– Jak to jest u sportowca, czy też znanego człowieka, że w pewnym momencie jego życia przychodzi taki czas, że zaczyna dawać twarz? Twarzą projektu Polska100 był pan.

– Nie tylko twarzą, ale i twórcą. To był mój pomysł.

– Chciałem zapytać jak to jest z tym udzielaniem swojego wizerunku, a więc twarzy, przez osoby znane, którzy dostają coś za to, kim są? Dają twarzy czasem bardzo dosłownie, bo pozwalają zawiesić ją deweloperowi na bilbordzie, dzięki czemu można dostać na przykład apartament w Sopocie. W ten sposób, zdaje mi się, pan tutaj mieszka? Z okna sypialni widać morze?

– Tak, mieszkam w Sopocie. Nie, mieszkania niestety nie dostałem. Wracając do wizerunku, często się mówi, że nazwisko osoby rozpoznawalnej to jego marka, na którą trzeba najpierw zapracować. Najlepiej sukcesem. Na swoją pracowałem ponad 20 lat.

TWARZ

Na pomysł kupna wspaniałego jachtu oceanicznego i rejsu dookoła świata z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości Mateusz Kusznierewicz wpadł wiele lat temu, ale sprawa nabrała tempa dopiero na rok przed rocznicą. Nowa władza, w osobie wicepremiera i ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, gotowa była wydać na to trwające trzy lata przedsięwzięcie promocyjne nawet dwadzieścia milionów złotych. Na sam jacht, chociaż ma siedem lat, trzeba by było wybulić więcej niż czwartą część tej kwoty, bo to jedna z najszybszych, liczących siedemdziesiąt stóp pokładu (około 21 metrów) jednostek żaglowych na świecie, która startowała z powodzeniem w wielu najbardziej prestiżowych regatach.

Jacht o nazwie Polska100 i jego załoga mieli sławić nasz kraj, prezentować jego historię, możliwości żeglarskie i gospodarcze, a kapitanem podczas trzyletniego rejsu miał być Mateusz Kusznierewicz, który mimo zaledwie 43 lat życia, a więc młodego jak na wilka morskiego wieku, przez wielu uważany jest za najbardziej znanego i wybitnego polskiego żeglarza, zdobył złoto i brąz olimpijski w żeglarstwie, trzy razy był mistrzem i cztery razy wicemistrzem świata, osiem razy stawał na podium mistrzostw Europy, ale od pięciu lat sportu wyczynowo już nie uprawia. Jest przedsiębiorcą, zasiada w zarządach kilku spółek, działa w fundacjach, ma własną akademię żeglarską, żonę, córkę, syna, rodziców w Warszawie.

– A więc jak to jest z tym dawaniem twarzy? – pytam jeszcze raz.

– W przypadku sportowca sprawa jest prosta: kontrakt sponsorski przewiduje wykorzystanie wizerunku przez firmę, która wspiera finansowo realizację celów sportowych. Działania reklamowe rozpocząłem bardzo wcześnie dzięki pierwszym sukcesom żeglarskim w młodym wieku. 

– To znaczy zarabiać na życie po prostu! Bo poza tym, ze sportowiec musi kupić trampki i maszt, potrzebuje jeść, płacić rachunki, zmienić mieszkanie…

– Do tego obóz sportowy, zgrupowanie, nowa łódka, a z pierwszych pieniędzy, które tak pozyskałem kupiłem żagiel. To wszystko sam musiałem sobie zapewnić, żeby się rozwijać. Dzisiaj uczestnicząc w kampanii reklamowej, promując nową usługę np. marki T-Mobile, zdobywam środki, które są moim zarobkiem, przychodem, zyskiem. To jest moja praca, tak to działa, tak jest na całym świecie. Ktoś tworzy jakiś biznes, a potem go sprzedaje i ma z tego zarobek, tak ja stworzyłem markę Kusznierewicz, swój własny produkt, biznes, twarz, którą udostępniam, a ktoś może ją wykorzystać reklamowo, wypożyczyć do opakowania, nadania blasku swojemu produktowi

– Na przykład dezodorantu.

– Albo margaryny, krawatów, wczasów w Tunezji, albo Land Rovera. To jest dzisiaj bardzo powszechne wśród znanych sportowców, aktorów, pisarzy, artystów. Wśród influencerów, jak się dzisiaj potocznie mówi…

– Jak potocznie, jak ja w ogóle nie znam tego słowa?! – przerywam mu gniewnie.

– Znakomity dyrygent i wybitny pięściarz są na przeciwnych krańcach galaktyki… – zastanawiam się głośno.

– Ale łączy ich to, że są wpływowi, swoim przekazem trafiają do danej grupy odbiorców mając wpływ na ich myślenie i podejmowanie decyzji. Właściwy dobór ma kluczowe znaczenie. Przecież pięściarz dla znawców kultury, sztuki, muzyki jest zupełnie nierozpoznawalny, więc nie będzie reklamował fortepianów.

– Raczej chipsy i browara.

