Zielony Smok – sportowy duch wciąż żywy!

Niesamowite ile może się wydarzyć w ciągu jednego regatowego tygodnia. Od ekscytacji i szybkiej żeglugi na własnym oceaniczny jachcie regatowym klasy VO70, poprzez chwilę frustracji po pechowym złamaniu masztu, ciężką pracę, aby móc kontynuować regaty, skończywszy na radości z żeglugi na innych wspaniałych oceanicznych jachtach i miejscu na podium.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy w dzisiejszych czasach i zmieniającym się świecie, istnieje jeszcze w sporcie ten sam duch rywalizacji i wartości jak kiedyś. Start w St.Marteen Heineken Regatta z załogą Yacht Club Sopot pokazał jednak, że jest on wciąż aktualny.

Tuż przed regatami spotkał nas ogromny pech. Żeglując na prawym halsie na kursie na wiatr, pękł saling przez co złamał się nam maszt. Masztów złamałem w swojej karierze kilkanaście, ale tym razem było to przeżycie innego rodzaju. Sterowałem 70 stopowym jachtem z 21 osobową załogą. Kiedy maszt leciał w dół modliłem się, żeby w nikogo nie uderzył. Całe szczęście i najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.

W jednej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że na tym jachcie nie popłyniemy już w Heineken Regatta. Wszyscy byliśmy przybici. Ale smutek szybko zamieniliśmy w dyskusję jakie mamy opcje i co możemy zrobić by wrócić do gry i wystartować w tych regatach. Nie zamierzaliśmy się poddawać. Jeszcze w drodze do portu rozdzwoniły się telefony. Po 5 godzinach od momentu awarii mieliśmy miejsca dla wszystkich członków naszej załogi! Z perspektywy czasu i całych regat uważam właśnie to za nasz największy sukces.

Zostaliśmy zaproszeni na inne, bardzo ciekawe i szybkie jednostki biorące udział w regatach. To wspaniały dowód na to, jak przyjazne, uczynne i solidarne jest środowisko żeglarskie.

Część załogi, dołączyła do „Monster Project” bliźniaczego jachtu klasy VO70. Inni weszli na pokład „Challengera”, jachtu klasy Whitbread 60. W klasie Ocean Racing zajęli trzecie miejsce, co w zaistniałej sytuacji można uznać za ogromny sukces. Ja, wspólnie z dwoma kolegami dołączyliśmy na jeden dzień do załogi 100 stopowego Swana „Varsovie”. Wrażenia z żeglowania tak olbrzymim i znakomitym nautycznie jachtem opiszę przy innej okazji.

Wynik w regatach przestał być priorytetem. Najważniejsze było to, aby móc kontynuować zawody i cieszyć się atmosferą żeglarskiego święta. Mimo to załogi dawały z siebie maksimum możliwości, co sprawiło, że również na linii mety osiągane czasy były bardzo dobre. Dodatkowym interesującym elementem okazał się fakt, że członkowie jednego klubu stanęli do walki chcąc czy nie chcąc również ze sobą, gdyż oba jachty zgłoszone były w klasie Ocean Racing. To dodało jeszcze więcej emocji. Bardzo pozytywnych emocji. Spotykaliśmy się każdego dnia po wyścigach we wspaniałych nastrojach. Każdy miał swoje opowieści i ciekawe historie.

Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszej okazji do żeglowania na tak wielu jachtach z różną załogą. Był to dla nas w pewnym sensie przyspieszony kurs żeglowania na jachtach oceanicznych. Wielkie uznania dla całej załogi, która pokazała charakter, sportowego ducha, nie poddała się i przede wszystkim została razem do samego końca.

Mateusz Kusznierewicz

By | Marzec 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Stoicki spokój

Mam 41 lat. Z natury jestem spokojnym człowiekiem. Taki się urodziłem. Tak też wychowali mnie rodzice. Nie krzyczę, nie unoszę się. Racjonalnie podchodzę do życia i sytuacji w których przychodzi mi się znaleźć. A dzieje się dużo. Każdego dnia mam wyzwania. Nie wszystko układa się po mojej myśli. Doznaję porażek, niepowodzeń. Bardzo często. W ciężkich chwilach zamiast cierpieć i rozpaczać od razu przechodzę do działania. Nie szukam winnych. Szukam rozwiązania. Nie zamykam się w sobie. Prostuję się i biorę głęboki wdech. Jestem gotowy do walki. Do zmierzenia się z problemem.

Sport wychował we mnie duszę wojownika. Ale to nie sport ułożył moją głowę. Mój światopogląd wypracowałem w sobie na przełomie lat. Podróżując po świecie i poznając różnych ludzi. Uważnie obserwując. Po pewnym czasie znalazłem sposób na szczęście.

Owym sposobem jest filozofia nazywana w nauce stoicyzmem. Modelem stoickiego człowieka był mędrzec żyjący w zgodzie z naturą. Kierujący się rozumem. Osiągał szczęście przez wewnętrzną dyscyplinę moralną oraz sumienne spełnianie tych obowiązków, które sam wokół siebie kreował lub spadały na niego naturalną koleją rzeczy. Co ważne odcinał emocje od zdarzeń zewnętrznych na które nie miał wpływu. Towarzyszyły mu zawsze wartości i zasady zgodne z naturą i szanujące innych ludzi.

Zabrzmiało prosto i ciekawie? A jakże! Ja to kupuję. Co więcej, lubię to i nie zamierzam zmieniać. W dzisiejszym dynamicznie zmieniającym się świecie, falach radości i smutków, sukcesów i porażek, dobra i zła, różnic i napięć oraz coraz większych podziałów niektórzy twierdzą, że idzie zwariować. A ja nie chcę zwariować. Dlatego używam głowy i rąk by tworzyć ciekawe i wartościowe rzeczy na które mam realny wpływ. To na tym skupiam swoją energię i emocje. Pragnę zmieniać świat na lepsze, uczestniczyć w jego rozwoju ale robię to przede wszystkim wtedy i tam gdzie będą zauważalne efekty. Oszczędzam natomiast emocje i czas na rzeczy na które nie mam wpływu.

Mam za sobą kolejny udany dzień. Takiego samego Wam życzę!

Mateusz Kusznierewicz

By | Styczeń 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Nowy rekord!

W światowym żeglarstwie morskim ustanowiono kolejny rekord. W słynnych regatach Rolex Sydney Hobart Yacht Race stu stopowy jacht Perpetual LOYAL pokonał sześciuset milową trasę w czasie zaledwie jednej doby, 13 godzin i 31 minut!

Ponieważ coraz bardziej interesuję się żeglarstwem morskim, śledziłem przygotowania, start i przebieg tego wyścigu z dużą uwagą. Na kilka dni przed jego rozpoczęciem wiadomo było, że jest duża szansa na pobicie dotychczasowego rekordu. Prognozy pogody a przede wszystkim kierunek wiatru zapowiadały wręcz idealne warunki. Faworytów było kilkoro. Pod nieobecność zeszłorocznego zwycięzcy jachtu Comanche, bukmacherzy najwięcej szans dawali załodze słynnego Wild Oats XI. Po 15 godzinach wyścigu byli na prowadzeniu jednak awaria systemu do kantowania kilu wykluczyła ich z dalszej rywalizacji. Musieli się wycofać. Perpetual LOYAL zwyciężył i ustanowił rekord na którego poprawienie będziemy musieli zapewne poczekać kilka jak nie kilkanaście lat.

I właśnie o tym nowym rekordzie mówi się w Australii najwięcej. Miałem przyjemność odwiedzić Australię i moje ukochane miasto Sydney w czasie trwania tych regat. Kiedy jachty dopływały do mety w Hobart na Tasmanii byłem na miejscu i bacznie obserwowałem czy i w jaki sposób Australijczycy żyją, śledzą i komentują te regaty.

Tradycja żeglarska w tym kraju jest olbrzymia. Australijczycy jako pierwsi wyrwali z rąk Amerykanów żeglarskiego Świętego Graala. W 1983 roku zwyciężyli w regatach o Puchar Ameryki. Podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Rio zdobyli najwięcej medali(cztery). Zatoka w Sydney, w Melbourne, akweny u wybrzeży Perth, Brisbane czy Adelajdy nie tylko w weekendy wypełnione są żaglami.

