nie tylko umiejętności techniczne, ale także mentalne;  

9. Robię notatki i rysunki, by każdy w zespole mógł do nich zaglądać i z nich w każdej chwili skorzystać; 

10. Będąc z boku mogę zobaczyć rzeczy, których nie widać od środka;  

11. Pokazywać jak inni (rywale) robią te same rzeczy; 

12. Pokazywać dużą perspektywę. 

To moje dwanaście „przykazań” z których możesz od razu skorzystać.  

Zachęcam Cię do wybrania swojego Padawana. W pracy, w klubie, w rodzinie albo wśród znajomych. To bardzo cenne doświadczenie. Jestem przekonany, że dużo na tym zyskasz. Satysfakcji, ale też doświadczenia i nowej wiedzy. Niech moc będzie z Tobą.

Często nie doceniamy ile się w naszym życiu dzieje. Dlatego dobrze czasem się zatrzymać i spojrzeć na przeżyte chwile, radości, smutki i zebrane doświadczenia. 

Czy wspominałem Wam, że od lat stosuję metodę zapisywania wszystkich ciekawych i znaczących wydarzeń w moim życiu? Robię to na bieżąco w aplikacji Notability – moim elektronicznym notesie. 

Podczas Świąt przejrzałem też wszystkie zdjęcia z tego roku. O wielu miejscach, zdarzeniach, poznanych osobach i sytuacjach zapomniałem. Odświeżyłem w pamięci fajne ale też i trudne momenty: 

Rok powitałem patrząc na horyzont oceanu Atlantyckiego podczas wizyty w domu mojego kolegi Bruno Prada 🇧🇷 na wyspie Ihlabella. 

W styczniu uruchomiłem Kurs Mistrzów Świata – już ponad 6 tyś. osób korzysta z cennych rad od najlepszych polskich sportowców. 

Na narty pojechaliśmy w super towarzystwie do San Pellegrino i Kronplatz 🇮🇹. Złapałem tam covid ale szczęśliwie nikogo w rodzinie nie zaraziłem a sam poradziłem sobie z wirusem bez większych problemów. 

W lutym ruszył sezon wykładów dla firm. Było intensywnie!

W marcu wygraliśmy z Bruno Bacardi Cup w Miami 🇺🇸 Po raz trzeci z rzędu!

Na wiosnę zacząłem nagrywać u Jarka Kuźniara z zespołem Voice House swój pierwszy podcast „Sport w biznesie”. 

W kwietniu na jeziorze Garda 🇮🇹 razem z Przemkiem i Simonem Fry 🇬🇧 zajęliśmy w regatach Alpen Cup trzecie miejsce🥉

W maju pobiłem swój rekord liczby wykładów(11) w jednym miesiącu. Dużo mnie to kosztowało. 

W czerwcu, uruchomiliśmy Akademię Mistrzów Świata

W lipcu pożegnaliśmy naszego goldena Nicosia. Bardzo to przeżyłem 😥

Kontuzja zmusiła nas do odwołania startu w lipcowych Mistrzostwach Świata w Norwegii. To był trudny moment, który długo w sobie przepracowywałem. 

W sierpniu do załogi Aspire zaprosiliśmy Eda Wrighta 🇬🇧 z którym wygraliśmy Mistrzostwa Szwajcarii 🥇

Prosto z wody przeniosłem się na trawę. W towarzystwie Jurka Dudka i Mariusza Czerkawskiego zagraliśmy w Pro-Am Omega Masters 🇨🇭z najlepszym polskim golfistą Adrianem Meronkiem.

We wrześniu zajęliśmy z Bruno 7 miejsce w Mistrzostwach Świata rozegranych w Marblehead 🇺🇸. Słaby wynik 😔

Ale tydzień później wygraliśmy z Przemkiem i Flavio Marazzi🇨🇭 Mistrzostwa Francji w pięknym Cannes 🇫🇷 🥇

W międzyczasie doprowadziłem do zakończenia ciągnącą się latami sprawę z nieudaną inwestycją. Uff, co za ulga.

Od jesieni prowadzę w Kanale Sportowym program Akademia Mistrzów. Nowe, bardzo ciekawe doświadczenie. 

W końcówce roku skupiłem się na wykładach i równolegle szkoliłem u Kamila Kozieł, który wprowadza mnie na wyższy poziom wystąpień publicznych i prezentacji. 

Sporo tego wszystkiego jak na jeden rok.

A co mam w planach na 2023?

W swoim życiu funkcjonuje w trzech obszarach: prywatnym, biznesowym i sportowym. Kiedyś mocno się ze sobą przeplatały, ale po wielu przemyśleniach i wyciągniętych wnioskach, staram się je dzisiaj od siebie oddzielić. 

W życiu prywatnym szukam stabilności i spokoju. Mamy z Izą dwójkę dzieci, których wprowadzenie w dorosłe życie jest dla nas priorytetem i zajmuje najwięcej czasu i energii. Pokazujemy im świat, poszerzamy horyzonty, wzbudzamy zainteresowanie, uczymy jak się zachować w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi. Dużo podróżowaliśmy po świecie i będziemy to także w tym roku wspólnie kontynuować. 

W obszarze swojego biznesu wprowadzę w tym roku kilka nowości. Jedną z nich będzie produkcja kursów online. Pojawią się one w Akademii Mistrzów Świata ale także uzupełnią moją ofertę do biznesu. Nowością będzie też książka, której premierę zaplanowaliśmy na drugą połowę tego roku. Będzie to pierwsza z czterech książek, którą wpisałem w swoją roadmapę. 

W tym roku przedstawię też nowe propozycje online i offline dla mojej społeczności. Od kilku lat zapraszam na swój pokład osoby nastawione na rozwój, szukające inspiracji. Wspólnie obieramy Dobry Kurs i ruszamy w ciekawą, pełną inspiracji i przygód podróż. 

Wierzę, że nasze życie może być prostsze. Ale i łatwiejsze, bardziej przyjemne i bez tak wielu wyzwań i problemów, które jeśli się pojawią to szybko i skutecznie damy sobie z nimi radę.

Można to osiągnąć mając w sobie dobrą energię, motywację i umiejętność efektywnego działania. To główne tematy moich wykładów, kursów i książek. 

W obszarze sportu pojawi się u mnie w tym roku coś nowego. Otóż zamówiliśmy nową łódkę do projektu Aspire. Będzie nieco większa niż dotychczasowe na których żeglowałem ale także z zacięciem sportowym i z większą liczbą załogi. Kalendarz regat mam już na ten sezon rozpisany. Zacznę w marcu od Bacardi Cup w Miami z Bruno a zakończymy sezon we wrześniu Mistrzostwami Świata w Porto Cervo na Sardynii. Pojawił się też ciekawy pomysł na jesień i zimę 2023/2024 ale o tym napisze nieco później.

To tyle na tę chwilę.

Pomyślnych wiatrów, dobrej energii, motywacji i efektywności w działaniu. Tego Ci życzę.

Jestem nie tylko sportowcem, ale również sportowym kibicem. Podpatruję najlepszych zawodników i trenerów, bo mogę się od nich wiele nauczyć. 

W ostatni weekend kibicowałem mojemu koledze, Mateuszowi Gradeckiemu, który grał w finałowym turnieju Challenge Tour na Majorce. Wynik tych golfowych zmagań decydował o klasyfikacji w rankingu, z którego na koniec sezonu pierwsza 20-tka awansuje do najwyższej europejskiej ligi – DP World Tour.

Mateusz grał dobrze, walczył do samego końca, ale w rankingu znalazł się na 21 pozycji! 🙁 

Ale mu współczułem! Opanował mnie smutek, złość, pojawiły się nawet łzy. Co za emocje. Negatywne emocje. Pomyśl, co musiał poczuć Mateusz i jego cały zespół wsparcia. 

Doświadczyłem tego wcześniej, dlatego zadzwoniłem do Mateusza, by go nie tylko pocieszyć i wesprzeć na duchu, ale by przekazać mu również kilka rad od starszego kolegi – sportowca. Powiedziałem mu krótko i na temat, że w takich momentach należy przeżyć emocje, następnie wyciągnąć wnioski, przeorganizować się, wyznaczyć nowe cele i wrócić do gry. Ja tak zrobiłem po Sydney gdzie zdobyłem „skórzany” medal (4 miejsce), a cztery lata później na Igrzyskach w Atenach stanąłem na podium, zdobywając swój drugi medal olimpijski – brązowy.

Jeszcze lepszym przykładem jest Robert Korzeniowski, który jest chodzącą (w przenośni i dosłownie) encyklopedią wiedzy o sporcie. Od Bałtyku po Tarty, nikt nie ma w swoim dorobku tylu złotych medali olimpijskich co on! Ma ich aż cztery! 

O jego sile i mądrości sportowej nie świadczą tylko złote medale, ale przede wszystkim ciężkie przeżycia których doświadczył oraz to, w jaki sposób się po nich podniósł. 

Po tym, jak został zdyskwalifikowany tuż przed wejściem na finałową rundę na stadionie olimpijskim w Barcelonie, na kolejnych trzech Igrzyskach Olimpijskich (Atlanta, Sydney i Ateny) zdobył cztery złote medale!

Poleciłem Mateuszowi Gradeckiemu obejrzeć moją ostatnią rozmowę z Robertem w Akademii Mistrzów, w której właśnie o tym mówi i wyjaśnia, co zrobił, żeby się nie poddać i wejść na sportowy szczyt. Myślę, że Mateusz ma przed sobą wiele sportowych sukcesów w tym wygranie wielkoszlemowego turnieju i olimpijskiego złota(golf od Igrzysk w Rio w 2016 jest w programie olimpijskim).

Polecam i Wam obejrzeć tę rozmowę. Jeśli chcecie obejrzeć tylko fragment, w którym Robert tłumaczy co zrobił po porażce w Barcelonie, przewińcie nagranie do 1 godziny 01 minuty 23 sekundy. 

Myślę, że warto i że wam się spodoba: https://www.youtube.com/watch?v=phGFi_f5B3k&t=82s


Dzisiaj opowieść o roli mentora, ale i też “starszego kolegi po fachu”, którym jestem dla dwóch młodych sportowców. 

Bohaterami tej historii są Amelia, która uprawia jeździectwo, skacząc przez przeszkody oraz Patryk, który jest żeglarzem. Oboje są ambitni, dobrze wychowani, chętni do nauki i rozwoju. Znam się z ich rodzicami i kiedyś od słowa do słowa zaczęliśmy więcej rozmawiać o ich sporcie. Jak trenują, na czym skupiają uwagę, a jakich rzeczy jeszcze nie widzą. 

W jaki sposób pomagam młodym sportowcom?

Kilka razy podrzuciłem im kilka cennych wskazówek, po czym, dość naturalnie przerodziło się to w cykliczne rozmowy. Głównie telefoniczne, ale też kilka razy spotkaliśmy się osobiście. Umawiamy się raz w tygodniu na godzinną rozmowę. Wczoraj z Amelią rozmawialiśmy krócej, bo szybko omówiliśmy cały temat. Po naszej rozmowie wiedziała, co dalej zrobić. Chodziło o strategiczne planowanie i o stworzenie kalendarza. Ale zdarzało się, że niejednokrotnie rozmawialiśmy dłużej niż godzinę. 

Nie chodzi tu jednak o czas takiej rozmowy, ale przede wszystkim skupiam się na jej jakości. Rozmawiam z nimi w ten sposób, by przede wszystkim rozumieli, dlaczego poruszany temat ma znaczenie i w czym może im pomóc. 

Jestem dla nich starszym kolegą – sportowcem, który dzieli się swoją wiedzą. Pokazuję co działa, a na czym nie warto i nie ma sensu skupiać wiele uwagi. Daję im konkretne wskazówki i pokazuję konkretne metody. Uniwersalne w każdej dyscyplinie sportowej. 

Wyobraźcie sobie, że do tej pory ani razu nie poruszyłem z nimi tematów związanych z rywalizacją na zawodach. Wiem, że są zaskoczeni. Czuję ich zniecierpliwenie, bo pewnie czekają aż dam im złotą radę na zwycięstwo. Może ich to nawet irytować, bo sam chciałbym dowiedzieć się od mistrza jak mogę wygrywać. 

Ale robię to świadomie, tłumacząc im, dlaczego zaczęliśmy od podstaw i kiedy przejdziemy do „złotych rad”. Przeszedłem tę drogę, którą oni teraz idą, posiadam cenne doświadczenia, wiedzę i na tej podstawie mam plan, zgodnie z którym ich wspieram. 

Nawyki mistrzów

Przede wszystkim chcę ich nauczyć właściwych nawyków. Holistycznego podejścia do sportu. W ich przypadku wyczynowego. Dlatego już na pierwszym spotkaniu zobrazowałem im życie sportowca z perspektywy ciała i umysłu oraz potencjału naszego mózgu, który odgrywa kluczową rolę w rywalizacji sportowej. Pokazałem im też moją Piramidę Sukcesu, na której szczycie świeci się złoty medal(sukces).

Żeby tam się znalazł, potrzeba mocnych fundamentów i wielu innych umiejętności oraz elementów znajdujących się poniżej na piramidzie. 