– Albo napój energetyczny. Tak to działa. I to jest część mojej pracy,  ale pamiętać trzeba ile trzeba wkładać pracy żeby budować tę markę, ile wylać potu, łez i krwi. Pieniędzy na sport jest zawsze za mało. Te pozyskane od sponsorów uzupełniały budżety z dotacji. Sport taki jak żeglarstwo nigdy nie finansuje się sam, a jest jednym z najdroższych na świecie. Żeby liczyć się w rywalizacji trzeba mieć po swojej stronie know-how i dostęp do technologii. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zbudować z desek, bo wtedy starty przestają mieć sens. Dodatkowo trzeba żyć godnie. Oprócz sportu jest rodzina, dzięki której łapiesz równowagę – a na wszystko potrzeba pieniędzy. Bardzo chciałbym dostawać stałą pensję za to co robię, ale nie ma takiej możliwości, więc jak zwykle natura znalazła własną drogę – jest nią współpraca ze sponsorami.

CIAŁO

Na spotkanie przyjeżdża rowerem, bo po swoim Sopocie nie porusza się inaczej. Na głowie kask. Mówi, że ciało to jego narzędzie pracy, więc o nie dba: regularne przeglądy, do tego siłownia, basen, bieganie, rower.

– A ja myślałem, że żeglarstwo to lekka robota – dziwię się. – Nie trzeba być atletą tylko czuć wiatr, mieć dobrze poukładane w głowie i można być kluskiem, bo se siedzisz jak w bryczce i jedziesz.

– Nie siedzisz, tylko jesteś wywieszony za burtę, cały mokry, więc kolana porwane, kręgosłup pokrzywiony, reumatyzm zaawansowany. Sport to zdrowie za wyjątkiem wyczynu. W załogach wieloosobowych niektórzy mogą być pasażerami, ale jachty olimpijskie to małe, lekkie łódki, każda fala, podmuch wiatru miota nią jak chce, więc także ciałem prowadzisz ją tak jak potrzebujesz, wprawiasz w potrzebną dynamikę, wciskasz, wychylasz na każdej fali, a to znaczy, że od startu do mety jesteś w ciągłym ruchu, a twoje serce wali 160 uderzeń na minutę.

– To jak podczas bardzo intensywnego biegu wytrenowanego człowieka!

– A trwających około godziny wyścigów jest od trzech do pięciu w ciągu jednego dnia zawodów. Ciężka robota, i normalny trening wytrzymałościowy i siłowy każdego niemal dnia. Przed igrzyskami w Atlancie, a więc ponad dwadzieścia lat temu, kiedy nie miałem jeszcze dostępu do wszystkich obiektów sportowych, w ramach treningu biegałem na swoim osiedlu w Warszawie po schodach, bo mieszkałem w 18-piętrowym bloku, a potem w swoim pokoju nogi pod kaloryfer i robię brzuszki.

I na tym nie koniec. Kusznierewicz wyliczył, że około trzydziestu procent czasu jako sportowiec przeznaczał na pozyskiwanie sponsorów.

– Z regat nie wysyłałem do swoich partnerów SMS-a, tylko pocztówkę – opowiada. – Żeby podziękować, przedstawić w kilku słowach regaty i miejsce w którym startuje także dzięki ich wsparciu. Dbałem i dbam o relacje z ludźmi. Bo firmy to ludzie, którym taki dowód pamięci sprawia przyjemność.

– Pewno. Fajnie popływać jachtem z mistrzem olimpijskim. Nikita Michałkow, wielki, oskarowy reżyser rosyjski i radziecki twierdzi, że człowiek pół życia pracuje na swoje nazwisko, a drugą połowę życia to nazwisko pracuje na niego.

– Zgadzam się z tym. U mnie ta połowa życia nastąpiła po drugim medalu olimpijskim, bo po pierwszym medalu jeszcze nie było wiadomo, czy ja nie jestem aby aktorem jednego sezonu. Chodzi o klasę. Sportową. Powtarzalność.

– Bo co z tego, że uda ci się jeden skok na nartach, przez kozła, albo do wody…

– Każdy sukces ma swoją wartość. Nawet ten jednorazowy. Dużo większym wyzwaniem jest ten sukces powtórzyć. To znacznien trudniejsze zadanie. Zawsze uważałem, że profesjonalizm jest najważniejszy. Wszystko planuję. Mam na koncie wielkie sukcesy, ale doświadczyłem też wielu niepowodzeń. Czasem ciężka praca kończy się porażką. Ale warto sięgać po kolejne złoto. Udowodniłem to wiele razy. Od tego momentu nazwisko zaczęło pracować na mnie, zbudowałem markę, rozpoznawalność, głównie dzięki konsekwencji.

Więc jego wielki, patriotyczny projekt Polska100 wicepremierowi i ministrowi kultury Piotrowi Glińskiemu bardzo się spodobał i odesłał Kusznierewicza do zarządu Polskiej Fundacji Narodowej z własnym błogosławieństwem. Ustalono, że Fundacja, która jest najbogatszą tego typu instytucją w Polsce, bo jej budżet zasilany pieniędzmi 17 najbogatszych spółek skarbu państwa sięga ćwierci miliarda złotych, będzie partnerem strategicznym projektu znanego żeglarza, bo w jej statucie zapisane jest między innymi, że ma dbać o „budowanie marki Polski” w świecie, na co przez kolejnych dziesięć lat ma otrzymywać po sto milionów złotych rocznie.