To przekłada się na rozpoznawalność tego sportu w społeczeństwie. Na próbę poszedłem do zwykłego baru w centrum miasta by sprawdzić co przypadkowo zapytane osoby powiedzą mi o wyścigu z Sydney do Hobart. Na sześć zapytanych osób, cztery powiedziały mi o awarii Wild Oats i nowym rekordzie. Dwoje z nich wymieniły nawet nazwisko właściciela jachtu,  Anthonego Bella(znany biznesmen). Jedna osoba obserwowała nawet na żywo start do wyścigu. Ze swoją rodziną piknikując w jednym z położonych nad wodą parków.

Australijczycy wiedzą o tych słynnych regatach przede wszystkim z mediów. Gazety, radia, telewizje i oczywiście wszechobecny internet rozpisują się o zmaganiach na oceanie. Podczas ostatniego tygodnia roku, nie było medium, które w ciągu dnia nie wspomniałoby o tych regatach. Co ciekawe, nie pisali tylko o liderach. Dużo historii i zdjęć poświęconych było żeglarzom i żeglarkom, którzy brali udział w tych regatach po raz dziesiąty, dwudziesty a nawet trzydziesty. Życzyłbym sobie by któraś z ogólnopolskich stacji telewizyjnych zrobiła choć w połowie tak obszerny materiał o żeglarzu rekordziście np. Błękitnej Wstęgi Zatoki Gdańskiej lub regat Poloneza.

Kilkoro z moich kolegów, australijskich żeglarzy było w załodze jachtów z czołówki. Z Tomem Slingsby(Perpetual LOYAL) nie udało mi się spotkać. Prosto z Hobart musiał wracać na Bermudy gdzie w czerwcu będzie bronił Pucharu Ameryki w załodze Oracle USA Team. Natomiast długą i ciekawą rozmowę o wrażeniach z wyścigu miałem z moim dobrym znajomym, rywalem z czasów Finna, Anthonym Nossiterem. Słynny Nocka sterował 70 stopowym jachtem Black Jack. Zajęli dobre czwarte miejsce. Poznałem wiele szczegółów i historii spośród których najciekawsza była ta o procesie przygotowania załogi i jachtu do tych regat. Otóż okazuje się, że praca nad jachtem, przede wszystkim jego modyfikacje, projektowanie i produkcja nowego masztu, bomu, żagli, wydłużenie kila i zmiana kształtu bulby trwały cały rok. Wszystko z myślą o Sydney-Hobart. By zająć w nim jak najlepsze miejsce. Podjąć próbę pobicia rekordu.

Podoba mi się ta ich motywacja i zdrowe podejście do rywalizacji. Wzajemnie podnoszą sobie poprzeczkę co sprawia, że oglądamy wspaniałe widowisko, na bardzo wysokim technologicznie i sportowo poziomie będąc świadkami ustanawiania historycznych rekordów nie zapominając o wspaniałej, wieloletniej tradycji. To lubię i cenię w tym naszym żeglarstwie.

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 30th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Od żeglarzy dla żeglarzy

Wizja i koncept Star Sailors League są już gotowe i sprawdzone. Powstały z potrzeb, pytań i dyskusji doświadczonych żeglarzy. To wyjątkowa grupa mistrzów olimpijskich, zwycięzców Pucharu Ameryki oraz Volvo Ocean Race. Wszyscy zaangażowali się w pomysł, który ma szansę wprowadzić nowe, ciekawe rozwiązania do współczesnego jachtingu regatowego.

Podczas grudniowego finału Star Sailors League na Bahamach, odbyła się konferencja prasowa, na której padły ciekawe opinie i pomysły. Warto je poznać, bo mogą w przyszłości decydować o ważnych zmianach w światowym żeglarstwie.

Torben Grael – BRA. Pięciokrotny medalista olimpijski. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup. Nowy wiceprezydent World Sailing – “Myślę, że światowa federacja World Sailing mało myśli o żeglarzach. Mają pomysły i narzędzia, ale nigdy nie zapytali samych żeglarzy co myślą i czego potrzebują. A to uważam za duży błąd. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę do Zarządu World Sailing. Zamierzam to zmienić. Siłą Star Sailors League jest formuła sprawdzona w praktyce. Każde rozwiązanie organizacji regat, czasu, logistyki i kalendarza wyszło jako propozycja od żeglarzy i zostało przez żeglarzy poddane dyskusji, zaakceptowane lub odrzucone.”

Paul Cayard – USA. Medalista olimpijski, mistrz świata w klasie Star z 1984 roku. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup – “Zacząłem żeglować na Starze w wieku 17 lat. Zaledwie kilka lat temu… To była znakomita szkoła żeglarstwa. Dzięki temu zdobyłem wiedzę i doświadczenie, by później sięgnąć po sukcesy w Pucharze Ameryki i regatach oceanicznych. Myślę, że klasa Star to znakomita platforma do nauki oraz możliwość równiej rywalizacji młodych ze starszymi, olimpijczyków z klasy Finn, 470, Laser, 49er, zawodowców z match-racingu, Pucharu Ameryki i innych formatów żeglarstwa.”

Jochen Schuman – GER. Trzykrotny złoty medalista olimpijski. Dwukrotny zdobywca Pucharu Ameryki – „Kocham żeglować i to na różnych jachtach. Ale tylko na Starze mam szansę ścigać się na równym poziomie z tak różnymi zawodnikami. Format Star Sailors League bardzo się sprawdza. Rozgrywa się 9 lub 11 wyścigów eliminacyjnych. Zwycięzca przechodzi od razu do finału, a drugi do półfinału. Mają w ten sposób premię za dobrą fazę eliminacyjną. Ostatniego dnia regat pierwsza dziesiątka ściga się w trzech wyścigach. W ćwierćfinale staruje 8 zawodników. Pięciu przechodzi do półfinału. W półfinale startuje sześciu, do finału przechodzi trzech. W finale mamy cztery załogi. Kolejność na mecie finałowego wyścigu, to kolejność w regatach. Proste, zrozumiałe i warte stosowania w innych imprezach żeglarskich!”

Craig Monk – NZL. Pięciokrotny zdobywca Pucharu Ameryki. Brązowy medalista olimpijski w klasie Finn – „Sam Meech (również reprezentant Nowej Zelandii) z którym żeglowałem w tych regatach, zdobył podczas Igrzysk w Rio brązowy medal w klasie Laser. Urodził się w 1992 roku, kiedy ja zdobyłem swój medal w Barcelonie. Wczoraj razem wygraliśmy tu wyścig! Tak sytuacja pokazuje, jak wyjątkowe są to regaty”

Facundo Olezza – ARG. 22 lata. Wygrał dwa wyścigi w Rio w klasie Finn – „To wspaniałe móc stanąć tu na starcie regat z moimi idolami z dzieciństwa. Gdyby nie Star Sailors League nie miałbym możliwości nawet ich spotkać i poznać osobiście. Rywalizacja z nimi jest wspaniała. Kiedy osiem lat temu żeglowałem na Optimiście moim idolem był Robert Scheidt. Kiedyś przyjechał na regaty wręczać nam nagrody. I mam to zdjęcie do dzisiaj…”

Sime Fantela – CRO. Mistrz świata w klasie Optimist i 470. Złoty medalista olimpijski z Rio w klasie 470 – „Świat żeglarstwa nabiera tempa. Pojawiają się coraz to szybsze jednostki. Niektóre unoszą się nad wodą. Prędkość pobudza emocje. Jednak to co dla żeglarstwa i żeglarzy jest równie ważne, a może nawet najcenniejsze, to bliska rywalizacja. Wtedy widać akcję, zmianę lidera. Wtedy widzowie usiądą na krawędzi fotela… Stres i emocje tworzą rozrywkę. W żeglarstwie drzemie potencjał na stworzenie wielkiego show. Jesteśmy na dobrej drodze żeby to wykorzystać.”