Dlatego w naszych rozmowach z Amelią i Patrykiem nie rozmawiamy (jeszcze) o rozgrywaniu zawodów, technice czy taktyce wyścigowej. Rozmawiamy natomiast o śnie, odżywianiu, nawodnieniu, zaplanowaniu czasu na odpoczynek i regenerację. Przykładowo wczoraj z Amelią rozmowialiśmy o przygotowaniu kalendarza w Excelu w formie „łączki” (nazewnictwo stosowane w sporcie wyczynowym).  

Pierwsze efekty w postaci dobrych wyników zaczęły się już u nich pojawiać. Rodzice wysyłają mi SMS-y z informacją, które miejsca zajmują. Fajnie, miło to słyszeć, ale ja im odpowiadam, żeby nie skupiali się na wynikach. Wyniki powinny dla nas wszystkich być efektem, a nie celem. 

Najważniejsze jest skupienie się na mądrym i optymalnym działaniu – a nie rezultatach. Na takie myślenie nastrajam Amelię i Patryka. Przy okazji też ich rodziców. 

Dlaczego to robię? Z czterech powodów: 

  1. Widzę, że robią postępy
  2. Pomaganie innym sprawia mi przyjemność
  3. Przy okazji sam się rozwijam
  4. Omawiane tematy wykorzystuję w Akademii Mistrzów i myślę, że kiedyś napiszę też o tym w książce

Dieta wpływa na nasze życie, nasze zdrowie i na naszą energię do działania! Dieta w życiu sportowca, odgrywa niesłychanie istotną rolę. Przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy, jak istotne jest to, co jem i kiedy jem. Teraz mam ogrom wiedzy w tym temacie i postanowiłem Wam o kilku ciekawych sposobach dzisiaj napisać. 

Na wstępie podkreślę, że dzięki dobrze dobranej i zbilansowanej diecie jestem w stanie spotęgować moje wyniki i efektywność działania. Zarówno w sporcie jak i w pracy. Istotne jest, nie tylko co jemy, ale też pory posiłków, o czym dzisiaj więcej w dalszej części tego tekstu. Produkty, które spożywamy, są jak paliwo dla naszego organizmu. Musimy zadbać, aby paliwo, które wlewamy do swojego baku, było wysoko oktanowe. Dzięki temu będziemy mieli super moc i nie zabraknie nam energii w odpowiednich momentach. Należy jednak uważać, bo za duże czy zbyt kaloryczne porcje mogą sprawić, że nasz bak zaczyna się „przelewać na boki”. 

Opowiem Wam dzisiaj jak wyglądała moja dieta, kiedy intensywnie trenowałem oraz co jem dzisiaj, aby nadal utrzymać swoje ciało w dobrej formie. 

Zakończenie kariery olimpijskiej

Od Igrzysk w Londynie minęło już 10 lat! Ale ten czas leci. Podjąłem wtedy świadomą decyzję, że zwalniam tempo, jestem spełnionym olimpijczykiem i do Rio de Janeiro w 2016 roku już się nie wybieram. Zaprzestałem wtedy intensywnych treningów, nie ścigałem się już w cyklu regat olimpijskich. Tym samym mniej się ruszałem i już tyle nie ćwiczyłem, przełożyło się to na mniej aktywności fizycznej. Różnica była znacząca. Wcześniej spalałem od 3000 do nawet 5000 kilokalorii dziennie. Po Londynie zszedłem do średniej dziennej w okolicach 2300. Ta zmiana trybu życia, sprawiła że zacząłem rozważać zmianę kierunku odżywiania. Chciałem utrzymać dobrą sylwetkę i dobrze się ze sobą czuć. Dużo eksperymentowałem, sprawdzałem, poznawałem różne diety aż w końcu znalazłem jedną, która bardzo mi się spodobała. 

Przerywany post

Od wielu lat stosuje przerywany post. Ta dieta polega na spożywaniu posiłków w trakcie ośmiogodzinnego okna żywieniowego. Jak wygląda to w praktyce? 

7:00 rano jemy rodzinne śniadanie. Najczęściej jest to „własnej roboty” musli przygotowane na bazie płatków owsianych z owocami, pestkami słonecznika i dyni oraz orzechami. Co drugi dzień jem omlet warzywny a w weekendy robimy sobie pyszną jajecznicę. Następnie około godziny dziesiątej, czas na drugie śniadanie. Staram się unikać pieczywa, chociaż zdarza się, że zjem kanapkę na ciemnym albo ziarnistym pieczywie. W moim drugim śniadaniu nie brakuje awokado, mozzarelli bądź różnego rodzaju lekkiego sera. Bardzo często na drugie śniadanie wybieram warzywnego lub owocowego szejka. Taki gęsty napój to nie tylko wiele mikroelementów, ale także naprawdę pożywny posiłek. Kolejny posiłek jem koło godziny dwunastej zazwyczaj jest to zupa. Jestem wielkim fanem zup, chociaż zdarza się, że wymieniam ją na sałatkę. 

Kolejny posiłek jem już w domu, około godziny 15:30. Jest to mój główny i zarazem ostatni posiłek tego dnia. Traktuję go jako obiad i kolację w jednym. Jemy go razem z dziećmi co miłe, przyjemne i zarazem ciekawe. Staram się, aby był to pożywny, ciepły posiłek, który spokojnie wystarcza mi do około godziny dwudziestej. Około 8 wieczorem, zaczynam się wyciszać ponieważ kładę się spać około godziny 21. Ponieważ ostatni posiłek był sycący spokojnie wystarcza mi do wieczora. Co najważniejsze kładę się spać bez uczucia „pełnego brzucha”. Co jest w tej diecie fantastyczne, że nie kładę się do łóżka przejedzony. Dzięki temu spokojnie zasypiam. Taki sen jest bardzo efektywny, dzięki czemu w nocy odpoczywam, regeneruję się i budzę się rano pełen energii.

Przerywany post jak większość diet i zmian w zakresie odżywiania ma najtrudniejsze początki. Te pierwsze pięć dni, a dla niektórych tydzień, mogą być najtrudniejsze, szczególnie wieczorem. Ale uwierzcie mi, warto to zrobić. Po kilku dniach, które zajmuje transformacja (zmiana nawyków godzin spożywania posiłków), nasz organizm się przyzwyczaja i przestajemy myśleć wieczorem o jedzeniu i nie zaglądamy do lodówki. Efekt jest znakomity. Nie tylko w naszej fizyczności, ale również w energii witalnej oraz psychice. 

Słodycze 

Słodycze, kto ich nie lubi? Skłamałbym, gdybym powiedział, że ich nie lubię. Jednak jeżeli pozwalam sobie na coś słodkiego np. deser lub tort to tylko w weekend. Tak umówiliśmy się też z dziećmi – mamy tak zwaną Słodką Sobotę i w ten dzień idziemy na pyszne lody. 

Od początku tego roku chodzę z nimi dla towarzystwa, bo postanowiłem zrobić na sobie eksperyment i od 1 stycznia nie jem słodyczy. Żadnych ciastek, czekolad, moich ulubionych delicji i ptasiego mleczka. Sprawdzam co się u mnie dzieje kiedy wyeliminuję całkowicie z mojej diety cukier. Obserwuje swój organizm i jak na razie bardzo mi to służy. O wrażeniach, obserwacjach i efektach tego eksperymentu napiszę Wam w jednym z kolejnych newsletterów. 

Nie wyobrażam sobie jeść teraz w inny sposób. Przerywany post bardzo mi służy. Ale nie dajmy się też zwariować. Kiedy jest okazja i wychodzimy ze znajomymi na kolację, to oczywiście pozwalam sobie na dyspensę. W takich chwilach dbam o jakość posiłku, nie zamawiam więcej, niż powinienem zjeść. Jestem przekonany, że właśnie ta dieta sprawiła, że jestem w dobrej formie nie tylko fizycznej, ale także psychicznej i energetycznej. Nie mam nadwagi, dobrze się czuję, mimo że nie ćwiczę już tak dużo jak wcześniej. 

Moja dieta olimpijska

Kiedy uprawiałem intensywnie sport, to w diecie zwracałem szczególną uwagę na proporcje składu moich pokarmów. Energię dają nam głównie węglowodany i białka, dodatkowo powodują one, że nie tracimy masy mięśniowej. Uzupełnieniem są tłuszcze, szczególnie te zdrowe i naturalne. Kluczowe w diecie sportowca są proporcje, szczególnie przy dużym wysiłku fizycznym. Kiedy miałem intensywne treningi i starty w regatach, dbałem o to, żeby proporcje wartości odżywczych, w mojej codziennej diecie wynosiły: 60% węglowodany, 25% białka i 15% tłuszcze. Kiedy wracałem z treningów i regat, miałem kilka dni fizycznego odpoczynku, wtedy także moja dieta się zmieniała. Inaczej dobierałem produkty, które jadłem. W takim momencie decydowałem się na zmianę wartości odżywczych na 50% węglowodanów, 25% białek i 25% tłuszczów. 

Istotne jest, aby wiedzieć, ile mniej więcej wartości odżywczych jest w danym produkcie. Kiedyś jedyną możliwością, aby dowiedzieć się ile węglowodanów, tłuszczy czy białek jest w ryżu, gotowanej marchewce, czy steku było czytanie informacji na opakowaniach lub ważenie ich na specjalnej wadze. Do dziś pamiętam jak w czasie zawodów, kładliśmy na niej kolejno każdy produkt i sprawdzaliśmy ile węglowodanów, białek i tłuszczy jest w danej porcji. Dzisiaj na pomoc przychodzi nam technologia, w postaci różnych aplikacji, w których wystarczy zrobić zdjęcie kodu kreskowego, wprowadzić gramaturę posiłku oraz jego rodzaj i sumarycznie wiemy, ile wartości odżywczych przyjmujemy w danym posiłku. 

Dieta w naszym życiu niezależnie czym się zajmujecie i co robicie, czy jesteście sportowcami wyczynowymi, czy amatorami, a może w ogóle nie uprawiacie sportu, powinniście dostosować swoją dietę, w tym wartości odżywcze i jej skład do trybu życia. 

Trzymam mocno kciuki za dobranie pasującej Wam diety i dobre samopoczucie, które dzięki temu osiągnięcie. Nawet najmniejsza zmiana w tym temacie, to ruch w dobrą stronę. Powodzenia!

Przenieśmy się w czasie do roku 2004. Do Igrzysk Olimpijskich w Atenach, w których po ciężkich bojach wywalczyłem brązowy medal. Dla niektórych, brązowy medal w porównaniu do złotego zdobytego 8 lat w Atlancie mógłby być odebrany jako znacząco słabszy wynik i jako mój powrót z Aten na tarczy.  

Czy można przekształcić pozorną porażkę w swój największy sukces, także finansowy? 

Zapraszam na wspólną podróż, która rozpoczyna się o poranku w Atenach w 2004 roku, aż po słynny skok do wody, który zmienił moje życie. 

21 sierpnia obudziłem się w wiosce olimpijskiej w Atenach. Tego dnia czekał mnie ostatni wyścig Igrzysk Olimpijskich. Decydujący o medalu.

Zdałem sobie sprawę, że to co się dzisiaj wydarzy zapewne w znaczący sposób wpłynie na moją przyszłość. Medal olimpijski ma swoją siłę oddziaływania i każdy kto go zdobędzie przechodzi do historii. Doświadczyłem tego 8 lat wcześniej w Atlancie. 

Kilka tygodni przed startem w Atenach podjąłem decyzję o zmianie łódki na większą. Do kolejnych Igrzysk (w Pekinie) planowałem startować w klasie Star. Różnic pomiędzy jednoosobowym Finnem a dwuosobowym Starem jest wiele. Jedną z nich jest budżet, który jest niezbędny, aby brać udział w treningach i regatach, pokryć wynagrodzenie trenera, fizjoterapeuty, psychologa, dietetyka nie wspominając o wydatkach na sprzęt. W tamtym czasie musieliśmy mieć aż 3 łódki, aby w ogóle mieć szansę na medal olimpijski. Wiedziałem, że na kampanię do Pekinu będę potrzebował 1.2 mln złotych rocznie co w porównaniu do 700 tyś. zł na Finna było znaczącym wzrostem wydatków. Pomnóżcie to przez 4 (lata przygotowań) i wyjdzie pokaźna suma. Mniej więcej połowę budżetu otrzymywałem z Polskiego Związku Żeglarskiego będąc członkiem kadry olimpijskiej, natomiast drugą połowę tej sumy musiałem zorganizować samemu. 

Niestety ani rodzice ani mój klub żeglarski nie dysponowali takimi pieniędzmi. Musiałem zdobyć sponsorów. 

Wróćmy do Aten. Zanim wstałem z łóżka pomyślałem, że to jaki wynik osiągnę i w jaki sposób go przedstawię, może mieć kluczowe znaczenie dla mojej przyszłości sportowej, a w szczególności kampanii do Pekinu. 

Kilka godzin później byłem już na swojej łódce. W pełni skoncentrowany do startu do ostatniego, decydującego wyścigu. Rozegrałem go znakomicie. Nawet przez moment nie zadrżała mi ręka. Byłem skupiony, czułem wiatr, miałem szybką łódkę i ostatecznie wygrałem ten wyścig. Zdobyłem brązowy medal! Mój drugi medal olimpijski. 