PROJEKT

Celem projektu Polska100 była promocja naszego kraju na świecie.

– I to by świetnie działało – upiera się Mateusz Kusznierewicz. – Ja to wiem, bo większość życia spędziłem za granicą. Wiem jak się to robi i jakie efekty można dzięki temu osiągnąć. Ci co nosa nie wyściubili z przydomowego ogródka niestety kompletnie tego nie rozumieją.

– Bo w wielkich regatach, nawet jak się nie wygrywa, ale walczy jak tygrys, to już się o tym mówi i pisze. Pamiętam sprzed lat relacje z tych wyścigów w głównych wydaniach polskich dzienników telewizyjnych, nawet wtedy, kiedy nasi w nich nie startowali.

– A wie pan co w tym czasie dzieje się w mediach angielskich, amerykańskich, francuskich, australijskich…? W regatach Sydney – Hobart nasze szanse oceniam na czwarte, piąte miejsce na 120 startujących, do tego bardzo trudne warunki, huraganowy wiatr, wzburzone morze, a my prujemy jak szaleni… Ale u nas jak ktoś się na to porwał, to znaczy ja, ma wizję i odwagę, to od razu w środowisku żeglarskim podnoszą się głosy, że powstaje wielki projekt, a kogoś tam w nim nie ma. A ile hejtu wylali na mnie, ile słów krytyki, potępienia, niechęci. 

– Bo też mieli fajny pomysł, ale Polska Fundacja Narodowa ich odwaliła. 

– Zaprosiłem do projektu Polska100 większość najbardziej doświadczonych żeglarzy z Polski, do tego mieliśmy zaangażować dużo młodzieży, do której przede wszystkim mój pomysł był skierowany, żeby poznali i pożeglowali z takimi sławnymi wilkami morskimi jak Zbyszek Gutkowski, Jacek Wysocki, Grzesiek Baranowski… I ja. Taki miałem cel i marzenie. I większość kolegów pomysł chwaliło, ale media w swoim ataku politycznym przytaczały wypowiedzi tych, którzy skarżyli się, że projekt pochłania tyle środków, a oni nie dostali nawet tysiąca złotych na szkolenie swoich podopiecznych, albo rozbudowę swojego ośrodka żeglarskiego. A myśmy tylko zdobyli pieniądze, które inaczej poszły by pewnie na inny projekt. Niekoniecznie sportowy. 

– Po prostu pańscy koledzy nie potrafili tej forsy wyrwać, Roman Paszkę przedstawił PFN bardzo podobny pomysł, ale to panu się udało.

– Nie widziałem innych wniosków. Podobno było ich wiele. Wiem natomiast, że nasz projekt miał promieniować i przynosić profity całemu polskiemu żeglarstwu, mieliśmy wspierać regaty dla optymiściarzy, robić akcję rozwijania talentów, organizować zajęcia dla dzieciaków jakie Marcin Gortat robi na boiskach do kosza… Nawet  nie zdążyliśmy wszystkiego opowiedzieć, a już nas uśmiercili.

– Zazdrośnicy? A dlaczego inni nie dostali chociaż też prosili?

– Nie wiem czy i co inni w tym kierunku zrobili ale mogę powiedzieć co ja zrobiłem. Przez 4 lata starałem się zrealizować ten projekt dla Polski i polskiego żeglarstwa. Wykonaliśmy niebotyczny nawał pracy, żeby takie środki otrzymać, przedstawiliśmy dopracowany do perfekcji pomysł, zespół i gotowość do działania. Mieliśmy energię, wizję, doświadczenie i siłę. 

– Może nie potrafią się łasić.

– By zrealizować taki projekt trzeba mieć kompetencję, wiedzę i profesjonalne podejście. Łaszenie nic tu nie da. Sukcesy osiągają ludzie pracowici i ambitni. Gdybym siedział z założonymi rękoma u siebie w klubie, albo w domu, to tylko za to kim jestem grosza bym nie dostał. Odbyłem około dwustu spotkań, wpychałem się do gabinetów przez kominy, szpary w drzwiach, oknach i przez dziurki od klucza począwszy od pałacu prezydenta Komorowskiego, przez siedziby wielkich firm z Mercedesem, BMW i Land Roverem włącznie, a skończywszy na wielkich bankach państwowych i prywatnych. Rozmawiałem ze wszystkimi ekipami politycznymi w tym kraju i większością firm i inwestorów prywatnych. W pewnym momencie zrozumieliśmy, że to nie jest projekt, który może zrealizować jeden sponsor – nawet kiedy jest najsilniejszym graczem w tym kraju. No i w pewnym momencie chwyciło. Miałem wielkie marzenie i się nie poddawałem, bo mam walkę we krwi…

– Bo jest mi obojętne z kim, byle dali szmal! – przerywam mu.