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 14th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Żeglarscy piloci

Jachty klasy IMOCA 60, które w tej chwili żeglują po Atlantyku są całkowitym przeciwieństwem samolotu. W którym każda część została przez 15 lat poddawana badaniom i testom zanim została zastosowana w budowie samolotu pasażerskiego. W przypadku regat Vendee Globe jest to wyścig prototypów. Na projekt i budowę każdego poświęcono ‘tylko’ 30 tysięcy roboczogodzin. To jest jak słynny 24-godzinny wyścig Le Mans. Ryzyko awarii jest olbrzymie! W tym roku potęgować je będą unoszące nad wodę hydropłaty, zamontowane na najbardziej nowoczesnych jednostkach.

Najbliższe dni i tygodnie będą bardzo stresujące. Najlepsi sternicy Vendee Globe są przygotowani lepiej niż kiedykolwiek. Niektórzy są wyraźnie silniejsi i bardziej sprawni. To będzie dla nich niesamowity test. Zarówno fizyczny jak i mentalny. Większy niż kiedykolwiek wcześniej.

Poziom profesjonalizmu wzrósł niesłychanie. Myślę, że sternicy będą musieli zmierzyć się z nowymi wyzwaniami i ustawić limity w nowych zakresach, jeśli chcą dopłynąć do mety opływając świat dookoła. Gdy jachty są w stanie płynąć – przepraszam – latać ponad 30 węzłów, śmiem powiedzieć, że granice tego co człowiek może zrobić i czemu podołać w samotnej żegludze zostały znacząco przesunięte.

Projektant Guillaume Verdier, który wraz z zespołem i słynnym biurem architektonicznym VPLP zaprojektował jachty Banque Populaire VIII, Edmond de Rothschild, St Michel-Virbac i Hugo Boss(faworyci), powiedział, że są to bardzo ‘stresujące’ łodzie. Podczas żeglugi jachty unosząc się na hydropłatach są poddane bardzo gwałtownym ruchom a hałas jest ogromny. Odczucie jest porównywalne do lotu małym samolotem w dużych turbulencjach. Guillaume twierdzi, że podczas wymagających i trudnych warunków, na takim jachcie jest gorzej niż kiedykolwiek i chłopaki będą cierpieć o wiele więcej niż sternicy z łodzi „klasycznych”(bez hydropłatów).

Czynnik ludzki może odegrać w tej edycji Vendee Globe znaczącą rolę. Żeglarz, który będzie spokojny i część swojego mózgu odpowiedzialną za emocje zostawi w szafie, przez co będzie spokojny i skoncentrowany ma największą szansę na sukces. Taki jest Francois Gabart – zwycięzca poprzedniej edycji Vendee. Armel Le Cleac’h płynący na Banque Populaire VIII jest taki sam. Specjaliści przewidują jego zwycięstwo.

Teoretyczna długość trasy regat Vendee Globe wynosi 24020 mil morskich. Aktualnym rekordzistą jest wspomniany Francuz Francois Gabart z czasem 78 dni 2 godzin 18 minut i 40 sekund. Czy jego rekord zostanie pobity? Zobaczymy. Myślę, że na pewno będziemy świadkami nowego rekordu dobowego, który wynosi 534 mil.

Zwycięzca regat o Puchar Ameryki, słynny żeglarz James Spithill kilka tygodni temu powiedział, że zwycięzcą zostanie ten kto „przeleci nad wodą” całą trasę wyścigu. Katamarany AC50 są już do tego zdolne. Dla żeglarzy-pilotów jachtów IMOCA60 będzie to nowe doświadczenie. A dla nas kibiców wspaniały spektakl.

Mateusz Kusznierewicz

By | Październik 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Dieta cud

Powiem wprost: dieta cud nie istnieje. Takie jest moje skromne lecz doświadczone zdanie. Przetestowałem na sobie dziesiątki jak nie setki różnych sposobów żywienia. I powiem Wam jedno: najlepszy sposób na dobrą sylwetkę i dobre samopoczucie stosuję poprzez tryb odżywiania wyniesiony ze sportu. Przy moim wzroście 193 cm i 100 kg masy ciała mam według ogólnie przyjętych norm 10 kg nadwagi. Żyję z tym w spokoju, świadomy że te dodatkowe kilogramy to pozostałość po intensywnych treningach. Gdy zakończyłem karierę olimpijską momentalnie przytyłem. Powód?

Brak ruchu. Nie spalałem przyjętych z posiłków kalorii. Za dużo jadłem, za mało się ruszałem. Musiałem szybko na to zareagować.  Z pomocą przyszła mi wiedza jaką zdobyłem będąc czynnym sportowcem. Żadne to science-fiction tylko proste rozwiązania i zasady, które mogę ująć w trzech punktach:

Po pierwsze: kładąc się spać planuję na następny dzień czas i rodzaj posiłków. Dzięki temu odżywiam się świadomie, w zgodzie ze sobą, nie podjadam i nie dopuszczam do jedzenia przypadkowych a tym samym często niezdrowych rzeczy.

Po drugie: jem dużo ale zdrowo. Zawsze porządne śniadanie, lunch i kolację. Różnorodne potrawy. Raz w tygodniu steka. Dwa razy w tygodniu rybę. Poza tym dużo owoców i warzyw. Unikam nabiału i produktów pszennych. Na deser pozwalam sobie dwa razy w tygodniu.

Po trzecie: nie jem po godzinie osiemnastej. Tak naprawdę, to staram się nie jeść po tej godzinie. Wiemy, że nie jest to proste. Uważam, że w moim wieku, po czterdziestce to właśnie spełnienie tego trzeciego warunku ma największe znaczenie i przekłada się na moją figurę i samopoczucie. Jeśli pilnuję godziny ostatniego posiłku, to może on być nawet dużych rozmiarów. Nie mam z tym problemu bo kiedy położę się spać, będzie już pewno całkowicie strawiony. Mój żołądek będzie w nocy odpoczywał co spowoduje, że w mojej przysadce mózgowej uruchomi się hormon wzrostu mający olbrzymi duży wpływ na mój metabolizm. Rano obudzę się z poczuciem lekkości i energii. Kiedy tego pilnuję, waga mi spada i mogę śmiało wyginać na plaży ciało.

By | Wrzesień 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Piramida Sukcesu

Piramida Sukcesu to jedna z najbardziej wartościowych i ciekawych teorii, którą poznałem będąc czynnym sportowcem. Wykorzystuję ją nadal w życiu prywatnym, zawodowym i w żeglarstwie. Dzięki Piramidzie Sukcesu stale pamiętam o wszystkich elementach o które muszę zadbać by osiągnąć postawione sobie cele. Kiedy je osiągnę ogarnia mnie uczucie sukcesu. Po sukces chcę sięgać nie jeden raz a wiele. Jak najczęściej. Stać mnie na to i wiem jak zrobić by był powtarzalny. Pomaga mi w tym Piramida Sukcesu.

Piramida z samego założenia to bardzo solidna figura geometryczna o mocnym fundamencie i szczycie na którym mieści się czesto najcenniejszy element całej budowli. W tym przypadku sukces.

Teoria jaką przedstawił mi wiele lat temu mój lekarz sportowy Witek Dudziński, polega na zbudowaniu własnej piramidy sukcesu. Podjąłem to wyzwanie i zbudowałem ją dla siebie po raz pierwszy 14 lat temu. Moja pierwsza piramida sukcesu składała się z 16 elementów ułożonych w 4 poziomach. Dzisiaj mam swoją szóstą piramidę sukcesu. Składa się ona z 21 elementów.

W jej podstawie umieściłem najważniejsze obszary mojego życia będące jego fundamentami oraz wynikające z moich zainteresowań. Są nimi rodzina, praca, zdrowie, odpoczynek, pasje i hobby. Kiedy mam na nie czas, w wartościowy sposób uczestniczę w życiu rodzinnym i zawodowym, nie imają się mnie infekcję oraz mam czas na golfa, tenisa, narty i fotografię, to wiem, że będę miał wewnętrzny spokój i harmonię. To jest podstawa mojego działania. Bez nich ciężko mi wspiąć się na najwyższy światowy poziom. Niezależnie co robię i czym się zajmuję.

