Wywiad w Dużym Formacie

– Jak to jest u sportowca, czy też znanego człowieka, że w pewnym momencie jego życia przychodzi taki czas, że zaczyna dawać twarz? Twarzą projektu Polska100 był pan.

– Nie tylko twarzą, ale i twórcą. To był mój pomysł.

– Chciałem zapytać jak to jest z tym udzielaniem swojego wizerunku, a więc twarzy, przez osoby znane, którzy dostają coś za to, kim są? Dają twarzy czasem bardzo dosłownie, bo pozwalają zawiesić ją deweloperowi na bilbordzie, dzięki czemu można dostać na przykład apartament w Sopocie. W ten sposób, zdaje mi się, pan tutaj mieszka? Z okna sypialni widać morze?

– Tak, mieszkam w Sopocie. Nie, mieszkania niestety nie dostałem. Wracając do wizerunku, często się mówi, że nazwisko osoby rozpoznawalnej to jego marka, na którą trzeba najpierw zapracować. Najlepiej sukcesem. Na swoją pracowałem ponad 20 lat.

TWARZ

Na pomysł kupna wspaniałego jachtu oceanicznego i rejsu dookoła świata z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości Mateusz Kusznierewicz wpadł wiele lat temu, ale sprawa nabrała tempa dopiero na rok przed rocznicą. Nowa władza, w osobie wicepremiera i ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, gotowa była wydać na to trwające trzy lata przedsięwzięcie promocyjne nawet dwadzieścia milionów złotych. Na sam jacht, chociaż ma siedem lat, trzeba by było wybulić więcej niż czwartą część tej kwoty, bo to jedna z najszybszych, liczących siedemdziesiąt stóp pokładu (około 21 metrów) jednostek żaglowych na świecie, która startowała z powodzeniem w wielu najbardziej prestiżowych regatach.

Jacht o nazwie Polska100 i jego załoga mieli sławić nasz kraj, prezentować jego historię, możliwości żeglarskie i gospodarcze, a kapitanem podczas trzyletniego rejsu miał być Mateusz Kusznierewicz, który mimo zaledwie 43 lat życia, a więc młodego jak na wilka morskiego wieku, przez wielu uważany jest za najbardziej znanego i wybitnego polskiego żeglarza, zdobył złoto i brąz olimpijski w żeglarstwie, trzy razy był mistrzem i cztery razy wicemistrzem świata, osiem razy stawał na podium mistrzostw Europy, ale od pięciu lat sportu wyczynowo już nie uprawia. Jest przedsiębiorcą, zasiada w zarządach kilku spółek, działa w fundacjach, ma własną akademię żeglarską, żonę, córkę, syna, rodziców w Warszawie.

– A więc jak to jest z tym dawaniem twarzy? – pytam jeszcze raz.

– W przypadku sportowca sprawa jest prosta: kontrakt sponsorski przewiduje wykorzystanie wizerunku przez firmę, która wspiera finansowo realizację celów sportowych. Działania reklamowe rozpocząłem bardzo wcześnie dzięki pierwszym sukcesom żeglarskim w młodym wieku. 

– To znaczy zarabiać na życie po prostu! Bo poza tym, ze sportowiec musi kupić trampki i maszt, potrzebuje jeść, płacić rachunki, zmienić mieszkanie…

– Do tego obóz sportowy, zgrupowanie, nowa łódka, a z pierwszych pieniędzy, które tak pozyskałem kupiłem żagiel. To wszystko sam musiałem sobie zapewnić, żeby się rozwijać. Dzisiaj uczestnicząc w kampanii reklamowej, promując nową usługę np. marki T-Mobile, zdobywam środki, które są moim zarobkiem, przychodem, zyskiem. To jest moja praca, tak to działa, tak jest na całym świecie. Ktoś tworzy jakiś biznes, a potem go sprzedaje i ma z tego zarobek, tak ja stworzyłem markę Kusznierewicz, swój własny produkt, biznes, twarz, którą udostępniam, a ktoś może ją wykorzystać reklamowo, wypożyczyć do opakowania, nadania blasku swojemu produktowi

– Na przykład dezodorantu.

– Albo margaryny, krawatów, wczasów w Tunezji, albo Land Rovera. To jest dzisiaj bardzo powszechne wśród znanych sportowców, aktorów, pisarzy, artystów. Wśród influencerów, jak się dzisiaj potocznie mówi…

– Jak potocznie, jak ja w ogóle nie znam tego słowa?! – przerywam mu gniewnie.

– Znakomity dyrygent i wybitny pięściarz są na przeciwnych krańcach galaktyki… – zastanawiam się głośno.

– Ale łączy ich to, że są wpływowi, swoim przekazem trafiają do danej grupy odbiorców mając wpływ na ich myślenie i podejmowanie decyzji. Właściwy dobór ma kluczowe znaczenie. Przecież pięściarz dla znawców kultury, sztuki, muzyki jest zupełnie nierozpoznawalny, więc nie będzie reklamował fortepianów.

– Raczej chipsy i browara.

– Albo napój energetyczny. Tak to działa. I to jest część mojej pracy,  ale pamiętać trzeba ile trzeba wkładać pracy żeby budować tę markę, ile wylać potu, łez i krwi. Pieniędzy na sport jest zawsze za mało. Te pozyskane od sponsorów uzupełniały budżety z dotacji. Sport taki jak żeglarstwo nigdy nie finansuje się sam, a jest jednym z najdroższych na świecie. Żeby liczyć się w rywalizacji trzeba mieć po swojej stronie know-how i dostęp do technologii. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zbudować z desek, bo wtedy starty przestają mieć sens. Dodatkowo trzeba żyć godnie. Oprócz sportu jest rodzina, dzięki której łapiesz równowagę – a na wszystko potrzeba pieniędzy. Bardzo chciałbym dostawać stałą pensję za to co robię, ale nie ma takiej możliwości, więc jak zwykle natura znalazła własną drogę – jest nią współpraca ze sponsorami.

CIAŁO

Na spotkanie przyjeżdża rowerem, bo po swoim Sopocie nie porusza się inaczej. Na głowie kask. Mówi, że ciało to jego narzędzie pracy, więc o nie dba: regularne przeglądy, do tego siłownia, basen, bieganie, rower.

– A ja myślałem, że żeglarstwo to lekka robota – dziwię się. – Nie trzeba być atletą tylko czuć wiatr, mieć dobrze poukładane w głowie i można być kluskiem, bo se siedzisz jak w bryczce i jedziesz.