– Dzisiaj przyznaję, że to był bardzo niefortunny pomysł, żeby wiązać się z organizacją, która w DNA ma politykę. Byłem świadomy ryzyka. Analizowaliśmy to wielokrotnie. Ale podjąłem to ryzyko bo start w wielkim szlemie regat na całym świecie pod polską banderą był moim marzeniem, odkąd pamiętam. Można być skiperem zaciężnym. Startować gdzie się da, ale to nigdy nie będzie to samo. Chciałem poczuć to co czułem na olimpiadzie albo mistrzostwach świata – ale w tych regatach, które są dzisiaj najważniejsze. Polska100 byłaby fantastyczną promocją Polski. Jestem Polakiem, zawsze byłem patriotą. Nie zmieniłem obywatelstwa i kraju, żeby było łatwiej. Chciałem zrobić rzecz wyjątkową, a to wiąże się z ryzykiem. I ja je wziąłem na klatę i teraz za to płacę cenę. Jestem rozgoryczony całą sytuacją. Nie dosyć, że tak trudno było to wszystko dopracować i uruchomić to na koniec nawet nie wypłynęliśmy. Strasznie mnie boli ten nóż wbity w plecy, to jakby odcięcie od mojego dziecka. Ktoś zabrał mi moje dzieło jak zabytkowy samochód, nad którym pracujesz kilka lat, po nocach w zimnych garażach. Ale trudno. Żeby robić rzeczy wyjątkowe, trzeba podejmować ryzyko, potrzebne jest szaleństwo. W takich projektach zawsze jest 70% pewności. Nigdy nie ma 100. Bo żeby startować w regatach Wielkiego Szlema naprawdę trzeba być szalonym tak jak do zdobywania w zimie ośmiotysięczników. A to jest przeciwieństwo postawy życiowej tych, którzy najchętniej w internecie hejtują wszystko i wszystkich.

Mój rozmówca przerywa nagle, a ja myślę, że to dobre zdanie, żeby skończyć min rozdział o zazdrośnikach, oczy utkwiłem sobie na chwilę w wygładzoną jak obrus wielkanocny dal Zatoki Gdańskiej, a mój rozmówca w swojego smartwona. Z którego czyta mi takie zdanie: „Jeśli ktoś mówi o tobie coś złego, to głównie dlatego, że o sobie nie może powiedzieć niczego dobrego”.

POLITYKA

– Mówi pan o krzywdzie i nożu wbitym w plecy, a ja pytam kto pana skrzywdził?

– Żeby pracować przy takim projekcie trzeba etyki i klasy, których w pewnym momencie w wielu przypadkach zabrakło. Jak piratom. Wszystko eksplodowało kiedy w trakcie realizacji projektu wybuchła burza medialna. Komentatorzy uderzając w PFN i obóz rządzący, posłużyli się projektem Polska100 i moją osobą waląc ze wszystkich dział m.in. w budżet projektu, jacht. Najwięcej wątpliwości budziła kwota. Dlaczego jacht nie jest zbudowany w Polsce? I ta moja „pożal się Boże” przeszłość polityczna, a konkretnie to, że kiedyś poparłem w kampanii wyborczej prezydenta Komorowskiego i Platformę Obywatelską, a teraz współpracuje z organizacją, którą zarządzają politycy przeciwnego obozu. Ktoś stwierdził, że to kłuje w oczy – bo przecież wszędzie zdrajcy, a w obozie politycznym trzeba się chyba urodzić. 

– Ale nie było merytoryczne. Bo zastanawiać się trzeba, co wskóramy z łodziom którą sobie kupiliśmy i będzie pływać w naszym imieniu po morzach i oceanach świata.

– Mój projekt dał powód do tego, żeby walić z najcięższych dział w Polską Fundację Narodową i osłabić obóz rządzący. Specjaliści od PR-u powiedzieli mi, że trafiliśmy w najgorszy czas, bo poza tym, że Fundacja miała i ma złą passę i prasę, to jeszcze wybuchła afera z premiami finansowymi dla ministrów i nas do tego przykleili i uderzali jak w bęben z prawej i z lewej strony sceny politycznej. A ja zostałem twarzą tej „dobrej zmiany”.

– Przecież pieniądze, które miał pan dostać od Fundacji, są państwowe, z tej samej puli, z której moim rodzicom płacą emerytury, policjantom pensje, a rodzicom 500+.

– Nie, to nie są te same pieniądze. Po pierwsze, PFN otrzymuje środki ze Spółek Skarbu Państwa. Co gdyby Polska100 wsparły bezpośrednio Lotos i KGHM? Czy ktoś by miał do tego uwagi? Po drugie, Państwo takie jak Polska, ma obowiązek rozwijać sport i podkreślać swoją obecność na mapie świata. Promować ważne wydarzenia i rocznice. Naszą tradycją jest, że w takich momentach naszej historii nasze jachty i żaglowce ruszały w świat promując Polskę i Polaków. Ale dzisiaj wszystko musi mieć drugie i trzecie dno – do którego przy tej okazji udało nam się wszystkim dotrzeć. 

– A wszystko dlatego, ze poszedł pan po pieniądze do niewłaściwych ludzi?

– To duży skrót myślowy, ale w zasadzie tak. Krytycy tego projektu mieli rację: za dużo polityków w żeglarstwie. 

– Kto pana pokiereszował?