Na drugim poziomie umieściłem umiejętności, które posiadam i potrzebuję stale rozwijać: przedsiębiorczość, motywacja, koncentracja, stress menagement i rozwój osobisty. Dzięki nim potrafię ułożyć drogę do celu, odnaleźć się w różnych sytuacjach, skupić się na zadaniu, zarządzać energią i dojść do porozumienia z innymi.

Piętro wyżej znalazły się wiedza, cel, zespół i planowanie. Bez których nie dałbym rady osiągnąć sukcesów jakie dzisiaj mam na swoim koncie. Nad nimi znalazły się współpraca, komunikacja i coś co uważam jest dzisiaj na wagę złota: lojalność. Nie zapominam o żadnym z nich. Na przedostatnim poziomie mojej piramidy sukcesu znalazły się zaangażowanie i rywalizacja. Akurat dla mnie są kluczem do sukcesu. Bez nich nie potrafiłbym chyba wejść na tak wysoki poziom pracy jaki stosuje. Często daje z siebie 110% a ten stan osiągam właśnie dzięki poczuciu rywalizacji i pełnym zaangażowaniu w to co robię.

No i doszliśmy do końca. Zwieńczenia piramidy. Czubka na którym widnieje napis sukces. Zdobywam go wtedy kiedy osiągam postawione przed sobą cele. Wiem, że nie są one kwestią przypadku. Muszę zadbać o wiele elementów i umiejętności by go siągnąć. Mam je zapisane, często do nich sięgam i zawsze o nich pamiętam.

Jeśli myślisz, że ten sposób może Tobie pomóc osiągnąć postawione cele to stwórz własną piramidę sukcesu. Polecam. To dobra zabawa i cenna umiejętność. Uwierz mi, to działa!

Mateusz Kusznierewicz

 

By | Wrzesień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Układ sił

Na podstawie wyników z zakończonych niedawno Igrzysk Olimpijskich w Rio oraz analizy największych wydarzeń żeglarskich na świecie niniejszym stwierdzam, że układ sił w światowym żeglarstwie nie uległ zmianie. Dodam, że taki stan rzeczy panuje nie tylko przez ostatni rok czy dwa lata ale zdecydowanie od dłuższego czasu. Spójrzmy wpierw na wyniki z Rio. Jest to najgorętszy zestaw informacji ze światowego żeglarstwa jakimi dzisiaj dysponujemy. We wszystkich dziesięciu klasach najwięcej medali zdobyli Australijczycy(złoto i trzy srebra) oraz Nowozelandczycy(złoto, dwa srebra i brąz). Natomiast najwięcej złotych medali wywalczyli po równo Anglicy(dwa złota, jedno srebro) i Holendrzy(dwa złote medale).

Wielką niespodzianką ostatnich Igrzysk są na pewno Chorwaci, którzy wrócili z Rio ze złotem i srebrem! Polacy jak wiemy nie zdobyli w Brazyli medalu. Najlepsze 4 miejsce zajął Piotrek Myszka. Jak na złość. Teraz, kiedy polskie żeglarstwo tak bardzo tego kolejnego medalu potrzebuje tak niewiele zabrakło. Szkoda. Od Atlanty zdobywamy medale na co drugich Igrzyskach. Czy to oznacza, że możemy być spokojni o dobry wynik w Tokyo?

W żeglarstwie morskim i oceanicznym mieliśmy na świecie ostatnio kilkanaście dużych imprez i prób bicia rekordów. Żeglujący pod amerykańską banderą stu stopowy jacht Comanchee przeciął Atlantyk najszybciej w dotychczasowej historii. Potrzebował na to zaledwie 5 dni, 14 godzin i 21 minut. Jest on również triumfatorem 600 milowego klasyka z Sydney do Hobart oraz ostatniej edycji regat Fastnet. Amerykanie odnoszą triumfy też na innych jachtach morskich. Nie tylko na swoich wodach ale również w Europie i w dalekiej Australii.

W regatach i wyprawach dookoła świata rzadko kto może natomiast dorównać Francuzom. I tak też będzie myślę, podczas zbliżających się Vendee Globe. Na linii startu pojawi się też groźny Anglik, Amerykanin, Szwajcar czy Hiszpan ale to też kraje należące od lat do światowych morskich potęg.

Formułą 1 w żeglarstwie jest Puchar Ameryki. W przyszłorocznym czerwcowym finale zespół z San Francisco będzie bronił trofeum ale ich przewaga, jeśli wogóle istnieje, jest znikoma nad pretendentami do walki o ten słynny dzbanek. Kto będzie się liczył? Reprezentanci krajów, które wymieniłem już wcześniej: przede wszystkim Anglicy i Nowozelandczycy jak również żeglarze z Australii, Francji i Szwecji. Żeglarze urodzeni w tych właśnie krajach wypełniają najważniejsze stanowiska na największych i najważniejszych jachtach światowego żeglarstwa.

Dobrze być tego świadomym i mieć do czego aspirować. Tak, niech to będzie dla nas inspiracja i cel jaki przed sobą stawiamy. Odległy i trudny do zrealizowania ale możliwy i osiągalny. W końcu Polak potrafi.

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Milion dolarów

Po raz pierwszy w historii żeglarstwa regatowego przyznano nagrodę pieniężną o tak dużej wartości. Milion dolarów „padł łupem” nowozelandczyka Phila Robertsona i jego załogi podczas rozgrywanego w szwedzkim Marstrand finału World Match Race Tour. Przez wiele lat przyzwyczajeni byliśmy do oglądania regat w formule pojedynków jeden na jeden, tzw.match-racing w których żeglowano na wolnych i spokojnych jednokadłubowcach. W ubiegłym roku nadeszła rewolucja. Oznajmiono przesiadkę na ultra szybkie 10 metrowe katamarany oraz nagrodę miliona dolarów dla zwycięzcy finałowych regat.

„Winner takes all” w tłumaczeniu na język polski znaczy zwycięzca miał wziąć wszystko. To znacząca różnica w porównaniu z turniejami np. w tenisie czy w golfie gdzie zawodnicy zajmujący drugie, trzecie i kolejne miejsca również odbierają nagrody pieniężne. W środowisku żeglarskim pojawiło się dużo dyskusji i rozważań czy to na pewno dobre posunięcie. Czym bliżej finałowych regat, napięcie rosło. Nawet mnie się ono udzielało. Zacząłem śledzić czołowe załogi, zastanawiać się kto najlepiej odnajdzie się w wymagających warunkach, na nowych jachtach oraz wytrzyma presję podkręcaną olbrzymim honorarium za zwycięstwo.

Po powrocie z pracy do domu, położeniu dzieci do łóżek, siadałem do komputera by oglądać relacje video z poszczególnych wyścigów. Trzeba przyznać, że organizatorzy cyklu WMRT stworzyli dobry i atrakcyjny produkt medialny. Były emocje, pasjonujące pojedynki i dużo show na miarę dzisiejszych czasów. Na koniec poznaliśmy zwycięzce. Jego zdjęcie z czekiem na 1.000.000 dolarów obiegło cały świat i musiało się podobać oraz robić wrażenie.

Kilka dni później przeczytałem artykuł, który zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie. Otóż przedstawiono w nim historię jak doszło do porozumienia na podstawie którego zwycięzca finałowych regat miał podzielić się milionem dolarów z pozostałymi startującymi w regatach ekipami! Przysiadłem z wrażenia. Piękne i niesamowite. Ale dlaczego? Skąd taka solidarność? Jaki powód nimi kierował?

Okazało się, że w styczniu bieżącego roku wszyscy, podkreślę: wszyscy czołowi zawodnicy, którzy mieli się spotkać w Marstrand by walczyć o zwycięstwo, usiedli do okrągłego stołu i doszli w dyskusji do wspólnego wniosku, że nowa formuła regat, zmiana na katamarany i znikoma ilość indywidualnych sponsorów stanowi wyzwanie i stawia przed każdym z nich ryzyko zakończenia kariery jeśli nie będą mieli środków finansowych. Milion dolarów podzielony nawet na kilkanaście załóg, pomógłby im nie tylko przetrwać ale rozwinąć siebie jak i cały cykl WMRT. Jak pomyśleli tak i zrobili.