– Nie siedzisz, tylko jesteś wywieszony za burtę, cały mokry, więc kolana porwane, kręgosłup pokrzywiony, reumatyzm zaawansowany. Sport to zdrowie za wyjątkiem wyczynu. W załogach wieloosobowych niektórzy mogą być pasażerami, ale jachty olimpijskie to małe, lekkie łódki, każda fala, podmuch wiatru miota nią jak chce, więc także ciałem prowadzisz ją tak jak potrzebujesz, wprawiasz w potrzebną dynamikę, wciskasz, wychylasz na każdej fali, a to znaczy, że od startu do mety jesteś w ciągłym ruchu, a twoje serce wali 160 uderzeń na minutę.

– To jak podczas bardzo intensywnego biegu wytrenowanego człowieka!

– A trwających około godziny wyścigów jest od trzech do pięciu w ciągu jednego dnia zawodów. Ciężka robota, i normalny trening wytrzymałościowy i siłowy każdego niemal dnia. Przed igrzyskami w Atlancie, a więc ponad dwadzieścia lat temu, kiedy nie miałem jeszcze dostępu do wszystkich obiektów sportowych, w ramach treningu biegałem na swoim osiedlu w Warszawie po schodach, bo mieszkałem w 18-piętrowym bloku, a potem w swoim pokoju nogi pod kaloryfer i robię brzuszki.

I na tym nie koniec. Kusznierewicz wyliczył, że około trzydziestu procent czasu jako sportowiec przeznaczał na pozyskiwanie sponsorów.

– Z regat nie wysyłałem do swoich partnerów SMS-a, tylko pocztówkę – opowiada. – Żeby podziękować, przedstawić w kilku słowach regaty i miejsce w którym startuje także dzięki ich wsparciu. Dbałem i dbam o relacje z ludźmi. Bo firmy to ludzie, którym taki dowód pamięci sprawia przyjemność.

– Pewno. Fajnie popływać jachtem z mistrzem olimpijskim. Nikita Michałkow, wielki, oskarowy reżyser rosyjski i radziecki twierdzi, że człowiek pół życia pracuje na swoje nazwisko, a drugą połowę życia to nazwisko pracuje na niego.

– Zgadzam się z tym. U mnie ta połowa życia nastąpiła po drugim medalu olimpijskim, bo po pierwszym medalu jeszcze nie było wiadomo, czy ja nie jestem aby aktorem jednego sezonu. Chodzi o klasę. Sportową. Powtarzalność.

– Bo co z tego, że uda ci się jeden skok na nartach, przez kozła, albo do wody…

– Każdy sukces ma swoją wartość. Nawet ten jednorazowy. Dużo większym wyzwaniem jest ten sukces powtórzyć. To znacznien trudniejsze zadanie. Zawsze uważałem, że profesjonalizm jest najważniejszy. Wszystko planuję. Mam na koncie wielkie sukcesy, ale doświadczyłem też wielu niepowodzeń. Czasem ciężka praca kończy się porażką. Ale warto sięgać po kolejne złoto. Udowodniłem to wiele razy. Od tego momentu nazwisko zaczęło pracować na mnie, zbudowałem markę, rozpoznawalność, głównie dzięki konsekwencji.

Więc jego wielki, patriotyczny projekt Polska100 wicepremierowi i ministrowi kultury Piotrowi Glińskiemu bardzo się spodobał i odesłał Kusznierewicza do zarządu Polskiej Fundacji Narodowej z własnym błogosławieństwem. Ustalono, że Fundacja, która jest najbogatszą tego typu instytucją w Polsce, bo jej budżet zasilany pieniędzmi 17 najbogatszych spółek skarbu państwa sięga ćwierci miliarda złotych, będzie partnerem strategicznym projektu znanego żeglarza, bo w jej statucie zapisane jest między innymi, że ma dbać o „budowanie marki Polski” w świecie, na co przez kolejnych dziesięć lat ma otrzymywać po sto milionów złotych rocznie.

PROJEKT

Celem projektu Polska100 była promocja naszego kraju na świecie.

– I to by świetnie działało – upiera się Mateusz Kusznierewicz. – Ja to wiem, bo większość życia spędziłem za granicą. Wiem jak się to robi i jakie efekty można dzięki temu osiągnąć. Ci co nosa nie wyściubili z przydomowego ogródka niestety kompletnie tego nie rozumieją.

– Bo w wielkich regatach, nawet jak się nie wygrywa, ale walczy jak tygrys, to już się o tym mówi i pisze. Pamiętam sprzed lat relacje z tych wyścigów w głównych wydaniach polskich dzienników telewizyjnych, nawet wtedy, kiedy nasi w nich nie startowali.

– A wie pan co w tym czasie dzieje się w mediach angielskich, amerykańskich, francuskich, australijskich…? W regatach Sydney – Hobart nasze szanse oceniam na czwarte, piąte miejsce na 120 startujących, do tego bardzo trudne warunki, huraganowy wiatr, wzburzone morze, a my prujemy jak szaleni… Ale u nas jak ktoś się na to porwał, to znaczy ja, ma wizję i odwagę, to od razu w środowisku żeglarskim podnoszą się głosy, że powstaje wielki projekt, a kogoś tam w nim nie ma. A ile hejtu wylali na mnie, ile słów krytyki, potępienia, niechęci. 

– Bo też mieli fajny pomysł, ale Polska Fundacja Narodowa ich odwaliła. 

– Zaprosiłem do projektu Polska100 większość najbardziej doświadczonych żeglarzy z Polski, do tego mieliśmy zaangażować dużo młodzieży, do której przede wszystkim mój pomysł był skierowany, żeby poznali i pożeglowali z takimi sławnymi wilkami morskimi jak Zbyszek Gutkowski, Jacek Wysocki, Grzesiek Baranowski… I ja. Taki miałem cel i marzenie. I większość kolegów pomysł chwaliło, ale media w swoim ataku politycznym przytaczały wypowiedzi tych, którzy skarżyli się, że projekt pochłania tyle środków, a oni nie dostali nawet tysiąca złotych na szkolenie swoich podopiecznych, albo rozbudowę swojego ośrodka żeglarskiego. A myśmy tylko zdobyli pieniądze, które inaczej poszły by pewnie na inny projekt. Niekoniecznie sportowy. 

– Po prostu pańscy koledzy nie potrafili tej forsy wyrwać, Roman Paszkę przedstawił PFN bardzo podobny pomysł, ale to panu się udało.