Wiedziałem, że wiele osób, w tym dziennikarzy będzie porównywać ten brąz do złota sprzed 8 lat w Atlancie. Dlatego postanowiłem, że muszę pokazać, że ten medal jest dla mnie równie cenny. Jest to mój sukces (bo tak rzeczywiście było). 

Kiedy wpływałem na metę, widziałem po lewej stronie wypełnioną po brzegi fotoreporterami motorówkę prasową. Tuż za metą odwróciłem się do nich i zacząłem skakać z radości. Tak wysoko i daleko, że aż wyskoczyłem z łódki. To nagranie było pokazywane w telewizji wiele razy. Nie tylko tego dnia, ale jeszcze przez długi czas. Podczas konferencji prasowej oraz licznych wywiadów podkreślałem jak ciężko jest w dzisiejszych czasach zdobyć medal olimpijski, że miałem dużo przeszkód, rozciętą nogę, falstart w trzecim wyścigu i że ten brązowy medal to olbrzymi sukces. Mój i polskiego sportu. 

Byłem przy tym zawsze uśmiechnięty, pełen radości, pozytywnej energii, z kciukiem uniesionym do góry. 

Po kilku tygodniach od zakończenia Igrzysk, rozpocząłem działania skierowane na Pekin. Przygotowałem plan poszukiwania sponsorów. Przygotowałem multimedialną prezentację wraz z ofertą, uruchomiłem swoje kontakty, wynająłem managera specjalizującego się w sponsoringu sportowym. Kiedy doszło już do spotkań i rozmów z dyrektorami marketingu lub członkami zarządów, za każdym razem był przywoływany mój pamiętny skok do wody. Ale nie przeze mnie – a przez nich. 

Tak mnie wszyscy po Atenach zapamiętali. Jako zawodnika, który osiągnął sukces. 

Efektem tych wszystkich działań były rekordowe jak na tamte czasy kontrakty sponsorskie jakie podpisałem m.in. z operatorem sieci komórkowej Era, Mercedes-Benz, Organika i Henri Lloyd. Pozwoliło nam to na komfortowe przygotowania do Igrzysk w Pekinie i realizację naszych marzeń. 

Dlatego tak ważne jest, jak się prezentujemy i w jaki sposób „opakujemy” swój produkt. Jaką stworzymy markę osobistą. Zachęcam do budowania swojego wizerunku w przemyślany sposób. Wedle swoich wartości, cech charakteru i zainteresowań. Z pomysłem. Długofalowo. Warto zwrócić uwagę by być w tym wiarygodnym, uczciwym, szczerym i autentycznym. Stawiać na jakość swoich treści i przekazu oraz wykorzystywać pojawiające się na naszej drodze momenty by zwrócić na siebie uwagę i być postrzeganym jako ludzie z dobrą energią dążący do sukcesu. 

Zauważyłem, że aby osiągnąć sukces, potrzeba w naszym działaniu solidnych fundamentów i kilku innych mocnych elementów, dzięki którym zwiększymy szansę na osiągnięcie postawionych sobie celów. Metodę, o której Tobie dzisiaj opowiem, poznałem w trakcie kampanii olimpijskiej do Londynu. Korzystam z niej do dzisiaj. Dzięki niej osiągam postawione przed sobą cele. Sportowe, zawodowe i myślę, że też prywatne. 

Dla wielu sportowców sam udział w Igrzyskach jest już sukcesem. Zdobycie złotego medalu jest wejściem na najwyższy szczyt. Dla mnie to było jak lot na księżyc. Jednocześnie to efekt wielu lat starań, wyrzeczeń i budowania mistrzowskiej formy. Gdybym postawił sobie jedyny cel, jakim jest zdobycie olimpijskiego złota, to już po 1996 roku po Atlancie mógłbym powiedzieć –jestem spełnionym człowiekiem. Osiągnąłem sukces, o który walczą miliony sportowców na całym świecie. 

Ale mi nawet przez myśl mi nie przeszło, aby kończyć karierę! 

Dzisiaj, po ponad 25 latach od zdobycia olimpijskiego złota, jestem nadal czynnym sportowcem, którego stać na zwycięstwa nawet w Mistrzostwach Świata. Jak pewnie możesz zauważyć w moich relacjach na social media, nie straciłem przyjemności z żeglowania i chęci sięgania po kolejne sukcesy w sporcie. Jestem też przedsiębiorcą, który na każdym polu swojej aktywności łączy doświadczenia wyniesione ze sportu i biznesu. W tej dziedzinie mojej aktywności także stawiam sobie kolejne cele, których osiągnięcie jest niepodważalnym sukcesem. 

Sukcesem w sporcie jest wygrana, ale dla mnie, nie ta jednorazowa. Prawdziwym sukcesem jest utrzymanie wysokiej formy, której efektem jest powtarzalność wygranych. By zwiększyć szansę na osiągnięcie postawionych celów, korzystam od wielu lat z metody o nazwie Piramida Sukcesu. 

Czym jest Piramida Sukcesu?

Piramida z samego założenia to bardzo solidna figura geometryczna o mocnym fundamencie, na którym budujemy kolejne elementy, by na samym szczycie postawić najcenniejszy element całej budowli. W omawianej metodzie na samym czubku umieszczamy sukces. Metoda Piramidy Sukcesu polega na podzieleniu swoich aktywności na 4 poziomy. Zaczynamy od podstawy, bez której każdy z kolejnych, wyżej umieszczonych elementów nie może zaistnieć. Następnie dokładamy kolejne poziomy, budując strukturę, na której stabilnie umocujemy wierzchołek piramidy. 

Obecnie posiadam czwartą wersję mojej Piramidy Sukcesu. Inaczej układałem swój świat, moje potrzeby i wartości, kiedy miałem 20 lat, a inaczej moja piramida sukcesu wygląda dzisiaj. Moja pierwsza Piramida miała 16 elementów ułożonych na 4 poziomach, dzisiaj natomiast składa się, z 21 elementów. 

Moja piramida sukcesu

W podstawie mojej piramidy umieściłem najważniejsze obszary mojego życia będące jego fundamentami oraz wynikające z moich cech charakteru, potrzeb oraz zainteresowań. Są nimi rodzina, praca, zdrowie, odpoczynek, sen, dieta, pasje i hobby. To dla mnie podstawa, bez której nie uzyskam wewnętrznego spokoju, harmonii, energii i dystansu. Jeżeli w wartościowy sposób uczestniczę w życiu rodzinnym i zawodowym, dbam o swoje zdrowie, regenerację (sen i odpoczynek) i wiem jak na chwilę oderwać się od codziennego wiru pracy (hobby), to zachowuję równowagę, która umożliwia mi wspięcie się na najwyższy światowy poziom. Niezależnie co robię i czym się zajmuję. 

Na drugim poziomie znajdują się umiejętności, które są mi potrzebne, by osiągać postawione cele i które potrzebuję stale rozwijać: przedsiębiorczość, motywacja, koncentracja, komunikacja, odporność na stres i rozwój osobisty. Dzięki nim potrafię nie tylko ułożyć drogę do celu, ale również dawać sobie radę z przeszkodami, odnaleźć się w różnych, często trudnych sytuacjach, skupić się na zadaniu, zarządzać zespołem i zachować motywację do dalszej drogi do sukcesu. 

Na kolejnym poziomie znalazły się wiedza, cel, wartości, zespół i planowanie. To dobre przygotowanie do tematu, bazujące na moim doświadczeniu i wiedzy, wraz z zespołem ludzi, którzy wierzą w te same wartości jak ja. To kolejny ważny element układanki sukcesu. 

Nad nimi znalazły się współpraca, komunikacja i coś, co uważam dzisiaj na cechę na wagę złota: lojalność. Dla mnie to pochodna niższego poziomu piramidy. Muszę ufać swojemu zespołowi tak, aby nasza komunikacja i współpraca przebiegały bez zarzutu. Tak naprawdę nigdy nie płyniesz sam, aby osiągnąć sukces, musisz mieć ludzi, którzy razem z Tobą w ten sukces wierzą i z którym przetrwasz nie jeden sztorm. 

Na przedostatnim poziomie mojej piramidy sukcesu znalazły się zaangażowanie i rywalizacja. Bez nich nie potrafiłbym wejść na tak wysoki poziom pracy, jaki stosuje. Często daje z siebie 110%, a ten stan osiągam właśnie dzięki stałemu poczuciu rywalizacji i pełnym zaangażowaniu w to co robię. 

No i doszliśmy do wierzchołka. Zwieńczenia piramidy. Szczytu, na którym widnieje napis sukces. Dla mnie niemożliwe jest dojście do szczytu, omijając któryś z poziomów piramidy. Wiem, że aby stale osiągać sukces, muszę zadbać o wiele elementów i ciągle rozwijać swoje umiejętności. Mam je zapisane, często do nich sięgam i zawsze o nich pamiętam. 

Jeśli myślisz, że ten sposób może Ci pomóc osiągnąć postawione cele, zachęcam – stwórz własną piramidę sukcesu. Zbuduj ją po swojemu. Narysuj ją sobie. Pozwoli Ci to uporządkować Twoje działania, być świadomym co ważne i na czym skupić uwagę. To dobre ćwiczenie, ale co najważniejsze cenna umiejętność. Uwierz mi, to działa!

Na ten projekt poświęciłem blisko dwa lata swojego życia. Niestety jeszcze przed rozpoczęciem zakończył się wielką katastrofą. W pewnym momencie nawet myślałem, że tak wpłynie na moją karierę, że już nigdy się po nim nie podniosę. Jednak dzisiaj z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że tę porażkę przekułem w swój osobisty sukces. Mowa o projekcie “Polska100”. 

Ambitne plany

Od lat myślałem o poprowadzeniu dużego projektu morskiego dla polskiego żeglarstwa. Rozważałem startu polskiej załogi w Volvo Ocean Race, samotnego rejsu dookoła świata lub udziału w największych regatach na świecie takich jak wyścig z Sydney do Hobart czy Fastnet Race. Wszystko na dużym, regatowym, nowoczesnym jachcie pod polską banderą z polską załogą. 

W 2018 roku Polska obchodziła setną rocznicę odzyskania niepodległości. Pomyśleliśmy, że będzie to dobra okazja by uświetnić tą datę takim wyczynem jednocześnie promując nasz kraj zagranicą. 

Zaplanowaliśmy dwuletni rejs dookoła świata z odwiedzeniem stu portów na wszystkich kontynentach i startem we wszystkich największych i najsłynniejszych regatach świata. Pozyskaliśmy partnera do tego projektu, który miał sfinansować zakup jachtu i pokryć koszty projektu. W ramach współpracy z Polską Fundacją Narodową miałem być twarzą projektu i dowodzić załodze w tym ambitnym przedsięwzięciu. 

Projekt Polska100 to projekt, nad którym pracowałem dwa lata. Włożyłem w niego mnóstwo pracy, wyrzeczeń, energii, czasu i pieniędzy. Sam projekt był już na zaawansowanym etapie, mieliśmy zakupioną łódkę i podpisaną umowę. Wtedy wydawało mi się, że popłyniemy, wszystko przecież wskazywało, że projekt nie może się nie udać. W momencie kiedy PFN podjął decyzję, że projekt nie będzie kontynuowany, zrobiło się w mediach bardzo głośno. Zrzucono winę na mnie. Media pisały na ten temat na pierwszych stronach. Faktyczny rozgłos zaczął się kilka miesięcy wcześniej, kiedy to dziennikarze zaatakowali projekt oraz mnie personalnie. Jednak to właśnie Polska Fundacja Narodowa była głównym celem mediów opozycyjnych. 

Ta sytuacja nadszarpnęła mój wizerunek, wpłynęła na moje życie zawodowe oraz status finansowy. Mogę powiedzieć, że mocno mi się dostało. 

Porażka projektu

Cała ta sytuacja odbiła się na moim zdrowiu psychicznym: źle spałem, byłem zestresowany za dnia i w nocy. W ciągu dnia odbierałem telefony od dziennikarzy, tłumaczyłem się z całego przedsięwzięcia i próbowałem znaleźć wyjście z tego potrzasku. Najważniejsze, że równocześnie mogłem liczyć na wsparcie rodziny i przyjaciół, jednak skala tej porażki przytłoczyła mnie na tyle, że polecili mi, abym poszukał specjalisty. 

Wcześniej oczywiście korzystałem z pomocy psychologów sportowych, jednak teraz potrzebowałem pomocy specjalisty, który w osobie psychologa lub coacha pomoże mi przepracować tę sytuację i podnieść się z porażki. 

Żałoba po niezrealizowanym projekcie

Pojawiło się wiele kandydatur, ale myślę, że miałem duże szczęście, że już z pierwszą osobą – Dorotą, poczułem, że nadajemy na “wspólnych falach”. Rozmowa z Dorotą mimo tej bardzo trudnej dla mnie sytuacji, od początku się “kleiła” i to ona przepracowała ze mną tę porażkę. W czasie naszych rozmów dowiedziałem się, że nie mogę tego problemu zamieść pod przysłowiowy dywan. Musiałem przejść żałobę po niezrealizowanym projekcie. Kilku miesięczną żałobę. To była dla mnie nowość. 

Porażka czy sukces?