Jestem pełen podziwu dla tych żeglarzy. Wykazali się wielką dojrzałością, wyobraźnią i solidarnością w bardzo ważnym momencie. Dla mnie jest to jeden z najlepszych przykładów do naśladowania i wzorów jakie będę przywoływał przedstawiając świat żeglarstwa i żeglarzy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Lipiec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Przetrenowanie

Więcej, dalej, szybciej, lepiej. Presja pod jaką żyjemy w dzisiejszych czasach jest często ogromna. A my staramy się stanąć na wysokości zadania i dać z siebie nie 100%, a 110% a może i więcej. Oczywiście na krótką metę taka taktyka może się sprawdzić, ale w dłuższym okresie czasu. No cóż… Doskonale pamiętam ciężar presji jaki spoczywał na moich barkach przed Igrzyskami w Sydney w 2000 roku. W Atlancie złoty medal. Jadąc do Australii kibice znów widzieli mnie na podium, a ja bardzo chciałem tego medalu i przy okazji nie chciałem ich zawieść.

I dlatego trenowałem. Bardzo dużo, bardzo często. Narzuciłem sobie iście mordercze tempo aby prześcignąć konkurentów i być lepiej przygotowanym. Sądziłem, że ta strategia przyniesie wymierne efekty. Owszem przyniosła – najgorsze rezultat dla sportowca – 4 miejsce. Tuż za podium. Szybko zdałem sobie sprawę co było przyczyną braku sukcesu. Przetrenowanie! Tak naprawdę już lecąc do Australii byłem tak zmęczony, że nie miałem szans na 1 miejsce, choć wydawało mi się, że jest dokładnie odwrotnie. Nie zadbałem o absolutnie konieczną przerwę i wypoczynek przed najważniejszymi regatami. A czas na regenerację jest tak samo ważny, jak ciężka praca.

W życiu każdego z nas obowiązuje podobna zasada. W naszej pracy coraz częściej zostajemy po godzinach. Nie możemy funkcjonować bez odpowiadania na maile czy telefony w weekendy i na urlopie. Często śpimy za krótko. Rezultatem będzie stopniowe przemęczenie, które pociągnie za sobą zniechęcenie, marazm i w efekcie doprowadzi do wypalenia zawodowego. Coraz częściej rozumieją to także pracodawcy. Niedawno jeden z największych banków na świecie wydał specjalne zalecenie dla swoich pracowników aby w piątek kończyli pracę nie później niż o 19.00… Nawet najlepsi specjaliści potrafią się wypalić, a to powoduje brak efektywności, a nawet zmianę pracy. A przecież żadnemu pracodawcy nie zależy na utracie dobrego pracownika.

Wypalenie ma też negatywne skutki w życiu poza pracą. Brak czasu na zabawę z dziećmi czy wspólne rodzinne spacery często ma poważne reperkusje rodzinne. Tak naprawdę jest jedna najcenniejsza rzecz, jaką każdy z nas otrzymuje, a której nie można kupić za żadne pieniądze. To czas. Dlatego gospodarujmy nim mądrze. Znajdźmy czas i na pracę, i na odpoczynek. Efekty będą korzystne nie tylko dla nas, ale dla całego naszego otoczenia!

Mateusz Kusznierewicz

By | Czerwiec 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Mam życzenie

Niech Igrzyska w Rio będą ostatnimi kiedy jestem jedynym złotym medalistą olimpijskim w żeglarstwie. Najwyższa pora żebyśmy zdobyli kolejny złoty medal! Czy jest na to szansa? Wielka! Jak nigdy wcześniej!

Minęło dokładnie 20 lat od Igrzysk w Atlancie. Wystartowałem w nich jako bardzo młody zawodnik. Miałem zaledwie 21 lat. Do grona faworytów nie należałem ale przebłyski talentu i wysokiej formy kilka razy wcześniej pokazałem. Kluczem do mojego wspaniałego sukcesu w 1996 roku było odpowiednie przygotowanie, analiza statystyk pogodowych i dopasowanie sprzętu do warunków jakie panowały na tamtym akwenie. Żeglowaliśmy na Atlantyku przy zmiennych wiatrach. Ja byłem przygotowany na wszystko. Okazało się, że moje rywale nie do końca. Żeglowałem równo przez całe regaty. Nie wygrałem wszystkich wyścigów. Ale średnia z 10 startów okazała się najlepsza i w ten sposób wygrałem tamte Igrzyska.

Pomiędzy Atlantą a Rio wiele się wydarzyło. W sumie zdobyliśmy jeszcze trzy brązowe medale. Przemek Miarczyński i Zośka Klepacka w Londynie oraz ja osiem lat wcześniej w Atenach. Polskie żeglarstwo jest obecnie w dobrej kondycji. Ale potrzebuje doładownia. Impulsu. Spektakularnego wyniku lub osiągnięcia na miarę naszych aspiracji. Celujemy wysoko. Bo tacy jesteśmy. W dzisiejszych czasach żeby się przebić i zaistnieć potrzebujemy osiągać spektakularne wyniki.

Na Igrzyska do Rio pojedzie bardzo mocny team żeglarski. Niewielki ale mocny. Wystartujemy tylko w pięciu żeglarskich konkurencjach. Ale we wszystkich mamy szansę na miejsce w pierwszej ósemce. Powiem więcej, przy sprzyjających wiatrach mamy szansę zdobyć trzy medale! Nie będę wskazywał nazwisk. Nie ma takiej potrzeby. Dzisiaj patrzę na naszych olimpijczyków jako jeden team. Bardzo mocny i zgrany team. Oni się znają i się lubią. Będą wspierani przez bardzo dobrych i doświadczonych trenerów, fizjologa, lekarza i team leadera. Są gotowi!

Podchodząc do tematu profesjonalnie i zawodowo powinniśmy już dzisiaj przygotować się na sukces jaki osiągną w Rio. Wiem, że już się o tym mówi. I dobrze. Pierwsze godziny będą najważniejsze. Należy je wygrać. Wykorzystać sytuację. Wypracowane i pojawiające się okazje. Nie boję się w ten sposób myśleć. Przeżyłem i doświadczyłem w swoim życiu wiele. Wiem jak i kiedy trzeba myśleć do przodu. Wtedy kiedy jest ku temu okazja i szansa. A właśnie taką teraz mamy. Do boju Polscy żeglarze! Trzymam za Was kciuki!

Mateusz Kusznierewicz

By | Czerwiec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Młoda krew

Przygoda z żeglarstwem może zacząć się na wiele sposobów. Często jest to przypadek, zbieg okoliczności, chwilowy impuls ale też może to być precyzyjnie zaplanowane działanie. Żeglarstwo jest przyjemne i interesujące dlatego tak wiele osób zostaje z nim na dłużej w postaci pasji i hobby. Są też tacy, którzy traktują żeglarstwo bardziej na poważnie. Chcą w nim osiągnąć znaczące wyniki, stanąć na podium Mistrzostw Polski, Świata czy Igrzysk Olimpijskich lub opłynąć świat dookoła. Ilu jest takich którym się to udało? Coraz więcej!

W latach 80 i 90, kiedy rozpoczynałem karierę, żeglarze byli zdani głównie na wsparcie rodzin, klubów i PZŻ. Dobre i to. Znaczące zmiany w poziomie edukacji żeglarskiej ukierunkowane przede wszystkim do dzieci i młodzieży pojawiły się na początku obecnego wieku. W roku 2001 wystartował program Nivea – Błękitne Żagle. Przez 11 lat jego realizacji przygodę z żeglarstwem zaczęło ponad 7500 dzieci. Charakterystyczne niebieskie żagle niewielkich Optimistów stały się nieodłącznym elementem jezior. W sumie w ramach Programu odbyło się ponad 100 imprez plenerowych w całej Polsce. Program oparty był na współpracy i wsparciu Uczniowskich Klubów Sportowych. Dotacje finansowe i wsparcie sprzętowe dla UKS-ów przez 11 lat istnienia Programu wyniosły ok. 6,5 mln złotych. Ten program miał ogromne przełożenie na żeglarstwo w Polsce oraz na jego wyniki. Mogę śmiało stwierdzić, że obecnie żegluje znacznie więcej ludzi niż jeszcze 15 czy 20 lat temu. Co więcej, na żeglarskiej mapie Polski pojawiły się ośrodki, których bez „Błękitnych Żagli” by nie było.