– Nie widziałem innych wniosków. Podobno było ich wiele. Wiem natomiast, że nasz projekt miał promieniować i przynosić profity całemu polskiemu żeglarstwu, mieliśmy wspierać regaty dla optymiściarzy, robić akcję rozwijania talentów, organizować zajęcia dla dzieciaków jakie Marcin Gortat robi na boiskach do kosza… Nawet  nie zdążyliśmy wszystkiego opowiedzieć, a już nas uśmiercili.

– Zazdrośnicy? A dlaczego inni nie dostali chociaż też prosili?

– Nie wiem czy i co inni w tym kierunku zrobili ale mogę powiedzieć co ja zrobiłem. Przez 4 lata starałem się zrealizować ten projekt dla Polski i polskiego żeglarstwa. Wykonaliśmy niebotyczny nawał pracy, żeby takie środki otrzymać, przedstawiliśmy dopracowany do perfekcji pomysł, zespół i gotowość do działania. Mieliśmy energię, wizję, doświadczenie i siłę. 

– Może nie potrafią się łasić.

– By zrealizować taki projekt trzeba mieć kompetencję, wiedzę i profesjonalne podejście. Łaszenie nic tu nie da. Sukcesy osiągają ludzie pracowici i ambitni. Gdybym siedział z założonymi rękoma u siebie w klubie, albo w domu, to tylko za to kim jestem grosza bym nie dostał. Odbyłem około dwustu spotkań, wpychałem się do gabinetów przez kominy, szpary w drzwiach, oknach i przez dziurki od klucza począwszy od pałacu prezydenta Komorowskiego, przez siedziby wielkich firm z Mercedesem, BMW i Land Roverem włącznie, a skończywszy na wielkich bankach państwowych i prywatnych. Rozmawiałem ze wszystkimi ekipami politycznymi w tym kraju i większością firm i inwestorów prywatnych. W pewnym momencie zrozumieliśmy, że to nie jest projekt, który może zrealizować jeden sponsor – nawet kiedy jest najsilniejszym graczem w tym kraju. No i w pewnym momencie chwyciło. Miałem wielkie marzenie i się nie poddawałem, bo mam walkę we krwi…

– Bo jest mi obojętne z kim, byle dali szmal! – przerywam mu.

– Dzisiaj przyznaję, że to był bardzo niefortunny pomysł, żeby wiązać się z organizacją, która w DNA ma politykę. Byłem świadomy ryzyka. Analizowaliśmy to wielokrotnie. Ale podjąłem to ryzyko bo start w wielkim szlemie regat na całym świecie pod polską banderą był moim marzeniem, odkąd pamiętam. Można być skiperem zaciężnym. Startować gdzie się da, ale to nigdy nie będzie to samo. Chciałem poczuć to co czułem na olimpiadzie albo mistrzostwach świata – ale w tych regatach, które są dzisiaj najważniejsze. Polska100 byłaby fantastyczną promocją Polski. Jestem Polakiem, zawsze byłem patriotą. Nie zmieniłem obywatelstwa i kraju, żeby było łatwiej. Chciałem zrobić rzecz wyjątkową, a to wiąże się z ryzykiem. I ja je wziąłem na klatę i teraz za to płacę cenę. Jestem rozgoryczony całą sytuacją. Nie dosyć, że tak trudno było to wszystko dopracować i uruchomić to na koniec nawet nie wypłynęliśmy. Strasznie mnie boli ten nóż wbity w plecy, to jakby odcięcie od mojego dziecka. Ktoś zabrał mi moje dzieło jak zabytkowy samochód, nad którym pracujesz kilka lat, po nocach w zimnych garażach. Ale trudno. Żeby robić rzeczy wyjątkowe, trzeba podejmować ryzyko, potrzebne jest szaleństwo. W takich projektach zawsze jest 70% pewności. Nigdy nie ma 100. Bo żeby startować w regatach Wielkiego Szlema naprawdę trzeba być szalonym tak jak do zdobywania w zimie ośmiotysięczników. A to jest przeciwieństwo postawy życiowej tych, którzy najchętniej w internecie hejtują wszystko i wszystkich.

Mój rozmówca przerywa nagle, a ja myślę, że to dobre zdanie, żeby skończyć min rozdział o zazdrośnikach, oczy utkwiłem sobie na chwilę w wygładzoną jak obrus wielkanocny dal Zatoki Gdańskiej, a mój rozmówca w swojego smartwona. Z którego czyta mi takie zdanie: „Jeśli ktoś mówi o tobie coś złego, to głównie dlatego, że o sobie nie może powiedzieć niczego dobrego”.

POLITYKA

– Mówi pan o krzywdzie i nożu wbitym w plecy, a ja pytam kto pana skrzywdził?

– Żeby pracować przy takim projekcie trzeba etyki i klasy, których w pewnym momencie w wielu przypadkach zabrakło. Jak piratom. Wszystko eksplodowało kiedy w trakcie realizacji projektu wybuchła burza medialna. Komentatorzy uderzając w PFN i obóz rządzący, posłużyli się projektem Polska100 i moją osobą waląc ze wszystkich dział m.in. w budżet projektu, jacht. Najwięcej wątpliwości budziła kwota. Dlaczego jacht nie jest zbudowany w Polsce? I ta moja „pożal się Boże” przeszłość polityczna, a konkretnie to, że kiedyś poparłem w kampanii wyborczej prezydenta Komorowskiego i Platformę Obywatelską, a teraz współpracuje z organizacją, którą zarządzają politycy przeciwnego obozu. Ktoś stwierdził, że to kłuje w oczy – bo przecież wszędzie zdrajcy, a w obozie politycznym trzeba się chyba urodzić. 

– Ale nie było merytoryczne. Bo zastanawiać się trzeba, co wskóramy z łodziom którą sobie kupiliśmy i będzie pływać w naszym imieniu po morzach i oceanach świata.

– Mój projekt dał powód do tego, żeby walić z najcięższych dział w Polską Fundację Narodową i osłabić obóz rządzący. Specjaliści od PR-u powiedzieli mi, że trafiliśmy w najgorszy czas, bo poza tym, że Fundacja miała i ma złą passę i prasę, to jeszcze wybuchła afera z premiami finansowymi dla ministrów i nas do tego przykleili i uderzali jak w bęben z prawej i z lewej strony sceny politycznej. A ja zostałem twarzą tej „dobrej zmiany”.