Kiedy dzisiaj patrzę wstecz i myślę o tej sytuacji, kluczowym było to, że w czasie przygotowań do tego znakomitego projektu postanowiłem zrezygnować z wielu innych działań. Poświęciłem wszystkie aktywności, które miałem przed projektem Polska100, które były ważne, ciekawe i intratne. I co najważniejsze, które także dawały mi i moim najbliższym bezpieczeństwo. Mówiąc bezpieczeństwo, mam na myśli czas, który mogłem poświęcić rodzinie oraz pieniądze, które te działania przynosiły. Żałoba po projekcie Polska100 trwała kilka dobrych miesięcy. W tym czasie wzmocniłem swoją samoświadomość, a sama porażka ostatecznie bardzo mnie wzmocniła. Współpraca z Dorotą dała mi bardzo wiele i mogę powiedzieć, oczywiście z perspektywy czasu, że nigdy nie byłem tak mocny, jak właśnie po tej porażce.

Czego się nauczyłem?

Nauczyłem się wiele o sobie, poznałem swoje mocne i słabe strony, wzmocniłem się. Dzisiaj lepiej odczytuję zamiary ludzi, zanim rozpocznę z nimi współpracę, te wszystkie wnioski, które wyciągnąłem były dla mnie ogromnym krokiem. Powinienem podziękować opatrzności, że ostatecznie nie realizuję tego projektu. W takim czasie i w takim zespole. Co ciekawe po tym jak przeszedłem tę żałobę i przepracowałem porażkę, postanowiłem, że nadal będę kontynuował współpracę z Dorotą. Do dzisiaj, co najmniej raz na miesiąc spotykamy się, rozmawiamy nie tylko o problemach, ale także o moich pomysłach, o różnych inicjatywach, które chcę podjąć i zmianach które chcę u siebie wprowadzić. 

Dzisiaj nie boję się porażek 

Cały czas podejmuję się realizacji ambitnych celów. Nie boję się próbować nawet jeśli związane jest z tym ryzyko przegranej i porażki Dlaczego? Ponieważ potknięcia są wpisane w życie osób ambitnych, które chcą zmieniać świat i robić wielkie rzeczy. Kiedy się działa, należy być świadomym ryzyka. Dlatego uważam, że to, co się wydarzyło miało sens. Najważniejsze jest to gdzie jestem dzisiaj, jakie trudności pokonałem i jak to wykorzystam w przyszłości. 

Cała historia zaczęła się w 1992, kiedy to obejrzałem w telewizji Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. To właśnie wtedy w moim sercu zrodziło się marzenie, by przynajmniej raz w życiu wziąć udział w tym wielkim święcie sportu i reprezentować Polskę na Igrzyskach Olimpijskich. To marzenie, przynajmniej na tamten moment, było bardziej w moim sercu niż umyśle. 

Mimo że nie było wtedy tak łatwego dostępu do informacji (pierwsza na świecie przeglądarka stron www Mosaic powstała w 1992 r.), sprawdziłem, że kolejne Igrzyska Olimpijskie odbędą się w Atlancie w Stanach Zjednoczonych. Miałem dokładnie 4 lata do startu i 3 lata, aby zakwalifikować się do Igrzysk. Musiałem zdobyć tak zwany Paszport Olimpijski, wygrywając krajowe kwalifikacje. Po trzech latach starań miałem to! Zostałem reprezentantem Polski na Igrzyska Olimpijskie w Atlancie. Radość nie z tej ziemi. Spełnię swoje marzenie! Ale zaraz po tym usiadłem i zacząłem się zastanawiać, co będzie dla mnie sukcesem na tych Igrzyskach. 

Postawiłem sobie cel

Sportowcy przyzwyczajeni są do wyznaczania sobie celów, konkretnych wyników w zawodach, mistrzostwach, igrzyskach. Wiedziałem, że aby osiągnąć swój cel, muszę go konkretnie określić – wręcz zapisać. Kluczem, który odróżnia marzenia od realnego celu, jest świadomość i analiza, w którym miejscu aktualnie się znajduje, na co mnie stać i czy jestem w stanie osiągnąć wyższy poziom, by wyznaczyć ambitne, ale nadal realne cele. 

Już przed startem w Atlancie byłem utytułowanym żeglarzem, zdawałem sobie jednak sprawę, że na Igrzyska jadą najlepsi sportowcy z całego świata. Ja natomiast nie utrzymywałem równej formy. Miałem przebłyski. W 1995 roku wygrałem nawet jedne mocno obsadzone regaty, ale bywałem też często poza pierwszą dziesiątką. Wiedziałem, że mam wielu mocnych konkurentów. Doświadczonych żeglarzy. Z wieloma tytułami na koncie. Oczywiście w głębi serca marzył mi się medal, natomiast moje wyniki przed Igrzyskami pozwalały mi myśleć realnie o miejscu w pierwszej ósemce. Dowiedziałem się też, że do ósmego miejsca dostaje się na Igrzyskach dyplomy, więc pomyślałem, że taki dyplom będzie piękną pamiątką z mojego pierwszego startu na Igrzyskach Olimpijskich. 

Metody osiągnięcia celu 

Wiedziałem, że przede mną dużo pracy, musiałem znacznie się rozwinąć i zbudować olimpijską formę. Przyjąłem wtedy nadrzędną zasadę, że jedynym sposobem do osiągnięcia sukcesu, jest rozwój. Z tej głównej zasady wyniknęły dwie metody, które umożliwiły mi zdobycie złota w Atlancie. 

Pierwszą metodą, było dołączenie do zespołu ludzi, którzy są lepsi ode mnie.To metoda, którą wykorzystuję do dziś w biznesie i w sporcie. Otaczam się osobami, które są lepsze ode mnie i ciągną mnie do przodu. Korzystam wtedy z ich doświadczenia, wiedzy, patrzę, w jaki sposób pracują, jakie mają rutyny, narzędzia i w jaki sposób wyznaczają i osiągają swoje cele. Niejednokrotnie dojście do pewnych wniosków samemu zajmuje nam wiele lat. Dzięki tej metodzie zyskuję doświadczenie praktyków, które nabywali przez całe swoje zawodowe życie. 

Chciałem wykorzystać tę metodę w swoich przygotowaniach do startu na Igrzyskach w Atlancie. Jednakże w tamtych czasach byłem najlepszym zawodnikiem w Polsce. Pojawił się problem. 

Skupiłem uwagę na drugiej metodzie. Zacząłem poszukiwać trenera, mentora, którego zadaniem byłoby wprowadzenie mnie na wyższy poziom i przygotowanie mnie do Igrzysk w Atlancie. Potrzebowałem osoby, która bazując na własnej wiedzy i doświadczeniu, obserwacji moich poczynań oraz podglądaniu konkurencji mogłaby mi podpowiedzieć, oraz nauczyć lepiej, szybciej i skuteczniej żeglować, naprowadzając przy okazji na dobre tory. Niestety powtórzyła się sytuacja jak w przypadku poszukiwań zespołu. W tamtym czasie w Polsce trudno było o trenera, jakiego poszukiwałem. 

Tym samym dwie metody, które miały przełożyć się na osiągnięcie mojego celu poprzez rozwój moich umiejętności, nie były możliwe do zrealizowania. Chociaż nie jest to do końca prawdą. 

Powiedziałem sobie, że skoro na moim rodzimym podwórku, w Polsce, nie mogę znaleźć osób, które mogłyby pomóc mi rozwinąć skrzydła, to czas rozpocząć poszukiwania pomocy szerzej. I kiedy zacząłem szukać inspiracji w świecie. Rozmawiałem, pytałem, dzwoniłem, wysyłałem wiadomości. Aż w końcu dostałem propozycję dołączenia do zespołu, który także przygotowywał się do Igrzysk. Zespół składał się z reprezentantów Szwecji, Nowej Zelandii i Kanady. Wow! Pomyślałem wtedy, że mam dużego farta. Gwiazdy mi sprzyjają. 

Co było kluczowe w osiągnięciu mojego celu?

Po tym jak wyznaczyłem sobie cel (top 8 na Igrzyskach) i znalazłem zespół do treningów, nadszedł czas nauki. Zacząłem od dobrego przygotowania, ale nie tylko na poziomie formy sportowej, ale także na poziomie wiedzy

Rozpocząłem od zebrania jak największej liczby informacji o akwenie, na którym miały odbyć się Igrzyska. Już wtedy wiedziałem, że wykorzystanie nowych technologii to ogromna przewaga w osiągnięciu sukcesu. Także w sporcie. Na tamte czasy, nową technologią był internet. Dlatego poprosiłem swoich znajomych, aby wyszukali mi wszystkie informacje o akwenie olimpijskim. Z otrzymanych danych wynikało, że w okresie przełomu lipca i sierpnia, na kiedy zaplanowane były Igrzyska w Atlancie, mogą panować bardzo zmienne wiatry. To oznaczało, że nie można było się spodziewać jednych, stabilnych warunków pogodowych. W tamtym czasie żeglarze z reguły specjalizowali się w pływaniu na wiatrach słabych lub silnych. Mało było żeglarzy uniwersalnych

Mając dane o akwenie, postawiłem na jak najlepsze przygotowanie się do każdych warunków. Być uniwersalnym zawodnikiem. Wiedziałem, że jeżeli będę pływał najrówniej w różnych warunkach, to mam szansę przez 10 zaplanowanych wyścigów być w pierwszej ósemce. 

W czasie treningów z moim zespołem, kiedy wiał silny wiatr, podpatrywałem tylko Kanadyjczyka. Mistrza w tych warunkach. Uczyłem się od niego, robiłem dużo notatek i wyciągałem wnioski. Kiedy zmieniały się warunki, obserwowałem Szweda. Nie wszystkie metody włączyłem do własnych treningów, ale mogłem wybierać, które z podpatrzonych elementów będą dla mnie najkorzystniejsze. 

Kiedy pojechałem na Igrzyska byłem gotowy na wszystko

Po pierwszych trzech wyścigach w Atlancie, które odbyły się przy słabym wietrze, byłem na 6 pozycji. Do dziś pamiętam moją radość, wiedząc, że realizowałem założony plan – mieściłem się w pierwszej ósemce. Następnego dnia nad wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych naszedł front niskiego ciśnienia. Pogoda się załamała. Zaczęło wiać. W stawce nastąpiły roszady. Specjaliści od silnego wiatru byli w czołówce. „Słabowiatrowcy” żeglowali marnie. A ja robiłem swoje. Żeglowałem równo. Z przebłyskami. Ze wszystkich 10 wyścigów wygrałem tylko 1 wyścig. Jednak przez całe regaty, pływałem równo, zawsze byłem w czołówce peletonu. Okazało się, że 21-letni żeglarz, na którego nikt nie stawiał, zgarnął wszystkim sprzed nosa złoty medal! 

Szczęście a doświadczenie

Często mówię, że miałem trochę szczęścia, kiedy zdobyłem wtedy ten medal. Jednak wyszedłem naprzeciw temu szczęściu: wyznaczyłem konkretny cel, odrobiłem lekcje, skorzystałem z pomocy, zaangażowałem technologię, zdobyłem informacje, ułożyłem plan i miałem dobry zespół. Konsekwencją tych wszystkich działań był złoty medal. Byłem przygotowany na zwycięstwo, dlatego po nie sięgnąłem.


Dołączam do Voice House! W cyklu autorskich podcastów Sport w Biznesie będę dzielił się swoją wiedzą, doświadczeniami i obserwacjami. Wierzę, że wiele osób z tego skorzysta, będzie czerpać inspiracje, rozwinie się. Sport jest świetną szkoła życia. Uczy systematycznej pracy, umiejętności wyznaczania celu, planowania, współpracy w zespole, zarządzania emocjami, motywacją czy radzeniem sobie z przegraną. 

Voice House to profesjonalny dom produkcyjny i mediowy założony przez Jarka Kuźniara. Oferuje kompleksowy produkt audio, video i LIVE – od koncepcji audycji, przez produkcję, postprodukcję, warstwę graficzną, muzyczną aż po finał, czyli dystrybucję. – Voice House to również medium podcastowe klasy premium, które stawia na merytoryczne treści i udostępnia przestrzeń do działania autorytetom w swoich dziedzinach. 

Kieruję moje podcasty do każdego, kto chce się rozwijać, szuka inspiracji i sprawdzonych metod działania. Znajdziecie w nich szczere, zabawne, czasem zaskakujące historie z życia wzięte, a także konkretne metody wyniesione ze sportu, które można z powodzeniem zastosować nie tylko w biznesie. Będzie dużo o motywacji, dawaniu sobie rady z przegranymi, wypaleniem zawodowym, work-life balance, tworzeniem efektywnego planu i strategii, rozwojem osobistym oraz skutecznych metodach zarządzania stresem. 

W moich podcastach zawsze będę nawiązywał do konkretnych zdarzeń i super ciekawych, nie zawsze łatwych sytuacji czy to z Atlanty, Sydney, Tokyo czy do startu w Mistrzostwach Świata w Porto Cervo na Sardynii. 

Zapraszam do subskrybcji mojego kanału „Sport w biznesie” na wszystkich platformach streamingowych: 

Spotify: https://open.spotify.com/show/5GWwU7U90WQbStyxYB60ng

Apple Podcast: https://podcasts.apple.com/pl/podcast/sport-w-biznesie/id1610392551?l=pl

Premiera nowych odcinków w każdą niedzielę. Do usłyszenia. 