– Fachowcy mówią, że chociaż sporo straciłem, to odbudowywać mojego wizerunku nie trzeba, bo ciągle jest z nim całkiem dobrze. Dla nich to było tylko drobne potknięcie w ciekawej, nie zawsze łatwej karierze wyjątkowego sportowca. Burzę medialną wywołały media, a w jej trakcie zacząłem dostawać informacje, że wiele osób, które podejmują w państwie najważniejsze decyzje, pytało po co nam ten rejs? I ta awantura w gazetach, radiu i telewizji?

– Przestraszyli się mediów? – dziwię się. – Przecież nigdy specjalnie nie przejmowali się ich wrzaskiem.

– Moim zdaniem nie ma pan racji.

– To kto zdecydował, że uwalają pański projekt?

– Powiedziano mi wprost, że była to decyzja polityczna, choć zupełnie irracjonalna. Grały emocje, na których budowana jest polityka, bo w tym wszystkim ona jest najważniejsza. A sport przecież i biznes jest apolityczny, w nich nie ma emocji, albo nie powinno być, bo jak się pojawią, to zginiesz. Nie dowieziesz wyniku. Nie osiągniesz sukcesu. 

– Teraz ja uważam, że nie ma pan racji. Sport jest po to właśnie, żeby przeżywać emocje. Pan na łódce, a ja przed telewizorem. Może tylko łyżwiarka figurowa musi się uspokoić zanim wykręci poczwórnego rittbergera, ale bokser musi być nabuzowany, skoncentrowany, ale zły jak diabli, bo dzięki furii, która w nim jest, może zminimalizować braki techniczne. Albo kondycyjne.

– Ja mówię o emocjach sportowca a nie kibica. Nadmiernej motywacji, o sytuacjach, kiedy przeciwnik cię podpuszcza, a ty wybuchasz i przegrywasz.

– Jak Zinedine Zidane, który w finale mundialu walnął z czoła Materazziego, przez co jego drużyna straciła mistrzostwo świata, a jednak prezydent Francji ogłosił go bohaterem narodowym, a jego rodacy legendą za życia.

– Dobry przykład. Ale w polityce jak w biznesie i w sporcie, powinny być tylko liczby. Żadnych emocji. Żylibyśmy w innym świecie. W innym kraju. 

CHŁOPAK

Naukę zaczął w klasie matematyczno-fizycznej Liceum Władysława IV na warszawskiej Pradze, bo w jego rodzinie wszyscy są inżynierami, umysły ścisłe, konkretne, zafiksowane liczbami, prawami fizyki.

– Tata do dzisiaj wykłada na politechnice – opowiada mi w saloniku Yacht Club Sopot, którego jest członkiem honorowym. – Ja jeden się wyłamałem i zostałem sportowcem, ale ta moja wrażliwość na sprawy techniczne, sztywność masztów, aerodynamikę, hydrodynamikę, dawała mi zawsze dużą przewagę nad przeciwnikami.

Żeglować zaczął jako dziewięciolatek. Osiem lat później zaczął odnosić sukcesy, a jeszcze cztery lata później, przed igrzyskami w Atlancie, został członkiem kadry olimpijskiej.

– Już coś niby umiałem, ale nic nie musiałem – wspomina. – Albert Einstein powiedział, że kiedy wszyscy sądzą, że czegoś nie można zrobić, to wiadomo, że pojawi się ktoś, kto nie będzie wiedział, że nie można, i to zrobi. Tak samo u nas w Polsce. Wszyscy twierdzili, że my nie możemy zdobyć złota w żeglarstwie, bo nigdy nam się nie udało, a konkurencja jest straszna. Ale ja tego nie wiedziałem. W życiu trzeba sięgać po rzeczy niemożliwe, podejmować ryzyko, nie znać granic. Mam piękną prezentację i przez godzinę przemawiam w tym stylu do dziesięciu, stu, a kiedyś nawet do siedmiuset osób na sali. To część mojej pracy, i bardzo dobrze się w niej czuję.

Bo sport znakomicie kształtuje charakter – mówię. – Rodzic niczego lepszego nie może zrobić jak sprawić, żeby jego dziecko uprawiało sport.

– Bo on uczy systematyczności, pracy w grupie, rywalizacji, walki ze zmęczeniem, ze słabościami, z samym sobą i, co jest fundamentalne w życiu, uczy jak ponosić porażki. Bo przecież sportowiec przeważnie przegrywa.

– Tylko u pana było inaczej. Ciągle pan wygrywał.

– Nic podobnego! Gdyby podliczyć, to większość startów byłem poza podium. Ot, choćby wczoraj w regatach na Zatoce Gdańskiej zajęliśmy czwarte miejsce. Załoga, z którą płynąłem, składała się z amatorów. Byłem przy okazji ich mentorem i instruktorem. Jeden z nich, doświadczony przedsiębiorca powiedział ciekawostkę, że zawsze, kiedy szuka kogoś do pracy, pyta, czy kiedyś uprawiał sport, bo taki ktoś od razu ma u nich wielki plus. Kiedyś w największej polskiej firmie zajmującej się handlem elektroniką była niepisana zasada. Chcesz być w zarządzie – musisz biegać, wyczynowo, maratony. To najwyższy poziom dyscypliny, która buduje dystans do świata i podejmowanych decyzji. Sport to substytut narkotyków, alkoholu. Daje poczucie szczęścia, które uzależnia. 