– Przecież pieniądze, które miał pan dostać od Fundacji, są państwowe, z tej samej puli, z której moim rodzicom płacą emerytury, policjantom pensje, a rodzicom 500+.

– Nie, to nie są te same pieniądze. Po pierwsze, PFN otrzymuje środki ze Spółek Skarbu Państwa. Co gdyby Polska100 wsparły bezpośrednio Lotos i KGHM? Czy ktoś by miał do tego uwagi? Po drugie, Państwo takie jak Polska, ma obowiązek rozwijać sport i podkreślać swoją obecność na mapie świata. Promować ważne wydarzenia i rocznice. Naszą tradycją jest, że w takich momentach naszej historii nasze jachty i żaglowce ruszały w świat promując Polskę i Polaków. Ale dzisiaj wszystko musi mieć drugie i trzecie dno – do którego przy tej okazji udało nam się wszystkim dotrzeć. 

– A wszystko dlatego, ze poszedł pan po pieniądze do niewłaściwych ludzi?

– To duży skrót myślowy, ale w zasadzie tak. Krytycy tego projektu mieli rację: za dużo polityków w żeglarstwie. 

– Kto pana pokiereszował?

– Fachowcy mówią, że chociaż sporo straciłem, to odbudowywać mojego wizerunku nie trzeba, bo ciągle jest z nim całkiem dobrze. Dla nich to było tylko drobne potknięcie w ciekawej, nie zawsze łatwej karierze wyjątkowego sportowca. Burzę medialną wywołały media, a w jej trakcie zacząłem dostawać informacje, że wiele osób, które podejmują w państwie najważniejsze decyzje, pytało po co nam ten rejs? I ta awantura w gazetach, radiu i telewizji?

– Przestraszyli się mediów? – dziwię się. – Przecież nigdy specjalnie nie przejmowali się ich wrzaskiem.

– Moim zdaniem nie ma pan racji.

– To kto zdecydował, że uwalają pański projekt?

– Powiedziano mi wprost, że była to decyzja polityczna, choć zupełnie irracjonalna. Grały emocje, na których budowana jest polityka, bo w tym wszystkim ona jest najważniejsza. A sport przecież i biznes jest apolityczny, w nich nie ma emocji, albo nie powinno być, bo jak się pojawią, to zginiesz. Nie dowieziesz wyniku. Nie osiągniesz sukcesu. 

– Teraz ja uważam, że nie ma pan racji. Sport jest po to właśnie, żeby przeżywać emocje. Pan na łódce, a ja przed telewizorem. Może tylko łyżwiarka figurowa musi się uspokoić zanim wykręci poczwórnego rittbergera, ale bokser musi być nabuzowany, skoncentrowany, ale zły jak diabli, bo dzięki furii, która w nim jest, może zminimalizować braki techniczne. Albo kondycyjne.

– Ja mówię o emocjach sportowca a nie kibica. Nadmiernej motywacji, o sytuacjach, kiedy przeciwnik cię podpuszcza, a ty wybuchasz i przegrywasz.

– Jak Zinedine Zidane, który w finale mundialu walnął z czoła Materazziego, przez co jego drużyna straciła mistrzostwo świata, a jednak prezydent Francji ogłosił go bohaterem narodowym, a jego rodacy legendą za życia.

– Dobry przykład. Ale w polityce jak w biznesie i w sporcie, powinny być tylko liczby. Żadnych emocji. Żylibyśmy w innym świecie. W innym kraju. 

CHŁOPAK

Naukę zaczął w klasie matematyczno-fizycznej Liceum Władysława IV na warszawskiej Pradze, bo w jego rodzinie wszyscy są inżynierami, umysły ścisłe, konkretne, zafiksowane liczbami, prawami fizyki.

– Tata do dzisiaj wykłada na politechnice – opowiada mi w saloniku Yacht Club Sopot, którego jest członkiem honorowym. – Ja jeden się wyłamałem i zostałem sportowcem, ale ta moja wrażliwość na sprawy techniczne, sztywność masztów, aerodynamikę, hydrodynamikę, dawała mi zawsze dużą przewagę nad przeciwnikami.

Żeglować zaczął jako dziewięciolatek. Osiem lat później zaczął odnosić sukcesy, a jeszcze cztery lata później, przed igrzyskami w Atlancie, został członkiem kadry olimpijskiej.

– Już coś niby umiałem, ale nic nie musiałem – wspomina. – Albert Einstein powiedział, że kiedy wszyscy sądzą, że czegoś nie można zrobić, to wiadomo, że pojawi się ktoś, kto nie będzie wiedział, że nie można, i to zrobi. Tak samo u nas w Polsce. Wszyscy twierdzili, że my nie możemy zdobyć złota w żeglarstwie, bo nigdy nam się nie udało, a konkurencja jest straszna. Ale ja tego nie wiedziałem. W życiu trzeba sięgać po rzeczy niemożliwe, podejmować ryzyko, nie znać granic. Mam piękną prezentację i przez godzinę przemawiam w tym stylu do dziesięciu, stu, a kiedyś nawet do siedmiuset osób na sali. To część mojej pracy, i bardzo dobrze się w niej czuję.

Bo sport znakomicie kształtuje charakter – mówię. – Rodzic niczego lepszego nie może zrobić jak sprawić, żeby jego dziecko uprawiało sport.

– Bo on uczy systematyczności, pracy w grupie, rywalizacji, walki ze zmęczeniem, ze słabościami, z samym sobą i, co jest fundamentalne w życiu, uczy jak ponosić porażki. Bo przecież sportowiec przeważnie przegrywa.

– Tylko u pana było inaczej. Ciągle pan wygrywał.

– Nic podobnego! Gdyby podliczyć, to większość startów byłem poza podium. Ot, choćby wczoraj w regatach na Zatoce Gdańskiej zajęliśmy czwarte miejsce. Załoga, z którą płynąłem, składała się z amatorów. Byłem przy okazji ich mentorem i instruktorem. Jeden z nich, doświadczony przedsiębiorca powiedział ciekawostkę, że zawsze, kiedy szuka kogoś do pracy, pyta, czy kiedyś uprawiał sport, bo taki ktoś od razu ma u nich wielki plus. Kiedyś w największej polskiej firmie zajmującej się handlem elektroniką była niepisana zasada. Chcesz być w zarządzie – musisz biegać, wyczynowo, maratony. To najwyższy poziom dyscypliny, która buduje dystans do świata i podejmowanych decyzji. Sport to substytut narkotyków, alkoholu. Daje poczucie szczęścia, które uzależnia. 