Wpływ programu widać też w wynikach. Coraz lepszych i częstszych w wydaniu naszych żeglarzy. Między innymi dzięki programowi udało nam się zdobyć wiele medali oraz wychować olimpijczyków. W naszej żeglarskiej reprezentacji do Rio w gronie siedmioro zawodników aż trzech było uczestnikami programu Nivea – Błękitne Żagle. Agnieszka Skrzypulec, Kacper Ziemiński i Łukasz Przybytek żeglowali na błękitnych optimistach. Z sukcesami!

Od kilku lat żeglarstwo wspiera inny duży sponsor – Grupa Energa. Zaczęło się od Zbyszka ‚Gutka’ Gutkowskiego i jego udziału w samotnym rejsie dookoła świata w regatach Vendee Globe. Następnie Energa nawiązała współpracę z PZŻ i organizatorami regat Sopot Match Race.

Najbardziej ciekawią mnie założenia i efekty współpracy z PZŻ, która skierowana jest przede wszystkim do młodzieży. To oni są naszą przyszłością. To w nich jest nadzieja i to oni mają najwięcej Energii. Ponownie mamy dodatkową szansę przyciągnięcia do żeglarstwa większej liczby Polaków z których najbardziej pracowici i utalentowani przemierzą morza i oceany oraz będą reprezentować Polskę na Igrzyskach w Tokyo w 2020 roku. Nivea, Energa, dziękujemy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Maj 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego!

Kto z nas nie zna tego starego porzekadła? Wydawać by się mogło, że to kwestia oczywista – lojalność, praca w zespole i wspólny wysiłek – to wartości, dzięki którym możemy osiągnąć znacznie więcej, w znacznie krótszym czasie. A jednak od najmłodszych lat, szkoła i często rodzice uczą nas, że powinniśmy działać w pojedynkę i liczyć przede wszystkim na siebie.

Nie chcę tu nadmiernie krytykować naszego systemu edukacji, który i tak wyróżnia się pozytywnie na tle innych, europejskich i światowych modeli przygotowywania młodych ludzi do życia i pracy. Mimo tego, jest jeden aspekt, na który nie kładzie się moim zdaniem wystarczającego nacisku. Jest nim praca zespołowa. Od początku sami odrabiamy lekcje, sami rozwiązujemy zadania
i choć zdarzają się lekcje, na których młodzież musi współpracować, to wciąż są one zbyt rzadkim zjawiskiem. A przecież w dorosłym życiu, w pracy zawodowej prawie wszystko opiera się na pracy zespołowej. Jeśli chcemy myśleć o sukcesie w prowadzeniu przedsiębiorstwa, musimy być graczami zespołowymi. Podobnie, jeśli pracownicy jakiejś firmy chcą zrealizować mniejszy lub większy projekt – muszą się miedzy sobą efektywnie komunikować, dzielić zadaniami, odpowiedzialnością czyli innymi słowy współpracować. Jedna osoba, po prostu nie jest fizycznie w stanie podołać wszystkim zadaniom.

Sport świetnie rozwija umiejętności pracy w zespole. Jako sportowiec, który zaangażował się w biznes wiem doskonale, o czym piszę. Pomyślicie Państwo – zaraz, zaraz – przecież w sporcie, zwłaszcza w żeglarstwie na niewielkich jednostkach, też się konkuruje i każdy zawodnik walczy o swój medal indywidualnie. To fakt. Ale zanim zawodnik pomyśli o medalu, przechodzi wiele lat szkolenia. Podczas treningów i zgrupowań pracuje z trenerem i zespołem. Bardziej doświadczeni, udzielą cennych wskazówek. Młodsi – zarażą nas zapałem do pracy i chętnie wysłuchują co my mamy do powiedzenia. To niezwykły mechanizm – współpraca na etapie przygotowania przekuwa się na sukces indywidualny. Umiejętności i cechy charakteru każdego członka zespołu wydatnie wpływają na finalny efekt. Każdy w drużynie powinien zajmować się tym, z czym najlepiej sobie radzi i do czego ma największe predyspozycje oraz talent, jedocześnie pozostając w stałej komunikacji z pozostałymi członkami grupy. Tak pracują sportowcy, tak pracującą przedsiębiorcy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Jak oni to robią!

Liga żeglarska spod znaku gwiazdy(Star Sailors League) nabiera tempa, systematycznie się rozwija i odkrywa nowe terytoria w żeglarskim świecie. Kolejnym przystankiem obranym przez organizatorów tego cyklu regat był Hamburg. Otrzymaliśmy z Dominikiem zaproszenie do wzięcia udziału w tych zawodach. Przyjęliśmy je nie wiedząc czego możemy się spodziewać. Nigdy wcześniej nie byłem i nie żeglowałem w Hamburgu. Wiedziałem jednak, że jest to jeden z prężniej działających ośrodków żeglarskich w Niemczech z wieloma klubami o wspaniałej historii i tradycji, zlokalizowanych na jeziorze Alster w samym centrum miasta.

Jezioro mniejsze od Zalewu Zegrzyńskiego okazało się bardzo ciekawym akwenem do żeglowania i rozgrywania regat. Wiadomo, wiatr był niestabilny i kręcił ale nie na tyle by uniemożliwić dobry poziom rywalizacji. Wykorzystali to organizatorzy Star Sailors League, którzy nie dosyć że stanęli na wysokości zadania przy realizacji całego wydarzenia, to do tego zastosowali bardzo ciekawą i nowoczesną formułę regat.

Do zawodów przystąpiło 68 załóg z 21 państw(w tym trzy z Polski!). Przez pierwsze trzy dni żeglowaliśmy podzieleni na grupy. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Otóż na tym akwenie nie sposób byłoby się na raz nam wszystkim pomieścić. Ani na trasie a tym bardziej na linii startu. Po rozegraniu 6 wyścigów eliminacyjnych wyłoniono pierwszą trzydziestkę. Reszta niestety zakończyła wtedy regaty.

Na kolejny dzień zaplanowano i rozegrano 4 wyścigi. Przy pięknej pogodzie i dość silnym wietrze żeglowaliśmy wyścig po wyścigu. Każdy składał się z 4 okrążeń. To był jeden z najcięższych dni w mojej karierze. Na koniec policzyłem ilość halsówek i zwrotów zrobiliśmy tego dnia. Wynik 160 zwrotów przez sztag na łódce na której wybranie szotów grota wymaga zaparcia się o przeciwległą burtę i pociągnięcia ich dwoma rękoma przyprawia mnie o ból głowy i wszystkich mięśni.

Walka w tej fazie regat była bardzo zacięta ponieważ tylko dziesięć pierwszych załóg awansowało do ćwierćfinału. Dodatkowym bonusem dla zwycięzcy eliminacji był automatyczny awans do finału. Natomiast druga załoga z eliminacji wchodziła do półfinału. Ten przywilej spotkał właśnie nas.

Finałowe wyścigi rozegrane zostały w sobotę przy pięknej, słonecznej pogodzie. Ćwierćfinał w którym wzięło udział 8 załóg(3-10 miejsca z eliminacji) oglądaliśmy z Dominikiem na ekranie telewizora w klubie.  Nastepnie dołączyliśmy do 5 pierwszych załóg z ćwierćfinału. Dla trzech ostatnich regaty się zakończyły.

Przyszedł czas na półfinał. Rozegraliśmy go po mistrzowsku. Wygraliśmy ten wyścig. Awans do finału dostały pierwsze trzy załogi. Kolejne trzy odpadły z regat i popłynęły do brzegu. Pozostał nam finał do którego dołączyli Włosi, którzy wygrali eliminacje i tak jak wspomniałem wcześniej, zapewnili sobie udział w wielkim finale.