– Kiedy jedzie pan na rowerze, a ktoś pana wyprzedza, do tego ktoś na oko starszy, nie daj Boże babka, to pan przyspieszy?

– Na rowerze nie, ale na łódce na pewno bym to zrobił, bo uwielbiam rywalizację, wyścigi, gonitwę. Jak raz wystartujesz w regatach, ścigasz się zawsze, wszędzie i na wszystkim – byle był kawałek pokładu i żagla. To właśnie część tego uzależnienia. 

– Justyna Kowalczyk, nawet specjalnie faceta zatrudniła do treningów, żeby korzystać z tego mechanizmu.

– Ja z niego korzystałem kiedy musiałem pójść na siłownie, która jest bardzo potrzebna, ale tak jej nienawidzę, że aż zaczynałem zmywać naczynia w domu. No i przy tym zmywaku od razu przypominał mi się mój największy rywal, którego oczami wyobraźni widziałem w siłowni, i wtedy to już była tylko chwila, a ja stałem z plecakiem przy drzwiach wyjściowych gotowy i zmotywowany do treningu.

  Ma pan idealnie skonstruowaną naturę sportowca – chwalę żeglarza.

– Dziękuje

– A kiedy pan dojrzał?

– Przed miesiącem.

– Dopiero?! To pan kręci, bo gdzieś przeczytałem, że w wieku 38 lat. To znaczy pięć lat temu.

– Mój światopogląd i doświadczenia się zmieniają. Wcześniej myślałem, że dojrzałem po 4 miejscu na igrzyskach w Sydney, jeszcze wcześniej pomyślałem tak po rozpadzie mojego pierwszego małżeństwa.

– Rozwód był bardzo aksamitny.

– Ale to też nie był ten moment kiedy dojrzałem, bo dopiero później, kiedy poznałem Izę, urodziła się Natasza, moja córka, i powiedziałem sobie, że wreszcie jestem poważnym i odpowiedzialnym facetem. Ale to też nie było wtedy. Tylko teraz kiedy umarł mój projekt i kiedy już wiem na czym życie polega. Nigdy więcej nie dam się wciągnąć w taką sytuację.

DÓŁ

Na igrzyska w Sydney jechał jako murowany faworyt w żeglarskiej klasie Finn. Zajął czwarte miejsce.

– Tuż przed igrzyskami zdobyłem mistrzostwo Europy i świata, razem z Otylką Jędrzejczak i Robertem Korzeniowskim mieliśmy przywieźć do Polski złote medale, byliśmy faworytami, murowanymi kandydatami do zwycięstwa, a ja nawaliłem, zawiodłem, poniosłem klęskę.

– Załapał pan doła?

– Tak. Miałem 25 lat, na koncie prawie same sukcesy, medale, złoto, a jak mi coś nie wychodziło, to dostawałem srebrny medal, a tu nagle taka porażka. Czwarte miejsce! Ogarnął mnie straszny smutek, żal, gorycz i złość na samego siebie, bo harowałem na to cztery lata, a po wszystkim dotarło do mnie, że popełniłem wiele błędów w przygotowaniach. Kupiłem więc sobie 36-kartkowy zeszyt w kratkę i spisałem wszystko, co zrobiłem nie tak, żeby przed następnymi igrzyskami nie powtórzyć tych błędów. Od tego czasu już niczego nie robię sam, dużo rozmawiam z ludźmi, radzę się, konsultuję, otaczam fachowcami od spraw biznesowych, społecznych, sportowych, zdrowotnych.

– Klęska buduje?

– Jeśli potrafisz się z tego podnieść, to tak. Zdecydowanie! Bez dwóch zdań. To jest fantastyczna dawka wiedzy i doświadczeń. Którą chcę i potrafię przekazywać innym. Ja i po Sydney i po tym co teraz mi się przytrafiło z projektem Polska100, jestem po prostu innym człowiekiem. Inaczej będę wiązał się z ludźmi, zdejmę różowe okulary. Każdą następną rzecz zrobię lepiej. A wie pan, że w biznesie na świecie szerokim jest tak, że inwestorzy wolą wiązać się, a nawet mieć zwyczajnie do czynienia z kimś, kto chociaż ze dwa razy w życiu zbankrutował? Bo taki ktoś potem będzie bardziej czujny, mniej brawurowy i skłonny do szastania pieniędzmi. Ze mną też tak będzie, bo przez ostatnie cztery lata życia wszystko podporządkowałem rejsowi dookoła świata i regatom wielkiego szlema. Jest trochę tak jak w rozmowie bohaterów w filmie Vanilla Sky – to apreciate the sweet, you’ve got to taste the bitter. Moja rodzina też się temu podporządkowała, bo to było najważniejsze. Dla żeglarstwa, dla Polski, dla tradycji. Dla mnie. I jak to runęło, to ja też runąłem na deski. Padłem bez tchu. Zostałem powalony, nokaut po prostu.

Tuśmy pomilczeli sobie dobrą chwilę, zerknąłem w okno w morską dal za plecami żeglarza, a on w mały, kieszonkowy notesik, z którym nigdy się nie rozstaje, dzięki któremu każdego dnia rano wie, co będzie robił do wieczora. 

– Do tej pory miałem kalendarz zapełniony na lata do przodu i dalej mam. Wokół mnie jest cisza ale nie ma jej we mnie. Będę pracował z młodymi żeglarzami. Zaczynam od wsparcia naszych olimpijczyków na mistrzostwach świata w Danii, gdzie będę team leaderem naszej reprezentacji. Żeby ruszyć z tematem startu w wielkim szlemie – którego nie odpuszczę – choćbym miał skonać, wiem że potrzebuję silnego żeglarstwa w Polsce i na tym się teraz skupię. Ono zaczyna się od młodzieży. Mam dużo do zrobienia i przede wszystkim przekazania w sporcie. I dużo w domu. Mam wspaniałą rodzinę. Która bardzo mnie wspiera, abym mógł dalej odnosić sukcesy. Ich wsparcie jest najważniejsze szczególnie w trudnych chwilach. 

– Pana żona nie płakała – ni to pytam, ni zgaduję.

– Przeżyła to. Dotknęło ją to bardzo. Ta niesprawiedliwość. Niefrasobliwość ludzka.  – on na to.

– A pan?

– Nie. Ale czuję, że zostałem powalony. 

– Płasko na deskach jak po nokaucie – ustalam. – To taka metafora. A jak znam życie to na tapczanie, twarzą do ściany.

– Cholernie ciężka jest to sytuacja, idealna okazja, żeby wpaść w depresję. Ale to nie ja. Jestem sportowcem. Zawodowcem. Mam silną psychikę. Instynkt wojownika. Nie jestem też kimś, kto tak będzie leżał i gnił, więc powoli wstaję na kolana, potem z kolan, stanę na nogi… Zaczynam się odbudowywać. Teraz jest jednak czas przeżycia żałoby po moim projekcie, o którym wiem, że był wspaniały.

– Przyjechałem do pana, bo tak samo myślę. Nawet to, że nie zwyciężał by pan w tych jednych, drugich, czy trzecich regatach nie znaczy, że to nie promuje naszego kraju, bo gdybyśmy mieli wypuszczać w świat tylko tych, którzy wygrywają, to nie powinniśmy wysyłać naszych chłopców na mundial. Pan pewnie nie zwyciężył by w regatach Sydney-Hobart.

– Ale ważne, żebyśmy walczyli, żebyśmy się starali, żebyśmy mieli ambicję… A jacht do tego przepiękny…

– Czerwony jak krew – próbuję zakpić – Biały jak śnieżna lawina…

– Nikt mi nie powie, że to nie jest dobra promocja Polski! Kiedyś może jeszcze, ale… Na razie nie mam paliwa akurat do tego działania. Poczekajmy chwilę!

WIZERUNEK

A zaraz potem pan Mateusz mnie prosi, a w zasadzie stawia warunek, żeby nasza rozmowa, chociaż jest dopiero połowa czerwca, ukazała się dopiero po mistrzostwach świata w piłce nożnej, a więc za miesiąc. Nie ma sprawy, ale bardzo jestem ciekawy dlaczego.

– Mundial jest świętem sportu. Jestem solidarny z moimi kolegami. Nie odwracajmy uwagi kibiców od kibicowania – tłumaczy. – Poza tym zwyczajnie przeżywam żałobę.

– Żałoba jest jak ktoś umrze!

– Mój projekt umarł. Definitywnie. Nie ma odwrotu, więc został smutek. Ukradli mi cztery lata życia i nie byłem na to przygotowany.

– A ja myślałem, że nie chce się pan pokazywać w gazecie w czasie mundialu, żeby nie konkurować z Messim, Neymarem i Ronaldo.

– Z nimi nie wypada mi nawet konkurować.

– Bo kto by tam chciał czytać o Kusznierewiczu, jak Ronaldo w każdym meczy strzela trzy przepiękne bramki.

– To także sztuka właściwej komunikacji i PRu. 

– Zgoda. Połowa lipca.

– Dziękuję.

Założyciel Fundacji Navigare, która, według umowy z Polską Fundacją Narodową, miała być operatorem projektu Polska100, a więc zrealizować pomysł opłynięcia świata dookoła. Mieli dostawać na to trzy miliony złotych rocznie, na ich konto, w ramach pierwszej transzy, wpłynęło osiemset tysięcy, za co Mateusz z zespołem rozpoczęli remont i malowanie jachtu we francuskiej stoczni. Robota szła pełną parą, bo liczyli na kolejne wpłaty od PFN, ale od kwietnia nie dostali już ani grosza, więc długi Navigare rosą w tak zatrważającym tempie, że Fundacja Navigare staje na krawędzi upadku. Ludziom pracującym przy polskim jachcie olimpijczyk zadeklarował pomoc własnymi pieniędzmi gdyby PFN nie zapłacił.

– Bo ja jestem człowiekiem honoru – mówi. – Niedopuszczalne żeby ludzie pracowali za darmo. A tak PFN postanowił i zrobił. 

– Ma pan swoich macherów od wizerunku?