Cześć, dzień dobry,

Co tydzień nagrywam #żeglarskieczwartki Znajdziecie je na moim kanale YouTube oraz moich profilach Instagram oraz Facebook.

W jednym z odcinków wspomniałem, że mamy opracowaną listę zadań do zrobienia na jachcie trakcie jego zimowania. Na prośbę Filigranowej Mleczareczki (dzięki za komentarz na YouTube) przedstawiam wspomnianą listę:

Przed zimowaniem (jeszcze na wodzie):

Gdy jacht jest na brzegu:

Przed wodowaniem:

Mam nadzieję, że te informacje będą pomocne.

Z marką Giorgio Armani połączyła nas natura, morze, zamiłowanie do stylu i dbałość o szczegóły. Zostałem zaproszony do współpracy przy promocji jednego z najbardziej znanych zapachów męskich, którego od wielu lat sam jestem wielkim fanem.

Giorgio Armani to celebracja męskiej, zmysłowej więzi z naturą. Idealna kompozycja dla nowoczesnego mężczyzny. Tutaj siła i świeżość morza zostały uchwycone w legendarnym zapachu Armani ACQUA DI GIÒ EAU DE TOILETTE.

Przy okazji rozpoczęcia naszej współpracy udzieliłem wywiadu do Elle Man. Opowiedziałem w nim o swoich inspiracjach modą, stylem mojego taty, a także o wydarzeniach ostatniego roku.

Zapraszam do lektury!

https://www.elleman.pl/artykul/z-wiatrem-i-pod-wiatr-wywiad-z-mateuszem-kusznierewiczem-elle-man-jesien-2021-210910121953

 ELLE MAN, Fotograf Marcin Klaban, stylizacja Marcin Brylski

Armani beauty, #Armanibeauty #AcquaDiGio #fragrance

16.08.2021 ELLE MAN , SESJA ADWERTORIAL ARMANI , MATEUSZ KUSZNIEREWICZ , FOT. MARCIN KLABAN

To był spontaniczny pomysł, aby co tydzień, w czwartki nagrywać „z ręki” krótkie materiały video na różne żeglarskie tematy. Publikujemy je już od ponad roku na moim Instagramie i Facebooku oraz na kanale na YouTube. Jest już na nim ponad 80 filmów! Jest więc co oglądać. Znajdziecie na nim m.in. wspomnienia z moich najważniejszych, sportowych momentów, jak Bacardi Cup, Mistrzostwa Świata czy Igrzyska Olimpijskie. A także kolejne odcinki wspomnianego wcześniej cyklu #żeglarskieczwartki, webinary edukacyjne, wywiady oraz wystąpienia. Zapraszam!

Mój kanał na YouTube jest gotowy, ale nie jest skończony! I nigdy nie będzie! Rozwijanie kanału Mateusz Kusznierewicz jest jednym z moich celów komunikacyjnych na 2021 r. Nie jestem w tym profesjonalistą. Zawodowym youtuberem też nie będę. Po prostu lubię dzielić się swoją wiedzą i obserwacjami. Systematycznie umieszczam na nim kolejne filmy.

To właśnie na moim YouTube znajdziecie wszystkie odcinki mojej autorskiej serii #żeglarskieczwartki, które są publikowane w każdy czwartkowy wieczór około godz. 21:00.

Na kanale znajdziecie również wywiady z tak znanymi gośćmi, jak Olivier Janiak, Jakub Bączek, Marek Kamiński czy Radosław Majdan które zrealizowaliśmy wspólnie z Medicover. Nie zabrakło również wspomnień z pamiętnych Igrzysk Olimpijskich w Atlancie i z Aten.

Serdecznie zapraszam do subskrybowania mojego kanału na YouTube: www.youtube.com/mateuszkusznierewicz1.


Małgorzata i Michał Bronikowscy są autorami książki w której możecie przeczytać 14 historii polskich złotych medalistów olimpijskich. Książka powstała przy wsparciu PKOL i firmy Ferrero Polska.

Miałem przyjemność opowiedzieć moją historię. Z zainteresowaniem przeczytałem historie moich kolegów i koleżanek. Bardzo ciekawe i inspirujące przykłady. Polecam.

Link do wersji online tutaj

Steve Jobs, założyciel Apple, podczas słynnego wystąpienia na Uniwersytecie Stanford powiedział do zebranych: „Pozostań głodnym, pozostań głupim”. Ten wyjątkowy człowiek nie zamierzał nikogo obrazić ani namawiać do diety. Obserwując czego w życiu doświadczył i czym się zajmuje, słuchacze od razu skojarzyli, że Steve ma na myśli stan naszego umysłu. 

Potrzeba ciągłego rozwoju, otwartości na nowe, pozostawienia pustych przestrzeni w naszym mózgu na wypełnienie świeżą wiedzą i tym co nowe była dla niego ważniejsza niż to co już mamy i posiadamy. 

Dopiero niedawno zrozumiałem w jaki sposób mógłbym przełożyć jego myśl na sytuację z życia wziętą. Po długiej i ciężkiej podróży dotarliśmy z trzema zawodnikami na Majorkę. Po drodze spotkało nas wiele niespodzianek. Silny sztorm na Morzu Śródziemnym zatrzymał wszystkie promy przez co przymusowo spędziliśmy dodatkowe trzy dni w Barcelonie. Po przyjeździe na wyspę okazało się, że mieszkanie, które mój kolega wynajął, jest już niedostępne. Nowe maszty są nadal w odległym magazynie a w klubie żeglarskim trwa remont. 

Nie z takimi wyzwaniami przyszło nam się wcześniej zmierzyć. Szybko przeorganizowaliśmy plan działania, skupiliśmy się na priorytetach i już następnego dnia po przyjeździe zeszliśmy na wodę. 

Z motorówki widziałem jak na dłoni, że nic się nie klei. Mój kolega żeglujący na Finnie również nie czuł się dobrze. W połowie treningu powiedział: „Mateusz, nie docierają do mnie żadne zewnętrzne sygnały. Nie czuję dobrze wiatru, fali, nie widzę nawet chmur z których jak na dłoni można było ułożyć najlepszą trasę wyścigu. Moja głowa jest pełna. Nie jest w stanie przyjąć żadnych informacji z zewnątrz”. 

Jego samoświadomość i szczerość była na miarę mistrzostwa świata. Które tak przy okazji ma na swoim koncie. Od razu zrozumiałem, że on cały czas w swojej podświadomości myśli o mieszkaniu, które przepadło, maszcie w odległym magazynie i remoncie w klubie. 

To było jak deja vu. Kilka razy sam byłem w podobnej sytuacji. W 2002 roku wystartowałem do mistrzostw Europy w Turcji decydując się na przylot na miejsce regat na ostatnią chwilę. Zanim wsiadłem do samolotu zajmowałem się setką nie związanych z żeglarstwem spraw. Zarówno prywatnych jak i zawodowych. Wcześniej dużo trenowałem i na pewno nie mogłem narzekać na formę, brak opływania czy prędkości. Ale kiedy na starcie stają najlepsi z najlepszych, liczą się niuanse. Trzeba wejść na najwyższy poziom. Widzieć wiatr kolorami. Podczas tych mistrzostw w głowie szalały mi myśli, które wyłączyłem dopiero ostatniego dnia regat. Było już za późno. Skończyłem te regaty na 6 pozycji co uznałem za porażkę. 

Największe sukcesy osiągałem dzięki umiejętności wewnętrznego wyciszenia, skupienia tylko na tym co ważne i przede wszystkim wcześniejszego przygotowania takiego komfortu. Wychodząc na wodę chcę mieć połowę głowy wypełnioną wszystkim co wcześniej w sobie wytrenowałem i przygotowałem. Natomiast druga połowa dobrze by pozostała pusta. Zawsze otwarta i gotowa na to co zobaczymy i poczujemy po wypłynięciu z mariny. 

Mam złoto olimpijskie, tytuły mistrza świata i Europy, ale nigdy nie wygrałem prestiżowych regat Bacardi Cup. Do kolekcji brakowało mi tylko tego trofeum! 

W drodze do Miami oczami wyobraźni wizualizowałem sobie wyścigi, w których miałem wziąć udział. To był długi lot, więc przestudiowałem również moje żeglarskie notatki. Wybrałem z nich kilka złotych myśli, które wydawały mi się najlepsze by osiągnąć sukces w nadchodzących regatach. Po pierwsze i chyba najważniejsze w tym co robię, to świadomość, że przyjemność daje mi samo ściganie, a nie wyniki. Nastawiłem zatem swoją głowę tak, by ta myśl towarzyszyła mi przez cały czas regat. Kiedy jestem na wodzie, w czasie wyścigu, energie daje mi szukanie coraz to ładniejszych wyścigów. Rozegranie pięknego wyścigu nie zawsze jest równoznaczne z pierwszym miejscem na mecie. Natomiast wspomniana energia pozwala mi połączyć się niewidzialną wtyczką z wiatrem i wodą. Właśnie taki stan umysłu powoduje, że widzę i czuję więcej niż inni. Czasem wydaje mi się, że widzę wiatr kolorami. Czuję co się dzieje i co może się wydarzyć. To pozwala mi podejmować decyzje, które ciężko mi później w logiczny sposób wytłumaczyć. 

To bardzo ciekawe doświadczenie, które wymaga wcześniejszego przygotowania i stworzenia wokół warunków, by móc wejść na taki poziom. Dlatego postanowiłem, że zadbam o zarządzanie swoimi siłami i energią. Nie marnowałem czasu w klubie na niepotrzebne gadanie, nie śledziłem informacji, które były dla mnie nieistotne, ograniczałem pracę i pomiary na łódce w upalnym słońcu. Po wyścigu, żeglując do portu układałem plan, ile czasu spędzę w klubie, gdzie i na jak długo usiądziemy z Bruno do podsumowania dnia oraz co zrobię wieczorem dla odprężenia ciała i głowy.  

Żeglowanie po wodach Biscayne Bay w Miami nie jest proste. Wszystkie trzy prognozy z których korzystałem, potwierdzały ten sam scenariusz. W czasie 6 dni regat mogliśmy się spodziewać zmiennych wiatrów wiejących od 8 do 20 węzłów. W notatkach z ostatnich kilku regat znalazłem powtarzającą się obserwację: umiejętność przechodzenia przez tzw. transitions, dawała mi za każdym razem kilka metrów przewagi względem przeciwników. Transition, to nic innego jak nagła zmiana siły wiatru lub zafalowania. Kilkunastosekundowe osłabienie ciśnienia na żaglach lub mocniejszy szkwał, ale też i przepływająca inna łódka lub motorówka tworząca fale, wymagają od nas właściwej reakcji. Na łódce klasy Star mamy bardzo dużo różnych regulacji. Szoty, baksztagi, outhoul, wózek na szynie, w takich momentach mieliśmy z Bruno wszystkie w naszych rękach. Bardzo dbaliśmy o dostosowanie przechyłu łódki, oscylując kątem pomiędzy 12 a 17 stopni. Przewidywałem, że takie nastawienie i szczegóły będą miały znaczenie. Pomogą osiągnąć cel i sprawią, że te regaty będą wyjątkowe. 

93. edycja Bacardi Cup przeszła do historii. Pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Nie tylko z powodu fantastycznego zwycięstwa. Miałem w swojej karierze wiele udanych regat, ale żeby w sześciu długich i ciężkich wyścigach, w stawce 65 załóg zajmować tylko pierwsze i drugie miejsca, to ani mnie, ani nikomu wcześniej się nie przydarzyło! Wielka w tym zasługa Bruno Prady, dla którego było to również pierwsze zwycięstwo w Bacardi Cup. We wszystkich wyścigach żeglowaliśmy bardzo szybko. Przed regatami omówiliśmy jakie ustawienia masztu i żagli sprawią, że będziemy mieli dobrą prędkość. Bruno jest w tym znakomity. Pomogły nam bardzo dobre starty oraz minimalna liczba manewrów. Przed każdym startem ustalałem, ile zwrotów chce zrobić i w którym miejscu. Nie zawsze dane jest nam takie założenia realizować, ale mając plan i umiejętności, dajemy sobie większe szanse. Dzięki temu w całych regatach musieliśmy tylko raz przejść komuś za rufą i dwa razy podłożyć się przeciwnikowi „na prawym”. 

Tak, to były regaty, które mieliśmy z Bruno pod pełną kontrolą! Nie było to wynikiem przypadku, ale dobrego przygotowania i złożenia w całość wielu istotnych elementów potrzebnych w żeglarstwie regatowym. Po powrocie z zakończenia imprezy, na którym wznosiliśmy zwycięski toast rumem Bacardi, otworzyłem notes i zapisałem spostrzeżenia, metody i ustawienia, którymi podzielę się z innymi i wykorzystam w kolejnych regatach. 

Żeglując na Optymiście zaczynaliśmy sezon w Rybniku a kończyliśmy październikowymi regatami w Mrągowie. Pomiędzy zawodami sporo trenowaliśmy, ale regat nie było zbyt dużo. Pięć, góra sześć. W sumie nie więcej niż dziesięć startów w sezonie. 

W programie olimpijskim na Finnie a później na Starze miałem możliwość żeglowania przez cały rok. Kiedy nasz sezon w Europie się kończył, przenosiliśmy się do Ameryki, Chin lub dalekiej Australii i Nowej Zelandii. Zaliczałem regaty jedne po drugich. Wybieraliśmy z trenerem te najważniejsze a pozostałe służyły mi jako dobry trening i sprawdzenie chociażby nowych ustawień czy sprzętu. Przeanalizowałem swoje kalendarze z tamtych lat. Mój rekord to szesnaście regat w sezonie. Średnio wychodziło jedenaście startów. 

Zastanówmy się, ile dni treningowych należy zaplanować oraz w ilu regatach wystartować, by optymalnie zrealizować sezon, osiągnąć najlepsze rezultaty i rozwijać swoje umiejętności i formę? 

Podzieliłem się już z Wami moimi doświadczeniami. Dzięki znajomości z wybitnymi żeglarzami z całego świata mam też obraz jakie są kierunki, tendencje i zasady jakich w tym temacie trzymają się najlepsi. Mam jedną główną obserwację: czasy się zmieniły. Nie idzie się już na ilość, ale przede wszystkim na jakość. Bardzo dużą rolę przywiązuje się do treningów. Najlepsi Laserzyści trenują niemal bez przerwy. Za wzór do naśladowania stawiani są Australijczycy i Chorwaci. Do każdej z nich podłączają się odpowiednio Nowozelandczycy i dwukrotny Mistrz Świata Pavlos Kontides z Cypru. Nie istnieje u nich określenie zgrupowanie. Mają system trenowania przez trzy dni z rzędu po czym następuje jeden dzień przerwy na odpoczynek i regenerację po czym znów trzy dni treningowe. Rano ćwiczą na rowerze, basenie lub siłowni a popołudniu żeglują około trzech godzin. W jednym wybranym miejscu. Nigdzie się nie przemieszczają. Nie tracą czasu i energii na podróże. 

Pomiędzy treningami startują w regatach nie więcej niż w ośmiu. Wybierają dwa najważniejsze starty, na których skupiają uwagę oraz odpowiednio się przygotowują. W sumie spędzają na wodzie pomiędzy 220 a 250 dni w roku. 

Inny sposób przyjęła mocna grupa ośmiu Finnistów na czele z aktualnym Mistrzem Świata i zwycięzcą regat przedolimpijskich, Węgrem Zsomborem Bereczem. Zakładają na pół roku bazę w wybranym miejscu. Przez trzy tygodnie w miesiącu żeglują dzień w dzień. Przerwy robią tylko kiedy jest flauta albo wieje powyżej trzydzieści węzłów. Po trzytygodniowej sesji robią tydzień przerwy by wrócić do domu i odpocząć. Co najciekawsze, czołowi zawodnicy tej grupy startują w co najwyżej czterech lub pięciu regatach w roku. Oczywiście wyścigów treningowych mają dużo więcej, ale starają się za wiele nie podróżować tylko skupić na treningu, testach i wzmocnieniu tych elementów, które doprowadzą ich do najwyższej formy w najważniejszym starcie sezonu.  

Ograniczenie przejazdów, transportu sprzętu, mała liczba startów w regatach i skupienie się na rozwoju podczas dobrze przygotowanych, systematycznych treningów jest według moich obserwacji generalną tendencją w dzisiejszych czasach. W rozmowie z wybitnym polskim trenerem Andrzejem Piaseckim, doszliśmy kiedyś do wniosku, że optymalna liczba regat w sezonie wynosi jedenaście. Do tego zgrupowania, konsultacje, badania i czas na przejazdy dawały w sumie ponad dwieście dni w roku poświęcone na żeglarstwo. Jestem przyzwyczajony do takiego systemu i przynosił on znakomite rezultaty. Koniec roku to dobry moment na ułożenie planów na kolejny sezon. Warto rozważyć sprawdzone rozwiązania i zastanowić się w jaki sposób ułożyć swój kalendarz treningów i regat na 2020 rok.  Powodzenia! 

Jeden ranking wszystkich żeglarzy

Żeglarstwo przeżywa trudny czas. Na świecie, w Europie, również w Polsce coraz mniej osób zapisuje się na kursy i obozy żeglarskie czy zostaje członkami klubów. Z roku na rok tendencje są niestety spadkowe. Mówi się już o tym otwarcie na konferencjach, sympozjach, można też o tym przeczytać lub usłyszeć w licznych wywiadach. 

Dlaczego tak się dzieje? Powodów jest z pewnością wiele. Jako te główne wskazuje się konkurencję jaką stanowią nowe technologie (gry i social media) oraz nowe, proste, łatwo dostępne, tanie i atrakcyjne dyscypliny sportu, z których wiele jeszcze kilka lat temu nawet nie istniało. 

Z badań i obserwacji wynika również, że żeglarstwo jest trudne do zrozumienia i śledzenia. Na świecie jest ponad osiem tysięcy klas jachtów! Co roku w żeglarstwie mamy 117 mistrzów świata! Prosty, zrozumiały przekaz jest trudny do sformułowania. Nie wspominając o odpowiedzi na pytanie, kto jest tym najlepszy w żeglarstwie? W porównaniu do tenisa, Formuły 1, golfa czy boksu odstajemy w tym aspekcie mocno. Potrzebne są nam proste i zrozumiałe rozwiązania. Jednozdaniowe odpowiedzi na podstawowe i proste pytania. 

Żeglarstwo przechodzi transformacje. Powstają nowe klasy jachtów(nie tylko bardzo szybkich), nowe narzędzia do śledzenia wyścigów, innowacyjne trasy po których żeglujemy, uproszczone procedury startowania, szybkość podawania ostatecznych wyników itp. Niektóre można ocenić jako te właściwe i korzystne, inne niestety komplikują i tak już skomplikowaną sytuację. 

Ciekaw jestem jak na tym tle sprawdzi się nowy projekt globalnego rankingu żeglarzy który został „zwodowany” w tym roku. Po raz pierwszy w historii naszej dyscypliny sportu powstaje jedno zestawienie sterników i załogantów wszystkich klas żeglarskich (z wyłączeniem żeglarstwa morskiego i oceanicznego). Inspiracją do stworzenia rankingu SSL jest tenisowy ranking ATP

SSL Ranking składa się z dwóch oddzielnych klasyfikacji: rankingu sterników oraz załogantów. Jako ciekawostkę powiem, że jestem w jednym i w drugim żeglując raz jako sternik a w innych regatach jako taktyk i trymer grota. Sportowcy są nagradzani za pomocą systemu punktów. Koncepcja klasyfikuje sportowców na podstawie wyników uzyskanych w regatach z ostatnich dwóch lat. Sześć najlepiej punktowanych wyników sumuje się na konto każdego zawodnika. 

Ponad 10 osób wpisuje dzień w dzień wyniki ostatnich regat z całego świata. Na tę chwilę jest w nim sklasyfikowanych ponad pięćdziesiąt tysięcy żeglarzy. Do końca roku ma ich być ponad siedemdziesiąt tysięcy. Kobiet i mężczyzn. Żeglujących na Laserze, 420, Optimiście, J70, Finnie, Słomce, OK Dinghy, ORC, Ćmie, Melgesie czy Słomce. Wszyscy razem. W jednym rankingu. Którego głównym założeniem i celem jest promocja sportowców i ich umiejętności. Ustalenie możliwie najodpowiedniejszej i najszerszej klasyfikacji. Umożliwienie prostego i zrozumiałego narzędzia komunikacji i przekazu. Promowanie regat wśród nie tylko żeglarskiej publiczności. Ranking SSL będzie również narzędziem wykorzystanym do wyboru członków reprezentacji państw, które w 2021 roku wezmą udział w pierwszym żeglarskim mundialu: SSL Gold Cup. Kolejne klasy jachtów dołączą do rankingu w tym i w przyszłym roku. 

Podczas jednych z regat podszedł do mnie portugalski żaglomistrz, którego córka żegluje na Słomce i 420-tce. Powiedział mi, że poziom emocji towarzyszący jej oraz w jej klubie wzrósł ostatnio znacząco, kiedy wszyscy oni sprawdzili, że nalazła się w światowym rankingu tuż przed Francesco Bruni oraz Peterem Burlingiem. Obaj mają dużą szansę mocno awansować w rankingu SSL po Pucharze Ameryki i Igrzyskach w Tokyo, ale na tę chwilę Mafalda jest przed nimi i z tego powodu jest bardzo szczęśliwa. 

Po jedenastu latach zdobyłem po raz drugi w karierze Mistrzostwo Świata w klasie Star. Ale jestem szczęśliwy! To fantastyczne uczucie, ale też bardzo ciekawe doświadczenie. Po dłuższej przerwie wróciłem do regatowego żeglarstwa. Można powiedzieć, że na nowo przygotowuje się i startuje w regatach. W styczniu ustaliłem kalendarz i wybrałem najważniejsze starty. Postawiłem też przed sobą cele. Jestem już bardzo doświadczonym sportowcem. 5 kampanii olimpijskich, sukcesy, wyzwania, porażki, gigabajty obserwacji, notatek i wniosków. Z biegiem lat zauważyłem, że moja motywacja do walki i zwycięstw wynika z pragnienia osiągnięcia czegoś wyjątkowego a nie z chęci pokonania przeciwników. Sprawdzam również jak daleko mogę zajść i co osiągnąć. Teraz widzę, że talent i doświadczenie poparte pracą i właściwymi decyzjami z dodatkiem przemyślanych eksperymentów przynosi fantastyczne rezultaty. 

W drodze na Mistrzostwa Świata do Porto Cervo na Sardynii czułem, że jestem na nie gotowy i dobrze przygotowany. Drugie miejsce w Bacardi Cup w marcu oraz czwarte w Mistrzostwach Europy w maju pokazały, że mogę śmiało walczyć o podium a nawet o zwycięstwo. 

W tym roku w każdych regatach pływam z innym załogantem. Dominik z którym żeglowałem przez wiele lat nie miał możliwości do mnie dołączyć. W Bacardi Cup wystartowałem z Niemcem Frithjofem Kleenem, w Mistrzostwach Europy z Portugalczykiem Frederico Melo a do Mistrzostw Świata przystąpiłem w parze z Brazylijczykiem Bruno Pradą. 

Żeglowaliśmy razem po raz pierwszy. Ci którzy śledzą moją karierę wiedzą jakim Bruno jest dobrym i utytułowanym zawodnikiem. Mieliśmy tylko jeden dzień treningu by ustalić komunikację, role przy manewrach i ustawić naszą łódkę. Ale to nam wystarczyło. Po tygodniu wspólnego żeglowania obaj stwierdziliśmy, że bardzo dużo się od siebie wzajemnie nauczyliśmy. Uważam, że to fantastyczne i bardzo cenne doświadczenie. Pierwszy raz żeglowałem z kimś kto od samego początku tak dużo uwagi skierował na dobre samopoczucie i pozytywne nastawienie. Bardzo ciekawe były też nasze codzienne rozmowy przed i wyścigami. Każdego dnia szukaliśmy i wprowadzaliśmy drobne udoskonalenia wypracowane samemu lub podpatrzone u innych. Dzięki temu każdego kolejnego dnia żeglowaliśmy szybciej i wyciągaliśmy z każdego wyścigu ile się dało. Na końcu okazało się, że były to decyzje na wagę Mistrzostwa Świata. 

Same regaty były dla nas trudne. Słabe wiatry nie były naszym sprzymierzeńcem. W każdym wyścigu mieliśmy ciężkie momenty, z których w większości przypadków wychodziliśmy obronną ręką. Dopiero w ostatnim (w którym mocno przywiało) pokazaliśmy naszą moc i klasę wygrywając z 200 metrową przewagą. 

W sześciu wyścigach zajmowaliśmy kolejno 6, 2, 11, 3, 4 i 1 miejsca. Srebrny medal zdobył Amerykanin Augie Diaz żeglujący też z Brazylijczykiem Henrym Boeningiem. W generalnej klasyfikacji wyprzedziliśmy ich tylko o 2 punkty. Brąz zdobył Norweg Eivind Melleby żeglujący w załodze z Amerykaninem Joshua Revkinem. 

Była to 97 edycja Mistrzostw Świata w klasie Star. Startowało 63 jachtów z 20 państw. Tytułu przyjdzie mi bronić w listopadzie 2020 w Miami, USA. Czas powoli zacząć rozglądać się za załogantem… 

Wybaczcie, powinienem napisać: kto smaruje ten płynie! Każdy o tym słyszał, co nieco wie ale tak mało się o tym mówi. Zastanawiam się dlaczego, skoro wszyscy najlepsi żeglarze świata stosują sprawdzone lub zupełnie nowatorskie metody szlifowania, polerowaniania i smarowania dna swojego jachtu. 

Kilka lat temu nie pozwoliłbym sobie na podjęcie tego tematu w swoim felietonie. Nie zdradziłbym sekretów, dzięki którym wypracowywałem przewagę nad konkurencją. Dzisiaj sytuacja jest odmienna. Zakończyłem karierę sportową dlatego z czystym sumieniem mogę podzielić się moją wiedzą i doświadczeniem w temacie smarów jakie stosowałem w swoich jachtach.

Zanim opiszę konkretne rozwiązania chciałbym zwrócić uwagę, że żeglarstwo należy do tych dyscyplin sportu w których aspekt techniczny i technologiczny odgrywa ważne jak nie kluczowe znaczenie. Ten którego jacht płynie z największą prędkością ma największe szanse na zwycięstwo. Tak jest w Pucharze Ameryki, wyścigach oceanicznych, w żeglarstwie olimpijskim jak i na małych optimistach. Dojście do najlepszej prędkości osiąga się dopracowaniem do optimum dziesiątek elementów tj. odpowiednia waga kadłuba, optymalny kształt żagli, sterowność jachtu, sztywnością masztu, aerodynamiką ubrań załogi itp. itd. 

W moim przypadku od samego początku przygody z żeglarstwem miałem do czynienia z problemem oporu hydrodynamicznego kadłuba względem wody po której się poruszał. Dlaczego problemem? Tak to zawsze przedstawiał mój Tata. Nauczyciel akademicki na wydziale Mechatroniki Politechniki Warszawskiej. Specjalista w temacie oporu tarcia łożysk tocznych. Kiedy tylko zobaczył moją fascynację żeglarstwem, włączył się w tematach mu bliskich. W wieku 10 lat, kiedy jeszcze żeglowałem na optimiście, jednym z podstawowch tematów naszych rozmów i badań było znalezienie najlepszego smarowidła do polerowania dna mojej łódki. Mój Tata przeprowadził wtedy i przez kolejne kilka lat setki jak nie tysiące prób i testów laboratoryjnych, które doprowadziły do wskazania najlepszego środka polerskiego na jachty których prędkość oscylowała pomiędzy 3 a 12 węzłami. Zwycięski środek nosił nazwę Simonitz. Był to istniejący produkt dla profesjonalistów do polerowania karoserii samochodów. Okazało się, że znakomicie sprawdzał się również w żeglarstwie. 

Wszystkie moje zwycięskie starty w regatach wliczając to zdobycie medali olimpijskich, mistrzostw świata i europy zdobyłem żeglując na łódkach wypolerowanych Simonitzem. 

Z tego co wiem, nie byłem jedynym zawodnikiem, który używał tego środka. Pewna grupa Francuzów, Szwajcarów i Australijczyków również wybrała ten środek. 

Ale byli też tacy, co stosowali inne rozwiązania. Najbardziej popularne wśród żeglarzy jest szlifowanie dna papierem ściernym na wodę. Znam wielu żeglarzy, którzy twierdzą, że po 'przejechaniu’ dna papierem o numerze 400, woda wnika w mikropory, przykleja się do kadłuba i powoduję naturalną mikropowłokę po której woda przepływa najszybciej. 

Wśród swoich największych rywali miałem też takich, którzy nigdy po papier ścierny ani smar nie sięgnęli. Do tej grupy zaliczał się Phillipe Presti, Mistrz Świata w klasie Finn a obecnie główny trener zwycięskiej załogi Team Oracle USA w Pucharze Ameryki który uważał, że podczas podróży na regaty, ilość i jakość olejów i smarów wyrzucanych spod kół samochodu a lądujących na kadłubie jachtu podróżującego na przyczepie jest optymalnym składem chemicznym do szybkiej żeglugi po wodzie. 

Z tego co w sekrecie się dowiedziałem, teoria Phillipa nie została przyjęta i zastosowana w ultranowoczesnych jednostkach Pucharu Ameryki. W amerykańskim trimaranie, który zwyciężył w 2010 roku u wybrzeży Walencji zastosowano unikalną, opracowaną na zelecenie folię, którą pokryto wszystkie kadłuby. Przygotowała ją znana firma 3M która nigdy publicznie nie odkryła rąbka tajemnicy współpracy z amerykanami. 

Zaglądając do sklepów żeglarskich znajdziecie duży wybór środków do polerowania i konserwacji kadłubów. Te ogólnodostępne środki są wystarczająco dobre, żeby na początkowym etapie zadbać o poślizg własnego jachtu. Polecam o tym pamiętać każdemu kto chce osiągnąć przewagę nad swoimi rywalami. 

świadomość, że każdy kolejny wyścig i zajęte w nim miejsce będzie liczony do punktacji. W takiej sytuacji znalazło się wcześniej wielu zawodników. Przydarzyło się to największym mistrzom. Nigdy nie zapomnę, jak najbardziej utytułowany olimpijczyk Ben Ainslie, nie z falstartem, ale z dyskwalifikacją w pierwszym wyścigu wywalczył na koniec zwycięstwo na Igrzyskach w Atenach. Jest też wielu takich, którzy nie podołali presji i nie dowieźli sukcesu do mety. 

Podczas regat Bacardi Cup w Miami znalazłem się w takiej właśnie sytuacji. Walcząc o dobrą pozycję przy zawietrznym końcu linii startu, zostaliśmy sprowokowani przez Argentyńczyków do szybszego wybrania szotów przez co przepłynęliśmy linię startu o 3 sekundy za wcześnie. Przy czarnej fladze oznacza to dyskwalifikację. 

Kiedy dużo trenowałem, nie pozwalałem sobie na taki błąd. Ale teraz przyjeżdżam na regaty na dzień przed ich rozpoczęciem, co przekłada się na kwadratowe ruchy i brak wyczucia szczegółów. Żartuję sobie pod nosem, że jestem gotowy do ścigania na najwyższym poziomie w momencie, kiedy regaty dobiegają już końca. 

Informacja o falstarcie dotarła do mnie szybko. Wpadłem w złość, której dałem głośny i mocny upust. Całe szczęście producent wzmocnił pokład w miejscu, w którym wylądowała moja pięść i nie było potrzeby tego dnia wzywać szkutnika. 

Byłem wściekły. Jak mogłem popełnić taki prosty błąd!? Od razu zobaczyłem przed oczami najczarniejszy scenariusz. Odległe miejsce w którymś z kolejnych wyścigów i podium jakie sobie wymarzyłem i za cel postawiłem w tych regatach było już tylko wspomnieniem. Gorycz niezadowolenia i złości trzymała mnie jeszcze przed dobre trzy godziny. Po umyciu i roztaklowaniu łódki, poszedłem na długi spacer. Postanowiłem porozmawiać sam ze sobą. Ostudziłem emocje. Podszedłem do tematu racjonalnie. I włączyłem pozytywne myślenie. 

Zacząłem od prostego tricku: wmówiłem sobie, że wszystko dobrze się skończy. W jakiś sposób dobrze ułoży. Mamy przecież dobrą prędkość. Do tego akwen w Miami znam wyśmienicie. Poza tym jestem na wakacjach i nawet jak się nie uda to przecież nic się złego nie stanie. To nie pierwsze, ale też i nie ostatnie regaty, w których biorę udział. 

Mój nastrój momentalnie się zmienił. Zamiast pełen obaw i strachu, nie mogłem doczekać się kolejnych wyścigów. Musiałem jednak uważać. Takie nastawienie jest często bliskie potrzebie nadrobienia strat. Odbicia się. Ataku. A to w żeglarstwie bywa zgubne. Szczególnie w sytuacji, kiedy kolejny błąd przekreśla szansę na medal. 

Dlatego dużo uwagi poświęciłem tego wieczoru na analizę każdego elementu wyścigu i poddanie go ocenie ryzyk w jakich mogę się znaleźć. Pamiętam jak siedząc na ławce w parku z zamkniętymi oczami, wyobrażałem sobie różne sytuacje w których mogłem się znaleźć i jak wyjść z nich z obronną ręką.

Screenshot

Ważna i bardzo pomocna była dla mnie też codzienna rutyna. Mam zwyczaj ustalać program dnia przed rozpoczęciem regat. Postanowiłem jej nie zmieniać a wręcz bardziej się jej trzymać. W czym to pomogło? Przede wszystkim w zachowaniu spokoju i poczuciu pewności siebie. Nie musiałem się zastanawiać co mam teraz zrobić. Szedłem jak po sznurku według ustalonych wcześniej zadań i obowiązków. Dzięki temu o niczym nie zapomniałem i wszystko robiłem na czas. 

Przełomowy w tych regatach był dla nas drugi wyścig. Zachowawczy, ale bezpieczny start dał nam ósme miejsce po pierwszym okrążeniu, ale później szliśmy już tylko do przodu i metę przekroczyliśmy jako zwycięscy. To dużo dla mnie znaczyło i mocno wpłynęło na dalszy przebieg regat. Dzięki równemu żeglowaniu, ocenie ryzyka, ciągłej analizie, czujności, ale przede wszystkim pozytywnemu nastawieniu i myśleniu, zajęliśmy w regatach, w których startowało 64 załóg znakomite drugie miejsce. Dzisiaj to nie to drugie miejsce, ale sposób w jaki wyszliśmy z opresji i nie daliśmy się pokonać presji daje mi najwięcej satysfakcji i radości z tych regat. To było bardzo ciekawe doświadczenie z happy endem. 

Nie ma chyba dnia, żebyśmy na ekranach naszych telewizorów i komputerów nie oglądali reklam, które w jakiś sposób nawiązują do sportu. Zastanawialiście się dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana – sport wyzwala jedyne w swoim rodzaju emocje, angażuje, przyciąga i bardzo często kojarzy nam się pozytywnie.

Dziś kontynuuje rozpoczętą w tym roku serię felietonów poświęconą zagadnieniom sportu. Pisałem już m.in. o roli motywacyjnej sportu, o smaku zwycięstwa i umiejętności przegrywania. Dziś skoncentruje się na wpływie sportu na gospodarkę oraz biznes i vice versa. A wierzcie mi Państwo, choć nieoczywisty, ten wpływ jest całkiem spory.

Fakt, że sport budzi dobre emocje i pozytywne skojarzenia szybko wychwycili specjaliści od marketingu. Dziś trudno sobie wyobrazić mecz czy jakąkolwiek relację sportową bez reklam.

W końcu organizacja zawodów i ich relacja także kosztują, a wpływy z reklam pozwalają na pokrycie tych kosztów i dodatkowy, często bardzo znaczący zysk. Widzimy więc reklamy telewizyjne w przerwach w zawodach czy na bandach elektronicznych, również na kostiumach/koszulkach sportowców. Każda przestrzeń, nawet mała, ma swoja cenę. Trudno się dziwić reklamodawcom, że kiedy tylko jakiś sport znajdzie się na fali wznoszącej, zaczynają walkę o tą najmniejszą choćby część kombinezonu skoczka czy koszulki piłkarza.

I sporo ryzykują, w końcu nigdy nie wiadomo jaki sezon nas czeka. Jeśli udany, to każda zainwestowana złotówka nie tylko pomoże naszym zawodnikom, ale zwróci się reklamodawcy z nawiązką. Dzięki transmisjom telewizyjnym można trafić do większej i precyzyjniej określonej grupy odbiorców, a kibice zwiążą się z marką, bo utożsamią ją z ulubionym sportowcem czy drużyną. Jeśli jednak sukcesów nie będzie, to widzowie na żywo i przed telewizorami nie dopiszą, a efekt tego jest oczywisty.

Niedawno przeprowadzone badania wykazały, że stopa zwrotu zainwestowanych pieniędzy jest najwyższa właśnie w przypadku marketingu sportowego. Dlatego też współpraca biznesu ze sportem i sportu z biznesem kwitnie i nie należy się spodziewać zmiany tego trendu. Tym zresztą lepiej, gdyż jest to współpraca, na której wszyscy korzystają. Sport otrzymuje pokaźny (a zarazem niezbędny) zastrzyk gotówki – finanse otrzymane od reklamodawców pozwalają m.in. szerzej inwestować w infrastrukturę sportową, organizację światowych rozgrywek i turniejów, profesjonalne szkolenie młodzieży i odkrywanie nowych talentów. Firmy z kolei zarabiają dzięki pozytywnie odbieranej reklamie.

Dało się to zaobserwować szczególnie wyraźnie w roku 2012, kiedy w Polsce odbywała się trzecia największa sportowa impreza świata – UEFA Euro. Suma wydatków marketingowych firm w naszym kraju osiągnęła wówczas nienotowaną wcześniej kwotę – 2,5 mld złotych!

W kolejnych latach wprawdzie widać było pewne spowolnienie, ale i tak jedna impreza sportowa wywindowała rodzimy marketing sportowy na nowy poziom. Jak mawia branża „marketing na dobre pokochał sport”.

Na koniec chciałem przytoczyć przykład z nieco odleglejszego podwórka. Choć marketing sportowy w Polsce stopniowo się rozwija, to trudno porównywać jego skalę do tego co dzieje się za oceanem. Najlepszym przykładem niech będzie blok reklamowy przed finałem Super Bowl – futbolu amerykańskiego, który choć nie cieszy się poza USA znaczącym zainteresowaniem, to w samym kraju porywa tłumy. W telewizji obejrzało go blisko 170 mln widzów, a liczbę odsłon spotów w internecie, szacuje się na 480 mln.

Siła wydarzenia jest tak duża, że wiele firm zdecydowało się wykupić 60 sekundowe spoty, mimo, że cena za 30 sekundowy, to już astronomiczne 5 mln dolarów!

No cóż, trochę nam jeszcze do tego poziomu brakuje, ale skoro marketing pokochał sport na dobre, to z pewnością zmierzamy w tym właśnie kierunku. I jestem pewien, że z korzyścią zarówno dla sportu, jak i biznesu.

Wiem, że bardzo tego chcesz, możliwe że nawet masz wielkie tego pragnienie ale czy jesteś zdesperowany na tyle mocno, żeby to osiągnąć? Czy sprzedasz swój samochód, wszystkie swoje dobra materialne, będziesz mieszkał pod gołym niebem by spełnić swoje marzenie? Naprawdę?