Wielki pod względem liczebności uczestników to on nie był(zaledwie 4 załogi), ale ich jakość, a przede wszystkim poziom i doświadczenie był najwyższej rangi. Po ciężkiej walce wywalczyliśmy trzecie miejsce. Dla nas to fantastyczny wynik biorąc pod uwagę, że były to nasze pierwsze regaty w tym sezonie. Problem polega na tym, że kolejne mamy zaplanowane dopiero w grudniu…

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Sport to biznes, biznes to sport

Nie ma chyba dnia, żebyśmy na ekranach naszych telewizorów i komputerów nie oglądali reklam, które w jakiś sposób nawiązują do sportu. Zastanawialiście się dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana – sport wyzwala jedyne w swoim rodzaju emocje, angażuje, przyciąga i bardzo często kojarzy nam się pozytywnie.

Dziś kontynuuje rozpoczętą w tym roku serię felietonów poświęconą zagadnieniom sportu. Pisałem już m.in. o roli motywacyjnej sportu, o smaku zwycięstwa i umiejętności przegrywania. Dziś skoncentruje się na wpływie sportu na gospodarkę oraz biznes i vice versa. A wierzcie mi Państwo, choć nieoczywisty, ten wpływ jest całkiem spory.

Fakt, że sport budzi dobre emocje i pozytywne skojarzenia szybko wychwycili specjaliści od marketingu. Dziś trudno sobie wyobrazić mecz czy jakąkolwiek relację sportową bez reklam.

W końcu organizacja zawodów i ich relacja także kosztują, a wpływy z reklam pozwalają na pokrycie tych kosztów i dodatkowy, często bardzo znaczący zysk. Widzimy więc reklamy telewizyjne w przerwach w zawodach czy na bandach elektronicznych,  również na kostiumach/koszulkach sportowców. Każda przestrzeń, nawet mała, ma swoja cenę. Trudno się dziwić reklamodawcom, że kiedy tylko jakiś sport znajdzie się na fali wznoszącej, zaczynają walkę o tą najmniejszą choćby część kombinezonu skoczka czy koszulki piłkarza.
I sporo ryzykują, w końcu nigdy nie wiadomo jaki sezon nas czeka. Jeśli udany, to każda zainwestowana złotówka nie tylko pomoże naszym zawodnikom, ale zwróci się reklamodawcy z nawiązką. Dzięki transmisjom telewizyjnym można trafić do większej
i precyzyjniej  określonej grupy odbiorców, a kibice zwiążą się z marką, bo utożsamią ją
z ulubionym sportowcem czy drużyną. Jeśli jednak sukcesów nie będzie, to widzowie na żywo i przed telewizorami nie dopiszą, a efekt tego jest oczywisty.

Niedawno przeprowadzone badania wykazały, że stopa zwrotu zainwestowanych pieniędzy jest najwyższa właśnie w przypadku marketingu sportowego. Dlatego też współpraca biznesu ze sportem i sportu z biznesem kwitnie i nie należy się spodziewać zmiany tego trendu. Tym zresztą lepiej, gdyż jest to współpraca, na której wszyscy korzystają. Sport otrzymuje pokaźny (a zarazem niezbędny) zastrzyk gotówki – finanse otrzymane od reklamodawców pozwalają m.in. szerzej inwestować w infrastrukturę sportową, organizację światowych rozgrywej i turniejów, profesjonalne szkolenie młodzieży
i odkrywanie nowych talentów. Firmy z kolei zarabiają dzięki pozytywnie odbieranej reklamie.

Dało się to zaobserwować szczególnie wyraźnie w roku 2012, kiedy w Polsce odbywała się trzecia największa sportowa impreza świata – UEFA Euro. Suma wydatków marketingowych firm w naszym kraju osiągnęła wówczas nienotowaną wcześniej kwotę – 2,5 mld złotych!
W kolejnych latach wprawdzie widać było pewne spowolnienie, ale i tak jedna impreza sportowa wywindowała rodzimy marketing sportowy na nowy poziom. Jak mawia branża „marketing na dobre pokochał sport”.

Na koniec chciałem przytoczyć przykład z nieco odleglejszego podwórka. Choć marketing sportowy w Polsce stopniowo się rozwija, to trudno porównywać jego skalę do tego co dzieje się za oceanem. Najlepszym przykładem niech będzie blok reklamowy przed finałem Super Bowl – futbolu amerykańskiego, który choć nie cieszy się poza USA znaczącym zainteresowaniem, to w samym kraju porywa tłumy. W telewizji obejrzało go blisko 170 mln widzów, a liczbę odsłon spotów w internecie, szacuje się na 480 mln.

Siła wydarzenia jest tak duża, że wiele firm zdecydowało się wykupić 60 sekundowe spoty, mimo, że cena za 30 sekundowy, to już astronomiczne 5 mln dolarów!

No cóż, trochę nam jeszcze do tego poziomu brakuje, ale skoro marketing pokochał sport na dobre, to z pewnością zmierzamy w tym właśnie kierunku. I jestem pewien, że z korzyścią zarówno dla sportu, jak i biznesu.

Mateusz Kusznierewicz

 

By | Marzec 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Razem czy osobno?

Czy żeglarstwo to sport indywidualny czy zespołowy? Podejmę próbę odpowiedzi na to pytanie bynajmniej nie wskazując liczby członków załogi żeglujących na jachcie.

Rozpocznę od zwrócenia uwagi na bardzo ważny etap życia każdego człowieka jakim jest edukacja w szkole. Przyzwyczajenia i umiejętności w niej zdobyte mają w końcu bardzo duże znaczenie w jaki sposób zachowujemy się, działamy i pracujemy w kolejnych latach naszego życia. To co do 18. roku życia wpajane jest młodzieży w szkolnych ławkach, jest często o 180 stopni różne od tego, z czym przychodzi nam się zmierzyć w przyszłości.

Różnic jest wiele. Jedną z najważniejszych jest to, że w szkole zwraca się uwagę głównie na indywidualne osiągnięcia ucznia. Samodzielnie zdaje on klasówki, pracuje na swoje własne świadectwo, a w domu jest pytany o zdobywane samemu oceny. Tymczasem w późniejszej pracy czy w sporcie jest odwrotnie – ważniejsze jest, jak działa twój zespół i jak ty działasz w zespole. Działając w pojedynkę bardzo ciężko, wręcz niemożliwe jest osiągnąć wielki sukces. Dlatego też uważam, że szkoły powinny kłaść większy nacisk na pracę w zespołach. Uczyć współpracy, podziału obowiązków, umiejętności myślenia w kategoriach „my”, a nie „ja”. W sporcie jak również w życiu zawodowym jest to absolutnie kluczowe.

Kolejny problem jaki zauważyłem dotyczy uśredniania. Mamy być dobrzy we wszystkim a nie wybitni w tym do czego mamy predyspozycje i talent. Polskie szkoły są nastawione na pracę odtwórczą. Uczniowie muszą przyswoić zaprezentowaną przez nauczyciela wiedzę, a następnie zdać relację z tego przyswojenia. To kompletne zaprzeczenie kreatywności. Jest ona piętnowana, bo wymaga od szkoły czy nauczyciela dostosowania się do możliwości ucznia, a nie na odwrót. Każdy, kto wyskakuje ponad ten mur, ma trudniej. Uczeń, który dojdzie do rozwiązania zadania matematycznego w inny sposób, niż wymaga tego podręcznik, może być narażony na uzyskanie słabszej oceny. Odwaga w myśleniu nie jest premiowana, a wręcz przeciwnie – może być karcona.

W sporcie a przede wszystkim w żeglarstwie mistrzami zostają osoby wyjątkowe. Często nie są omnibusami. Nie są dobre we wszystkim. Są wyjątkowe i wyróżniają się w jednej dziedzinie. Wyłuskanie takich telentów jest dzisiaj nie lada wyzwaniem.

Zawodnik rzadko kiedy zostawiony jest sam sobie. Od początku swojej przygody ze sportem ma do pomocy trenera. Jeśli trafi na mentora, który stawia na pracę zespołową i dobrą komunikację, szansa na sukces wzrasta diametralnie. Mamy fantastyczne tego przykłady z naszego polskiego podwórka. Współpraca trenerów Pawła Kowalskiego, Cezarego Piórczyka, Zdzicha Staniula i Pawła Kacprowskiego ze swoimi załogami i teamami obfituje dzisiaj w złote medale Mistrzostw Świata i Pucharów Europy! Postawili oni na pracę zespołową pomimo, że w swoich załogach mają indywidualistów.