– Nie macherów a bardzo doświadczonych specjalistów. Mamy bardzo dobre relacje i doświadczenia. Mogę zawsze na nich liczyć.  Dzwonię do nich na przykład i pytam czy powinienem spotkać się z Hugo-Baderem.

– Ma pan też kogoś od zarządzania kryzysami?

– Tak! Teraz wiem, że należy być przygotowanym na wszystkie sytuacje. Bywało, że dwa razy dziennie byłem z nimi w kontakcie, sami do mnie dzwonili w czasie burzy medialnej, żeby omówić niektóre sprawy i ustalić co dalej. 

– Ci pańscy specjaliści od marketingu, wizerunku i kryzysów, to są tacy fachowcy jak hydraulik, masażysta, czy psychoanalityk, z którym pogada pan na leżance, potem płaci pan fakturę i do widzenia, czy kumple?

– Koledzy. Lubimy się i szanujemy. Latami budujemy dobre relacje, mamy wspólny język, a czasami razem żeglujemy, bo niektórych wciągam trochę. To są koleżeńskie relacje. Oni mogą na mnie liczyć, a ja na nich. Szczególnie wtedy, kiedy grunt osuwał się spod nóg. W takich momentach trzeba słuchać specjalistów, i skonsultować, dwie osoby zapytać o to samo.

– To jak z lekarzami.

– I w życiu, w którym poznałem wiele wspaniałych kobiet, a teraz moją żoną jest Iza, tworzymy wspaniały, szczęśliwy związek, mamy dzieci, kochamy się, ale zawsze niesamowicie zwracałem uwagę na to, jak inni o niej mówią. To jest bardzo ważne, więc nie wychylamy się, nie wywołujemy skandali, unikamy gal, zdjęć na ściankach, nie pokazujemy dzieci, nie wpuszczamy dziennikarzy do domu. Bo wizerunek trzeba budować na bardzo mocnych fundamentach.

PLAJTA

– Jeden ze znajomych psychologów powiedział mi „nie broń się przed tymi uczuciami, przeżyj to, przecierp, nazwij, poczuj – opowiada Mateusz Kusznierewicz. – Łatwo powiedzieć. Gdyby to było małe potknięcie, to ja bym wstał po tygodniu już, otrzepał się i poszedł dalej, ale ja nad tym pracowałem cztery lata, wiązałem nadzieje na sukcesy, a kończy się tak paskudnie, brutalnie, więc ta moja żałoba musi jeszcze potrwać… aż się odbuduję, otrząsnę, zajmę czymś nowym, ciekawy. Na razie skupiam się na wsparciu naszej kadry, zdobyciu medali i kwalifikacji olimpijskich. 

– Polska100 jest zamknięta definitywnie?

– Nie wyobrażam sobie żebym mógł z tym samym zapałem rzucić się do realizacji tego projektu pod auspicjami PFN. Przy realizacji tak ogromnego projektu, potrzebne jest przede wszystkim zaufanie. Zarzucono nam niegospodarność środkami, które przekazała fundacja. Poczuliśmy się jak złodzieje, oszuści. Teraz mamy już raport, że wszystko jest w porządku. Wcześniej wyssany z palca zarzut był pretekstem do zakończenia współpracy. Kto dziś sięgnie po raport? Nikt. Zrzucili na mnie winę. Znaleźli kozła ofiarnego. Kompletny brak klasy. Ale coś za coś. Ja połykam żabę – ale ludzie dostali pieniądze za pracę – a to dla mnie najważniejsze, bo zachowam w ich oczach twarz i będą pamiętali, że jestem profesjonalistą. Za dwa lata fundacji może już nie będzie – ale relacje pozostaną. Natura znajdzie swoją drogę. 

Sytuacja była naprawdę skomplikowana. Załoga powadziła remont jachtu, na co PFN wyraziła zgodę, a potem się wycofali i przestali płacić. Nie było środków na rachunku, Prezes Fundacji Navigare musiał złożyć wniosek o upadłość, bo tak każe prawo, że trzydzieści dni po zaistnieniu takiej sytuacji trzeba złoży wniosek. Inaczej prezes odpowie za wszystko osobistym majątkiem. Jednocześnie złożyliśmy w sądzie pozew przeciwko PFN o zapłatę i to, że doprowadzili organizację do upadku. Nie chcieliśmy niczego za wyjątkiem środków na opłacenie wykonanej pracy zgodnie z umową i ustaleniami dotyczącymi remontu jachtu. 

– Przecież on nie nasz – protestuję (a przedostatniego dnia czerwca dostaję SMS-a od pana Mateusza, że PFN zawarła porozumienie z Navigare i sprawa jest zakończona).

– Nasz. Kupili ją tydzień po tym, jak ogłosili, że z nami zrywają. Już pewnie jest pomalowana nawet. Sam jestem ciekawy jak wygląda ten jacht dzisiaj – bo trochę się z nim już związałem.

– Ale kto będzie nią…

– Nie wiem. 

– Ale ja muszę wiedzieć kto popłynie tym narodowym jachtem, skoro już go kupiliśmy?

– Czas pokaże.

– Ktoś kto przygarnia trefne fanty jest paserem.

– Mocno to zabrzmiało. Szczerze im współczuję.