To początek moich rozmów z osobami, które pragną wejść w zawodowy sport lub rozpocząć kampanię olimpijską. Ludzkie marzenia powstają na skutek tego co widzimy. I chcemy żeby nam się przytrafiło. Wyobrażamy siebie w momencie sukcesu. Na szczycie.

Nagle pojawia się rzeczywistość. Real life. To tak jak z górą lodową. To co wygląda pięknie, o czym marzymy, co wydaje nam się prostą ścieżką do spełnienia marzeń i upragnionego sukcesu widzimy ponad powierzchnią oceanu. Co zatem znajduje się pod powierzchnią? 90% naszej góry lodowej to pot, łzy, zmęczenie, ból, wyczerpanie, wyrzeczenia, brak wygody i komfortu pomnożone przez tysiąc a może i dwa tysiące. Tego nie widać. Do momentu aż się tego nie spróbuje i samemu nie doświadczy.

Sukces, gloria i chwała. Jakże wspaniale gonić za swoimi marzeniami. Robić to co się kocha. To może się wydarzyć. Ale nie musi. Nie zamierzam nikogo zniechęcać. To nie mój cel. Całe moje życie gonię za marzeniami. Pragnę je zdobyć. Wiem jak ciężko to osiągnąć. Wiem też, że należy bardzo chcieć, pragnąć a przede i nade wszystko być zdesperowanym żeby sięgnąć wysoko!


Na początku roku przyleciał do Polski Phillipe Guigne, założyciel największego na świecie portalu żeglarskich gier on-line. Okazało się, że nie trzeba ruszać się z domu by spotkać wyjątkowych ludzi. Mój dom to Gdańsk w którym wspomniany Phillipe znalazł partnera do rozwoju swojego najnowszego produktu.

Virtual Regatta to nie zwykły serwis www dla miłośników żeglarstwa. To platforma do gier on-line. Niezależnie od pory roku, siły wiatru i strefy czasowej, w wyścigach żeglarskich rozgrywanych codziennie na Virtual Regatta bierze udział kilkanaście tysięcy osób. Na czym polega fenomen tego serwisu?

Myślę, że na początku należy wskazać wzrastającą co roku modę i popularność gier komputerowych. Daleki jestem od promocji siedzenia godzinami przed ekranem komputera ale liczby mówią same za siebie. W gry on-line grają nie tylko dzieci i młodzież ale i dorośli. Walki gladiatorów, loty myśliwcami, bitwy kosmiczne, mecze piłkarskie to chyba najbardziej popularne propozycje rozrywki w wirtualnym świecie. Od szcześciu lat można też żeglować jachtami w krótszych i dłuższych wyścigach po morzach i oceanach.

Virtual Regatta powstał we Francji gdzie żeglarstwo, szczególnie morskie jest niezwykle popularne. Na starcie i mecie każdego ważnego wyścigu oceanicznego pojawiają się miliony kibiców. W ogromnej większości są to francuzi. Serwis Virtual Regatta ma już oczywiście dzisiaj zasięg globalny. W rozmowie z Philippem miałem okazję poznać statystyki serwisu. Drugim po Francji krajem pod względem ilości użytkowników są Stany Zjednoczone, nastepnie Wielka Brytania i Włochy. W czołówce są również Brazylia, Nimcy i Czechy. W Polsce w Virtual Regatta gra średnio sześć tysięcy osób.

Dzięki Virtual Regatta możemy stanąć na starcie chociażby Volvo Ocean Race, Jules Verne Trophy czy Vendee Globe. To co najciekawsze, to uczestnictwo w wyścigu w czasie rzeczywistym. Wymaga logowania do gry nawet kilka razy dziennie by ustawiać kurs jachtu, zmieniać i trymować żagle, sprawdzać prognozę pogody i unikać kolizji z przeciwnikami. W niektórych wydarzeniach do wygrania są nagrody finansowe. Zwycięzca wyścigu on-line Jules Verne Trophy zainkasował kwotę dwudziestu tysięcy Euro. Od niedawna można się też ścigać w wyścigach na krótkiej trasie w tzw. formacie Inshore Race. To propozycja dla żeglarzy regatowych. Takich jak ja.

Czy Virtual Regatta mnie wciągnął? Przyznam się, że tak. Z dwóch powodów: w długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy tak bardzo tęsknie za żeglowaniem, jest to dla mnie najlepszy sposób, by przynajmniej połowicznie poczuć przyjemność ze sterowania jachtem.

Po drugie, dzięki Virtual Regatta rozwinąłem kilka swoich żeglarskich umiejętności. Tak, okazało się, że gra komputerowa może być dobrym treningiem. Ćwiczę między innymi ustawienia na starcie albo rozwiązania taktyczne na kursach z wiatrem. Widok na trasę regat nie z pokładu swojego jachtu a z lotu ptaka daje mi zupełnie inny obraz na rozgrywkę całego wyścigu.

Virtual Regatta prowadzi też własny ranking. Jego sponsorem jest Star Sailors League, organizacja cyklu regat, który opisywałem już wiele razy na łamach Żagli. Bierzemy w niej udział z Dominikiem. Okazuje się, że ranking w żeglarstwie wirtualnym ma olbrzymi wpływ na zaangażowanie użytkowników serwisu. Od momentu jego wprowadzenia, intensywność uczestniczenia w regatach się podwoiła. W dniu w którym piszę ten felieton, na wysokim czternastym miejscu mamy zawodnika z Polski. Trzymam kciuki by wszedł do pierwszej dziesiątki a za jakiś czas wygrał ten ranking.

Więcej, dalej, szybciej, lepiej. Presja pod jaką żyjemy w dzisiejszych czasach jest często ogromna. A my staramy się stanąć na wysokości zadania i dać z siebie nie 100%, a 110% a może i więcej. Oczywiście na krótką metę taka taktyka może się sprawdzić, ale w dłuższym okresie czasu. No cóż… Doskonale pamiętam ciężar presji jaki spoczywał na moich barkach przed Igrzyskami w Sydney w 2000 roku. Cztery lata wcześniej w Atlancie sięgnąłem po złoty medal. Jadąc do Australii kibice znów widzieli mnie na podium, a ja bardzo chciałem tego medalu i przy okazji nie chciałem ich zawieść.

I dlatego trenowałem. Bardzo dużo, bardzo często. Narzuciłem sobie iście mordercze tempo, aby prześcignąć konkurentów i być lepiej przygotowanym. Sądziłem, że ta strategia przyniesie wymierne efekty. Owszem przyniosła – najgorsze rezultat dla sportowca – 4 miejsce. Tuż za podium. Szybko zdałem sobie sprawę co było przyczyną braku sukcesu. Przetrenowanie! Tak naprawdę już lecąc do Australii byłem tak zmęczony, że nie miałem szans na 1 miejsce, choć wydawało mi się, że jest dokładnie odwrotnie. Nie zadbałem o absolutnie konieczną przerwę i wypoczynek przed najważniejszymi regatami. A czas na regenerację jest tak samo ważny, jak ciężka praca.

W życiu każdego z nas obowiązuje podobna zasada. W naszej pracy coraz częściej zostajemy po godzinach. Nie możemy funkcjonować bez odpowiadania na maile czy telefony w weekendy i na urlopie. Często śpimy za krótko. Rezultatem będzie stopniowe przemęczenie, które pociągnie za sobą zniechęcenie, marazm i w efekcie doprowadzi do wypalenia zawodowego. Coraz częściej rozumieją to także pracodawcy. Niedawno jeden z największych banków na świecie wydał specjalne zalecenie dla swoich pracowników, aby w piątek kończyli pracę nie później niż o 19.00… Nawet najlepsi specjaliści potrafią się wypalić, a to powoduje brak efektywności, a nawet zmianę pracy. A przecież żadnemu pracodawcy nie zależy na utracie dobrego pracownika.

Wypalenie ma też negatywne skutki w życiu poza pracą. Brak czasu na zabawę z dziećmi czy wspólne rodzinne spacery często ma poważne reperkusje rodzinne. Tak naprawdę jest jedna najcenniejsza rzecz, jaką każdy z nas otrzymuje, a której nie można kupić za żadne pieniądze. To czas. Dlatego gospodarujmy nim mądrze. Znajdźmy czas i na pracę, i na odpoczynek. Efekty będą korzystne nie tylko dla nas, ale dla całego naszego otoczenia!


W połowie lipca urodził mi się syn! Zdrowy, pogodny, wysportowany. Ordynator szpitala dał mu od razu pierwsze miejsce! W niezliczonej ilości telefonów i smsów z gratulacjami przyjaciele i znajomi pytali czy mam już dla niego Optimista? Zdzichu Staniul poszedł nawet dalej i już zapisał go do siebie na mistrzowski trening…

W tym wspaniałym momencie mojego życia cieszyłem się jak nigdy. Patrzyłem na małego człowieka, którego będziemy z Izą wychowywać i prowadzić przez życie. Nauczymy go poznawać ten wyjątkowy Świat. Przekażemy wartości, doświadczenia i wiedzę, które posiadamy i w zgodzie z którymi żyjemy i postępujemy. 

Patrzę na mojego syna i zastanawiam się kim kiedyś zostanie? Jaką drogę wybierze? Jakie wrodzone umiejętności pozwolą mu realizować swoje marzenia? Czy będzie miał talent do sportu, a może do muzyki lub matematyki? Może zostanie kosmonautą albo pisarzem? Czaso pokaże. Sam wybierze. Tego mu życzę. 

Moje dzieciństwo było przyjemne i ciekawe. Jestem jedynakiem. Wyniosłem z domu wartości i zasady w jaki sposób postępować i poznawać świat. Nie miałem wszystkiego wyłożonego na tacy. Liczyły się chęci, pomysły i zaangażowanie. Moi rodzice poświęcili mi dużo czasu ale w głównej mierze była to pomoc i wsparcie w realizacji pasji i zainteresowań. 

Od 6 roku życia zapisywali mnie na różne zajęcia pozalekcyjne po szkole. Kiedy moi koledzy siedzieli popołudniami na podwórku ja chodziłem na pływanie, tenis, gimnastykę, muzykę, malarstwo, karate itp, itd. Miałem sporo zajęć ale wszystkie były przede wszystkim zabawą. Kiedy miałem 9 lat moja Mama zobaczyła w szkole ogłoszenie zapraszające na wakacyjny obóz żeglarski. Zapytała mnie czy mam ochotę pojechać i nauczyć się pływać łódką. Nikt nie był wtedy świadomy co później z tego wyniknie. 

Co ciekawe, przez pierwsze trzy lata nic nie wskazywało na to, że będę odnosił sukcesy w tym sporcie. Była to przede wszystkim dobra zabawa. Obozy żeglarskie, zajęcia i treningi w klubie były dla mnie bardzo przyjemną formą spędzania wolnego czasu po szkole. 

W pierwszych regatach w których wziąłem udział zająłem drugie miejsce ale zarówno dla mnie jak i rodziców i trenera był to zwykły przypadek. Szczęście początkującego. Kolejne wyścigi kończyłem w połowie stawki. Nie zraziło mnie to bynajmniej, bo nie na dobrych wynikach mi wtedy zależało. Żyłem fajną atmosferą i przyjemnością podczas zajęć z moimi równieśnikami. Dziękuję też moim rodzicom za to, że w żadnej formie nie wywierali na mnie presji wyniku. Nie należeli do tzw.KOR-u czyli Klubu Oszalałych Rodziców. Wspierali mnie jedynie w realizacji pasji i pomagali w dojazdach na zajęcia w klubie. 

Dopiero po czterech latach uprawiania żeglarstwa pojawiły się pierwsze znaczące wyniki. Coś we mnie zaskoczyło i postanowiłem przyłożyć się do sportu. Po okresie zabawy przyszedł czas na poważne traktowanie żeglarstwa. 

Z perspektywy czasu uważam, że to była najlepsza droga jaką mnie poprowadzili. Świadomie czy nieświadomie, na pewno przy ich olbrzymim wsparciu rozwinąłem swoją karierę żeglarską w optymalny sposób i w najlepszym kierunku. Obiecałem sobie jakiś czas temu, że postąpie tak samo w przypadku swoich dzieci. Mam dużą samoświadomość i uważnie obserwuję otoczenie. Rozróżniam dobre przykłady od złych i potrafię stwierdzić co jest optymalną drogą w kształtowaniu zainteresowań młodego człowieka. Uważam, że dzieci do 12 roku życia powinny przede wszystkim poznawać świat poprzez zabawę. Wprowadzenie ich zbyt wcześnie w profesjonalne zajęcia i wyczyn może spowodować odmienny efekt. 

Cieszę się, że mam możliwość doświadczyć w życiu tego szczęścia i odpowiedzialnego zadania jakim jest wychowanie dziecka. I to nie jednego. Mamy już trzyletnią córkę Nataszkę a teraz dołączył do nas Max. Pragnę poprowadzić ich przez życie, wzbudzając w nich zainteresowania i pasje tak jak to zrobili moi rodzice. Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, będą mogli spróbować różnych zainteresowań. Pomogę im w tym i będę całym sobą wspierał. A później niech sami wybiorą co chcą w życiu robić, odnajdą swoje telenty i w czym postanowią być najlepsi.