Inaczej stało się to w polskim Finnie. Zabrakło w nim pracy zespołowej czego efektem będzie brak naszego reprezentanta w Rio. Bardzo nad tym ubolewam bo kocham żeglarstwo a w szczególności klasę na której przeżyłem przygodę swojego życia.

Mateusz Kusznierewicz

By | Marzec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Żeglarska Legia

Olympiakos Ateny, Benfica Lizbona, Pogoń Szczecin, Arka Gdynia. To nazwy znanych klubów piłkarskich. Co jeszcze mają ze sobą wspólnego? Otóż każdy z nich posiada sekcję żeglarską. Miło mi poinformować, że do tego grona dołączyła niedawno Legia Warszawa. Stołeczny klub piłkarski obchodzi w tym roku setną rocznicę istnienia. Jest co świętować! Wspaniała historia sportowa, tysiące wychowanych zawodników, klub z wieloma sukcesami na koncie. Piłka nożna jako najpopularniejsza dyscyplina sportowa przyćmiła szereg innych sekcji, które Legia prowadziła i nadal prowadzi.

W Wikipedii czytamy: „Centralny Wojskowy Klub Sportowy „Legia” Warszawa (CWKS „Legia” Warszawa) – wielosekcyjny polski klub sportowy…”.

Mało kto wie, że Legia w swojej historii prowadziła sekcje m.in. bokserską, gimnastyczną, hokeja na lodzie, jeździecką, strzelecką, pływacką, zapasów, rugby, koszykówki jak również żeglarską.

W archiwach Legii znaleźliśmy wyniki z 1951 roku kiedy to drużyna żeglarska zdobyła tutył Mistrzów Polski. W kolejnych latach jednym z najwybitniejszych żeglarzy CWKS Legia był Jan Szloser, który w klasyfikacji indywidualnej sięgał wiele razy po tytuły mistrza Polski żeglując w klasie Finn. Co ciekawe, żona Pana Jana, Krystyna Szloser była wieloletnim pracownikiem redakcji Magazynu Żagle a ich syn Jarosław moim drugim trenerem. Było to za czasów kiedy żeglowałem jeszcze na Optimiście i OK-Dinghy.

Na przełomie ostatnich lat o żeglarstwie w warszawskiej Legii zapomniano. Sam klub przechodził wewnętrzne i właścicielskie zmiany stawiając przede wszystkim na rozwój drużyny piłkarskiej.

Nadszedł jednak dobry czas, możliwości i chęci by żeglarstwo w Legii reaktywować. Wszystko dzięki zaangażowaniu i dobrej woli kilku osób. Przede wszystkim wielkich fanów Legii będących jednocześnie miłośnikami żeglarstwa. Mówię tu o Darku Urbanowiczu i Jurku Mieńkowskim. Pierwszy to znany dziennikarz sportowy. Drugi jest Prezesem Akademii Kusznierewicza. To oni namówili mnie oraz właścicieli i Zarząd Legii do powołania nowej Sekcji Żeglarskiej Legii Warszawa.

Połączenie dwóch tak solidnych marek i organizacji jakimi są Legia i moja Akademia gwarantują sukces tego przedsięwzięcia. Mamy jasno określone cele i plan rozwoju. Posiadamy możliwości ich realizacji. I co najważniejsze, mamy wiedzę oraz doświadczenie. Poprowadzimy dzieci i młodzież taką samą ścieżką rozwoju kariery jaką ja sam przeszedłem. Będziemy rozwijać ich umiejętności, odkrywać pasje i talenty. Wszystko w zgodzie z zasadami fair-play i wartościami jakie niesie ze sobą sport w najczystszej i najlepszej postaci. Naszym marzeniem jest wychowanie grupy żeglarskich mistrzów sięgających po medale na Mistrzostwach Polski, Europy, Świata i Igrzysk Olimpijskich.

Mateusz Kusznierewicz

By | Luty 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Wirtualne regaty

Na początku roku przyleciał do Polski Phillipe Guigne, założyciel największego na świecie portalu żeglarskich gier on-line. Okazało się, że nie trzeba ruszać się z domu by spotkać wyjątkowych ludzi. Mój dom to Gdańsk w którym wspomniany Phillipe znalazł partnera do rozwoju swojego najnowszego produktu.

Virtual Regatta to nie zwykły serwis www dla miłośników żeglarstwa. To platforma do gier on-line. Niezależnie od pory roku, siły wiatru i strefy czasowej, w wyścigach żeglarskich rozgrywanych codziennie na Virtual Regatta bierze udział kilkanaście tysięcy osób. Na czym polega fenomen tego serwisu?

Myślę, że na początku należy wskazać wzrastającą co roku modę i popularność gier komputerowych. Daleki jestem od promocji siedzenia godzinami przed ekranem komputera ale liczby mówią same za siebie. W gry on-line grają nie tylko dzieci i młodzież ale i dorośli. Walki gladiatorów, loty myśliwcami, bitwy kosmiczne, mecze piłkarskie to chyba najbardziej popularne propozycje rozrywki w wirtualnym świecie. Od szcześciu lat można też żeglować jachtami w krótszych i dłuższych wyścigach po morzach i oceanach.

Virtual Regatta powstał we Francji gdzie żeglarstwo, szczególnie morskie jest niezwykle popularne. Na starcie i mecie każdego ważnego wyścigu oceanicznego pojawiają się miliony kibiców. W ogromnej większości są to francuzi. Serwis Virtual Regatta ma już oczywiście dzisiaj zasięg globalny. W rozmowie z Philippem miałem okazję poznać statystyki serwisu. Drugim po Francji krajem pod względem ilości użytkowników są Stany Zjednoczone, nastepnie Wielka Brytania i Włochy. W czołówce są również Brazylia, Nimcy i Czechy. W Polsce w Virtual Regatta gra średnio sześć tysięcy osób.

Dzięki Virtual Regatta możemy stanąć na starcie chociażby Volvo Ocean Race, Jules Verne Trophy czy Vendee Globe. To co najciekawsze, to uczestnictwo w wyścigu w czasie rzeczywistym. Wymaga logowania do gry nawet kilka razy dziennie by ustawiać kurs jachtu, zmieniać i trymować żagle, sprawdzać prognozę pogody i unikać kolizji z przeciwnikami. W niektórych wydarzeniach do wygrania są nagrody finansowe. Zwycięzca wyścigu on-line Jules Verne Trophy zainkasował kwotę dwudziestu tysięcy Euro. Od niedawna można się też ścigać w wyścigach na krótkiej trasie w tzw. formacie Inshore Race. To propozycja dla żeglarzy regatowych. Takich jak ja.

Czy Virtual Regatta mnie wciągnął? Przyznam się, że tak. Z dwóch powodów: w długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy tak bardzo tęsknie za żeglowaniem, jest to dla mnie najlepszy sposób, by przynajmniej połowicznie poczuć przyjemność ze sterowania jachtem.

Po drugie, dzięki Virtual Regatta rozwinąłem kilka swoich żeglarskich umiejętności. Tak, okazało się, że gra komputerowa może być dobrym treningiem. Ćwiczę między innymi ustawienia na starcie albo rozwiązania taktyczne na kursach z wiatrem. Widok na trasę regat nie z pokładu swojego jachtu a z lotu ptaka daje mi zupełnie inny obraz na rozgrywkę całego wyścigu.

Virtual Regatta prowadzi też własny ranking. Jego sponsorem jest Star Sailors League, organizacja cyklu regat, który opisywałem już wiele razy na łamach Żagli. Bierzemy w niej udział z Dominikiem. Okazuje się, że ranking w żeglarstwie wirtualnym ma olbrzymi wpływ na zaangażowanie użytkowników serwisu. Od momentu jego wprowadzenia, intensywność uczestniczenia w regatach się podwoiła. W dniu w którym piszę ten felieton, na wysokim czternastym miejscu mamy zawodnika z Polski. Trzymam kciuki by wszedł do pierwszej dziesiątki a za jakiś czas wygrał ten ranking.

Mateusz Kusznierewicz

By | Styczeń 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments