Niesamowite ile może się wydarzyć w ciągu jednego regatowego tygodnia. Od ekscytacji i szybkiej żeglugi na własnym oceaniczny jachcie regatowym klasy VO70, poprzez chwilę frustracji po pechowym złamaniu masztu, ciężką pracę, aby móc kontynuować regaty, skończywszy na radości z żeglugi na innych wspaniałych oceanicznych jachtach i miejscu na podium.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy w dzisiejszych czasach i zmieniającym się świecie, istnieje jeszcze w sporcie ten sam duch rywalizacji i wartości jak kiedyś. Start w St.Marteen Heineken Regatta z załogą Yacht Club Sopot pokazał jednak, że jest on wciąż aktualny.

Tuż przed regatami spotkał nas ogromny pech. Żeglując na prawym halsie na kursie na wiatr, pękł saling przez co złamał się nam maszt. Masztów złamałem w swojej karierze kilkanaście, ale tym razem było to przeżycie innego rodzaju. Sterowałem 70 stopowym jachtem z 21 osobową załogą. Kiedy maszt leciał w dół modliłem się, żeby w nikogo nie uderzył. Całe szczęście i najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.

W jednej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że na tym jachcie nie popłyniemy już w Heineken Regatta. Wszyscy byliśmy przybici. Ale smutek szybko zamieniliśmy w dyskusję jakie mamy opcje i co możemy zrobić by wrócić do gry i wystartować w tych regatach. Nie zamierzaliśmy się poddawać. Jeszcze w drodze do portu rozdzwoniły się telefony. Po 5 godzinach od momentu awarii mieliśmy miejsca dla wszystkich członków naszej załogi! Z perspektywy czasu i całych regat uważam właśnie to za nasz największy sukces.

Zostaliśmy zaproszeni na inne, bardzo ciekawe i szybkie jednostki biorące udział w regatach. To wspaniały dowód na to, jak przyjazne, uczynne i solidarne jest środowisko żeglarskie.

Część załogi, dołączyła do „Monster Project” bliźniaczego jachtu klasy VO70. Inni weszli na pokład „Challengera”, jachtu klasy Whitbread 60. W klasie Ocean Racing zajęli trzecie miejsce, co w zaistniałej sytuacji można uznać za ogromny sukces. Ja, wspólnie z dwoma kolegami dołączyliśmy na jeden dzień do załogi 100 stopowego Swana „Varsovie”. Wrażenia z żeglowania tak olbrzymim i znakomitym nautycznie jachtem opiszę przy innej okazji.

Wynik w regatach przestał być priorytetem. Najważniejsze było to, aby móc kontynuować zawody i cieszyć się atmosferą żeglarskiego święta. Mimo to załogi dawały z siebie maksimum możliwości, co sprawiło, że również na linii mety osiągane czasy były bardzo dobre. Dodatkowym interesującym elementem okazał się fakt, że członkowie jednego klubu stanęli do walki chcąc czy nie chcąc również ze sobą, gdyż oba jachty zgłoszone były w klasie Ocean Racing. To dodało jeszcze więcej emocji. Bardzo pozytywnych emocji. Spotykaliśmy się każdego dnia po wyścigach we wspaniałych nastrojach. Każdy miał swoje opowieści i ciekawe historie.

Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszej okazji do żeglowania na tak wielu jachtach z różną załogą. Był to dla nas w pewnym sensie przyspieszony kurs żeglowania na jachtach oceanicznych. Wielkie uznania dla całej załogi, która pokazała charakter, sportowego ducha, nie poddała się i przede wszystkim została razem do samego końca.

Mateusz Kusznierewicz