– Kiedy jedzie pan na rowerze, a ktoś pana wyprzedza, do tego ktoś na oko starszy, nie daj Boże babka, to pan przyspieszy?

– Na rowerze nie, ale na łódce na pewno bym to zrobił, bo uwielbiam rywalizację, wyścigi, gonitwę. Jak raz wystartujesz w regatach, ścigasz się zawsze, wszędzie i na wszystkim – byle był kawałek pokładu i żagla. To właśnie część tego uzależnienia. 

– Justyna Kowalczyk, nawet specjalnie faceta zatrudniła do treningów, żeby korzystać z tego mechanizmu.

– Ja z niego korzystałem kiedy musiałem pójść na siłownie, która jest bardzo potrzebna, ale tak jej nienawidzę, że aż zaczynałem zmywać naczynia w domu. No i przy tym zmywaku od razu przypominał mi się mój największy rywal, którego oczami wyobraźni widziałem w siłowni, i wtedy to już była tylko chwila, a ja stałem z plecakiem przy drzwiach wyjściowych gotowy i zmotywowany do treningu.

  Ma pan idealnie skonstruowaną naturę sportowca – chwalę żeglarza.

– Dziękuje

– A kiedy pan dojrzał?

– Przed miesiącem.

– Dopiero?! To pan kręci, bo gdzieś przeczytałem, że w wieku 38 lat. To znaczy pięć lat temu.

– Mój światopogląd i doświadczenia się zmieniają. Wcześniej myślałem, że dojrzałem po 4 miejscu na igrzyskach w Sydney, jeszcze wcześniej pomyślałem tak po rozpadzie mojego pierwszego małżeństwa.

– Rozwód był bardzo aksamitny.

– Ale to też nie był ten moment kiedy dojrzałem, bo dopiero później, kiedy poznałem Izę, urodziła się Natasza, moja córka, i powiedziałem sobie, że wreszcie jestem poważnym i odpowiedzialnym facetem. Ale to też nie było wtedy. Tylko teraz kiedy umarł mój projekt i kiedy już wiem na czym życie polega. Nigdy więcej nie dam się wciągnąć w taką sytuację.

DÓŁ

Na igrzyska w Sydney jechał jako murowany faworyt w żeglarskiej klasie Finn. Zajął czwarte miejsce.

– Tuż przed igrzyskami zdobyłem mistrzostwo Europy i świata, razem z Otylką Jędrzejczak i Robertem Korzeniowskim mieliśmy przywieźć do Polski złote medale, byliśmy faworytami, murowanymi kandydatami do zwycięstwa, a ja nawaliłem, zawiodłem, poniosłem klęskę.

– Załapał pan doła?

– Tak. Miałem 25 lat, na koncie prawie same sukcesy, medale, złoto, a jak mi coś nie wychodziło, to dostawałem srebrny medal, a tu nagle taka porażka. Czwarte miejsce! Ogarnął mnie straszny smutek, żal, gorycz i złość na samego siebie, bo harowałem na to cztery lata, a po wszystkim dotarło do mnie, że popełniłem wiele błędów w przygotowaniach. Kupiłem więc sobie 36-kartkowy zeszyt w kratkę i spisałem wszystko, co zrobiłem nie tak, żeby przed następnymi igrzyskami nie powtórzyć tych błędów. Od tego czasu już niczego nie robię sam, dużo rozmawiam z ludźmi, radzę się, konsultuję, otaczam fachowcami od spraw biznesowych, społecznych, sportowych, zdrowotnych.

– Klęska buduje?

– Jeśli potrafisz się z tego podnieść, to tak. Zdecydowanie! Bez dwóch zdań. To jest fantastyczna dawka wiedzy i doświadczeń. Którą chcę i potrafię przekazywać innym. Ja i po Sydney i po tym co teraz mi się przytrafiło z projektem Polska100, jestem po prostu innym człowiekiem. Inaczej będę wiązał się z ludźmi, zdejmę różowe okulary. Każdą następną rzecz zrobię lepiej. A wie pan, że w biznesie na świecie szerokim jest tak, że inwestorzy wolą wiązać się, a nawet mieć zwyczajnie do czynienia z kimś, kto chociaż ze dwa razy w życiu zbankrutował? Bo taki ktoś potem będzie bardziej czujny, mniej brawurowy i skłonny do szastania pieniędzmi. Ze mną też tak będzie, bo przez ostatnie cztery lata życia wszystko podporządkowałem rejsowi dookoła świata i regatom wielkiego szlema. Jest trochę tak jak w rozmowie bohaterów w filmie Vanilla Sky – to apreciate the sweet, you’ve got to taste the bitter. Moja rodzina też się temu podporządkowała, bo to było najważniejsze. Dla żeglarstwa, dla Polski, dla tradycji. Dla mnie. I jak to runęło, to ja też runąłem na deski. Padłem bez tchu. Zostałem powalony, nokaut po prostu.

Tuśmy pomilczeli sobie dobrą chwilę, zerknąłem w okno w morską dal za plecami żeglarza, a on w mały, kieszonkowy notesik, z którym nigdy się nie rozstaje, dzięki któremu każdego dnia rano wie, co będzie robił do wieczora. 

– Do tej pory miałem kalendarz zapełniony na lata do przodu i dalej mam. Wokół mnie jest cisza ale nie ma jej we mnie. Będę pracował z młodymi żeglarzami. Zaczynam od wsparcia naszych olimpijczyków na mistrzostwach świata w Danii, gdzie będę team leaderem naszej reprezentacji. Żeby ruszyć z tematem startu w wielkim szlemie – którego nie odpuszczę – choćbym miał skonać, wiem że potrzebuję silnego żeglarstwa w Polsce i na tym się teraz skupię. Ono zaczyna się od młodzieży. Mam dużo do zrobienia i przede wszystkim przekazania w sporcie. I dużo w domu. Mam wspaniałą rodzinę. Która bardzo mnie wspiera, abym mógł dalej odnosić sukcesy. Ich wsparcie jest najważniejsze szczególnie w trudnych chwilach. 

– Pana żona nie płakała – ni to pytam, ni zgaduję.

– Przeżyła to. Dotknęło ją to bardzo. Ta niesprawiedliwość. Niefrasobliwość ludzka.  – on na to.

– A pan?

– Nie. Ale czuję, że zostałem powalony. 

– Płasko na deskach jak po nokaucie – ustalam. – To taka metafora. A jak znam życie to na tapczanie, twarzą do ściany.

– Cholernie ciężka jest to sytuacja, idealna okazja, żeby wpaść w depresję. Ale to nie ja. Jestem sportowcem. Zawodowcem. Mam silną psychikę. Instynkt wojownika. Nie jestem też kimś, kto tak będzie leżał i gnił, więc powoli wstaję na kolana, potem z kolan, stanę na nogi… Zaczynam się odbudowywać. Teraz jest jednak czas przeżycia żałoby po moim projekcie, o którym wiem, że był wspaniały.

– Przyjechałem do pana, bo tak samo myślę. Nawet to, że nie zwyciężał by pan w tych jednych, drugich, czy trzecich regatach nie znaczy, że to nie promuje naszego kraju, bo gdybyśmy mieli wypuszczać w świat tylko tych, którzy wygrywają, to nie powinniśmy wysyłać naszych chłopców na mundial. Pan pewnie nie zwyciężył by w regatach Sydney-Hobart.

– Ale ważne, żebyśmy walczyli, żebyśmy się starali, żebyśmy mieli ambicję… A jacht do tego przepiękny…

– Czerwony jak krew – próbuję zakpić – Biały jak śnieżna lawina…

– Nikt mi nie powie, że to nie jest dobra promocja Polski! Kiedyś może jeszcze, ale… Na razie nie mam paliwa akurat do tego działania. Poczekajmy chwilę!

WIZERUNEK

A zaraz potem pan Mateusz mnie prosi, a w zasadzie stawia warunek, żeby nasza rozmowa, chociaż jest dopiero połowa czerwca, ukazała się dopiero po mistrzostwach świata w piłce nożnej, a więc za miesiąc. Nie ma sprawy, ale bardzo jestem ciekawy dlaczego.

– Mundial jest świętem sportu. Jestem solidarny z moimi kolegami. Nie odwracajmy uwagi kibiców od kibicowania – tłumaczy. – Poza tym zwyczajnie przeżywam żałobę.

– Żałoba jest jak ktoś umrze!

– Mój projekt umarł. Definitywnie. Nie ma odwrotu, więc został smutek. Ukradli mi cztery lata życia i nie byłem na to przygotowany.

– A ja myślałem, że nie chce się pan pokazywać w gazecie w czasie mundialu, żeby nie konkurować z Messim, Neymarem i Ronaldo.

– Z nimi nie wypada mi nawet konkurować.

– Bo kto by tam chciał czytać o Kusznierewiczu, jak Ronaldo w każdym meczy strzela trzy przepiękne bramki.

– To także sztuka właściwej komunikacji i PRu. 

– Zgoda. Połowa lipca.

– Dziękuję.

Założyciel Fundacji Navigare, która, według umowy z Polską Fundacją Narodową, miała być operatorem projektu Polska100, a więc zrealizować pomysł opłynięcia świata dookoła. Mieli dostawać na to trzy miliony złotych rocznie, na ich konto, w ramach pierwszej transzy, wpłynęło osiemset tysięcy, za co Mateusz z zespołem rozpoczęli remont i malowanie jachtu we francuskiej stoczni. Robota szła pełną parą, bo liczyli na kolejne wpłaty od PFN, ale od kwietnia nie dostali już ani grosza, więc długi Navigare rosą w tak zatrważającym tempie, że Fundacja Navigare staje na krawędzi upadku. Ludziom pracującym przy polskim jachcie olimpijczyk zadeklarował pomoc własnymi pieniędzmi gdyby PFN nie zapłacił.

– Bo ja jestem człowiekiem honoru – mówi. – Niedopuszczalne żeby ludzie pracowali za darmo. A tak PFN postanowił i zrobił. 

– Ma pan swoich macherów od wizerunku?

– Nie macherów a bardzo doświadczonych specjalistów. Mamy bardzo dobre relacje i doświadczenia. Mogę zawsze na nich liczyć.  Dzwonię do nich na przykład i pytam czy powinienem spotkać się z Hugo-Baderem.

– Ma pan też kogoś od zarządzania kryzysami?

– Tak! Teraz wiem, że należy być przygotowanym na wszystkie sytuacje. Bywało, że dwa razy dziennie byłem z nimi w kontakcie, sami do mnie dzwonili w czasie burzy medialnej, żeby omówić niektóre sprawy i ustalić co dalej. 

– Ci pańscy specjaliści od marketingu, wizerunku i kryzysów, to są tacy fachowcy jak hydraulik, masażysta, czy psychoanalityk, z którym pogada pan na leżance, potem płaci pan fakturę i do widzenia, czy kumple?

– Koledzy. Lubimy się i szanujemy. Latami budujemy dobre relacje, mamy wspólny język, a czasami razem żeglujemy, bo niektórych wciągam trochę. To są koleżeńskie relacje. Oni mogą na mnie liczyć, a ja na nich. Szczególnie wtedy, kiedy grunt osuwał się spod nóg. W takich momentach trzeba słuchać specjalistów, i skonsultować, dwie osoby zapytać o to samo.

– To jak z lekarzami.

– I w życiu, w którym poznałem wiele wspaniałych kobiet, a teraz moją żoną jest Iza, tworzymy wspaniały, szczęśliwy związek, mamy dzieci, kochamy się, ale zawsze niesamowicie zwracałem uwagę na to, jak inni o niej mówią. To jest bardzo ważne, więc nie wychylamy się, nie wywołujemy skandali, unikamy gal, zdjęć na ściankach, nie pokazujemy dzieci, nie wpuszczamy dziennikarzy do domu. Bo wizerunek trzeba budować na bardzo mocnych fundamentach.

PLAJTA

– Jeden ze znajomych psychologów powiedział mi „nie broń się przed tymi uczuciami, przeżyj to, przecierp, nazwij, poczuj – opowiada Mateusz Kusznierewicz. – Łatwo powiedzieć. Gdyby to było małe potknięcie, to ja bym wstał po tygodniu już, otrzepał się i poszedł dalej, ale ja nad tym pracowałem cztery lata, wiązałem nadzieje na sukcesy, a kończy się tak paskudnie, brutalnie, więc ta moja żałoba musi jeszcze potrwać… aż się odbuduję, otrząsnę, zajmę czymś nowym, ciekawy. Na razie skupiam się na wsparciu naszej kadry, zdobyciu medali i kwalifikacji olimpijskich. 

– Polska100 jest zamknięta definitywnie?

– Nie wyobrażam sobie żebym mógł z tym samym zapałem rzucić się do realizacji tego projektu pod auspicjami PFN. Przy realizacji tak ogromnego projektu, potrzebne jest przede wszystkim zaufanie. Zarzucono nam niegospodarność środkami, które przekazała fundacja. Poczuliśmy się jak złodzieje, oszuści. Teraz mamy już raport, że wszystko jest w porządku. Wcześniej wyssany z palca zarzut był pretekstem do zakończenia współpracy. Kto dziś sięgnie po raport? Nikt. Zrzucili na mnie winę. Znaleźli kozła ofiarnego. Kompletny brak klasy. Ale coś za coś. Ja połykam żabę – ale ludzie dostali pieniądze za pracę – a to dla mnie najważniejsze, bo zachowam w ich oczach twarz i będą pamiętali, że jestem profesjonalistą. Za dwa lata fundacji może już nie będzie – ale relacje pozostaną. Natura znajdzie swoją drogę. 

Sytuacja była naprawdę skomplikowana. Załoga powadziła remont jachtu, na co PFN wyraziła zgodę, a potem się wycofali i przestali płacić. Nie było środków na rachunku, Prezes Fundacji Navigare musiał złożyć wniosek o upadłość, bo tak każe prawo, że trzydzieści dni po zaistnieniu takiej sytuacji trzeba złoży wniosek. Inaczej prezes odpowie za wszystko osobistym majątkiem. Jednocześnie złożyliśmy w sądzie pozew przeciwko PFN o zapłatę i to, że doprowadzili organizację do upadku. Nie chcieliśmy niczego za wyjątkiem środków na opłacenie wykonanej pracy zgodnie z umową i ustaleniami dotyczącymi remontu jachtu. 

– Przecież on nie nasz – protestuję (a przedostatniego dnia czerwca dostaję SMS-a od pana Mateusza, że PFN zawarła porozumienie z Navigare i sprawa jest zakończona).

– Nasz. Kupili ją tydzień po tym, jak ogłosili, że z nami zrywają. Już pewnie jest pomalowana nawet. Sam jestem ciekawy jak wygląda ten jacht dzisiaj – bo trochę się z nim już związałem.

– Ale kto będzie nią…

– Nie wiem. 

– Ale ja muszę wiedzieć kto popłynie tym narodowym jachtem, skoro już go kupiliśmy?

– Czas pokaże.

– Ktoś kto przygarnia trefne fanty jest paserem.

– Mocno to zabrzmiało. Szczerze im współczuję. 

By | Lipiec 22nd, 2018|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Pełna gotowość!

W drugim dniu sierpnia rozpoczną się najważniejsze regaty żeglarskie tego sezonu: Mistrzostwa Świata klas olimpijskich. Najlepsi zawodnicy pojawią się w duńskim Aarhus by walczyć nie tylko o medale w 10 konkurencjach, ale również o kwalifikacje olimpijskie dla swojego kraju. Tegoroczna impreza rangi mistrzowskiej ma dla nas kilka bardzo istotnych znaczeń:

Po pierwsze osiągnięte wyniki potwierdzą poziom sportowy naszych zawodników. Przekonamy się, jak praca jaką wykonali, sposób oraz forma wielomiesięcznych przygotowań przełoży się na ostateczny wynik. Zajmujemy się sportem wyczynowym. To nie jest zabawa. Jeśli zdobędą medale, ewentualnie miejsca w czołówce, otrzymają pełne wsparcie i finansowanie programu w kolejnym roku. Robimy wszystko, żeby wspierać szerokie grupy szkoleniowe, ale muszą za tym stać wyniki. Tak funkcjonuje system współpracy PZŻ z Ministerstwem Sportu i Turystyki i każdy z naszych zawodników i trenerów dobrze o tym wie.

Po drugie rozpoczyna się walka o kwalifikacje olimpijskie dla kraju. Na Igrzyskach w 2020 roku żeglować będzie 350 zawodników na 250 łódkach i deskach w ramach 10 konkurencji. W sumie 101 miejsc będzie dostępnych na Mistrzostwach w Aarchus. W klasie RSX mężczyzn kwalifikacje dla kraju wywalczy pierwszych 10 państw, w tej samej klasie kobiet 11, w Finnie 8, tyle samo co w klasie 49er i w kobiecym 49erFX. Laser, najpopularniejsza łódka olimpijska ma w zrozumiały sposób miejsc najwięcej: 14 dla mężczyzn i aż 18 dla kobiet. W klasie 470 męskiej i żeńskiej miejsc jest po 8, tyle samo co w klasie Nacra17. Zwodnicy z Japonii nie będą brani pod uwagę. Jako gospodarze mają gwarantowany start w każdej konkurencji. Poprzeczka zawieszona jest wysoko. Bardzo ważne będzie dla nas uzyskanie jak największej liczby kwalifikacji. Nie chcemy zostawiać tego na kolejne lata.

Po trzecie mistrzostwa w Aarhus będą pierwszą imprezą liczoną do krajowego systemu kwalifikacji olimpijskich. Dla wszystkich klas za wyjątkiem RSX. Na wniosek deskarzy zgodziliśmy się, by punkty rozpoczęli zbierać od przyszłego roku. Nad tym systemem pracowaliśmy wspólnie z trenerami i zawodnikami cały zeszły rok. Ostateczną wersję kwalifikacji zatwierdził skład Komisji Sportu PZŻ a następnie jego Zarząd. Wszyscy zawodnicy mają do niego dostęp i bardzo dobrze wiedzą co muszą zrobić i jaki poziom osiągnąć by reprezentować Polskę na igrzyskach w Tokyo.

Po czwarte będzie to dla mnie pierwszy raz, kiedy wystąpię w roli Team Leadera. Przygotowywałem się do tego od dłuższego czasu. Mam dużo cennych informacji ale też przecież własnych doświadczeń czego potrzebują zawodnicy i trenerzy na tak ważnej imprezie. Miesiąc później w tej samej roli będę wspierał naszą kadrę w starcie w Pucharze Świata na akwenie olimpijskim w Tokyo. Cieszę się, że mogę teraz wspierać młodszych kolegów i koleżanki. Jestem przekonany, że przyniesie to efekty i wspólnie będziemy cieszyć się z ich sukcesów. Jesteśmy gotowi do walki! Trzymajcie kciuki i dopingujcie naszych.

By | Czerwiec 29th, 2018|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Paryż 2024

Start Polaków w Igrzyskach Olimpijskich zawsze wzbudza emocje. Cieszymy się z medali, smucimy z miejsc poza podium. Za dwa lata Igrzyska w Tokyo. Mamy jasno postawione cele. Chcemy tam zdobyć medale. Mamy plan, zasoby, możliwości a co najważniejsze dobrą kadrę trenerów oraz uzdolnionych, pracowitych i zaangażowanych zawodników. Nie wiemy jeszcze, którzy z nich odbiorą nominacje olimpijskie. Wiemy natomiast w jakich konkurencjach wystartują jeśli wywalczą kwalifikacje dla kraju: RSX kobiet, RSX mężczyzn, Laser mężczyzn, Laser kobiet, 470 mężczyzn, 470 kobiet, Finn, 49er mężczyzn, 49er FX kobiet i Nacra 17 w załodze mieszanej.

Jednak po Igrzyskach w Tokyo nastąpią zmiany. Takie decyzje podjęło w maju tego roku ścisłe kierownictwo międzynarodowej federacji żeglarskiej World Sailing. Spośród 10 medali dostępnych w żeglarstwie 5 łódek zostanie bez zmian: 49er, 49er FX, katamaran Nacra 17, Laser Standard i Laser Radial. Te pięć klas ma bardzo mocną pozycję w światowym żeglarstwie olimpijskim i decyzją podjętą wcześniej miały zagwarantowane miejsce w programie igrzysk w Paryżu w 2024 roku.

Batalia o pozostałe 5 klas była bardzo zacięta. Przez ostatnie kilka miesięcy poszczególne narodowe związki żeglarskie, związki klas a nawet w ostatniej chwili sam Prezydent federacji World Sailing składali wnioski z propozycjami konkurencji na igrzyska w Paryżu. Ostatecznie głosowano nad 68 oficjalnymi wnioskami.

Dla nas najważniejsze było utrzymanie konkurencji w których posiadamy wiedzę, doświadczenie oraz bazę sprzętu. Dużo uwagi skupiliśmy na analizie bieżącej sytuacji, naszych możliwości i perspektyw. Fantastyczną pracę w przygotowaniu strategii oraz jej egzekucji wykonał Prezes PZŻ Tomasz Chamera. Po zakończeniu głosowania stwierdził, że wywalczyliśmy wszystko co mogliśmy. Brawo Tomek!

Na dzisiaj nie znamy jeszcze sprzętu(klas) w pozostałych 5 konkurencjach. Ale wiemy już jaki będzie to rodzaj jednostek. Na początek bardzo ważna i dobra wiadomość dla nas: w programie igrzysk pozostanie windsurfing! Oddzielnie dla mężczyzn i kobiet, czyli tak jak jest obecnie. Wiele osób twierdzi, że w miejsce klasy RSX wejdzie nowa deska na hydropłacie. Dowiemy się tego w listopadzie. Kolejna decyzja dotyczy męskiej 470 zmieniona na jeszcze nieokreślony jacht dwuosobowy w formule mieszanej. Klasa 470 ma bardzo duże szanse pozostać w grze ale wiemy już, że w nowej konfiguracji załogi. Natomiast w miejsce 470 kobiet wszedł kiteboarding w formule mieszanej. Nie wiemy jeszcze jak będzie wyglądał format regat w tej konkurencji. Opcji jest wiele. Słyszałem o pomyśle wyścigu w którym w połowie trasy będzie strefa zmiany. Coś na wzór sztafety w biegach.

Ostatnia decyzja związana jest z klasą Finn. Zostanie zastąpiony przez jednoosobowy jacht w formule mieszanej. Spodziewam się, że będą to dwa różne jachty. Być może jednym z nich będzie nadal Finn. I podobnie jak w przypadku kite’a, formuła wyścigu w tej konkurencji nie jest jeszcze znana.

Obraz przyszłości żeglarstwa olimpijskiego nie jest jeszcze w pełni ostry ale wiemy już w którym kierunku mamy skupić naszą uwagę. Koncentrujemy się na Tokyo ale o Paryżu też już myślimy. Tu zwracam się do naszych młodych żeglarzy i żeglarek: miejcie marzenia i stawiajcie sobie konkretne cele. Ja kiedyś też wymarzyłem sobie start w Igrzyskach i walkę o medal. Spełnienia takich właśnie marzeń w Tokyo, Paryżu i w Los Angeles Wam i waszym kibicom serdecznie życzę. Możecie na nas liczyć!

By | Czerwiec 23rd, 2018|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Puchar Świata

W ostatnim tygodniu kwietnia dołączyłem do naszej reprezentacji biorącej udział w regatach Pucharu Świata w Hyeres. Powołany w zeszłym roku Zespół Wsparcia Sportowego(Performance Team) pojawił się we Francji w komplecie. Mariusz Goliński i Dominik Życki byli na treningach tuż przed pierwszymi wyścigami. Ja natomiast przyjechałem do Francji w czasie regat.

Celem naszego działania jest wsparcie naszych zawodników i trenerów. Służymy naszym doświadczeniem i wiedzą w obszarach strategii i taktyki regatowej, trymu i doboru sprzętu oraz analizy naszych kadrowiczów jak również ich konkurencji. Akwen w Hyeres znamy bardzo dobrze. W ramach sentymentalnych powrotów do przeszłości zabrałem ze sobą do Francji dwie koszulki z tych regat z 1995 i 2003 roku. Startowaliśmy w Hyeres wielokrotnie. Poza dobrymi warunkami do żeglowania dużym plusem tego miejsca jest jedna baza noclegowa dla całego polskiego teamu. To ułatwiało nam częste rozmowy z zawodnikami i trenerami oraz udział w odprawach.

Każda grupa potrzebuje czegoś innego. Dzień spędzony z Laserem Radialem różnił się diametralnie od kolejnego jaki poświęciłem grupie 49er. Inne były moje obserwacje i dyskusje. Każda klasa ma swoją specyfikę. Inne są zasady trymu sprzętu, pozycjonowania i ruszania na starcie, straty na zwrocie czy żeglowania na wietrze pozornym lub rzeczywistym. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w regatach siedząc na motorówce. Rozmowy z trenerami Pawłem Kacprowskim(49er), Wojtkiem Januszem i Bartkiem Szotyńskim(Laser Radial) pozwoliły mi w bardzo krótkim czasie poznać tajniki każdej konkurencji. Ja natomiast, mogłem na gorąco dzielić się z nimi obserwacjami patrząc na wszystko świeżym okiem. Starałem się jednak jak najmniej mówić i wtrącać. Patrzyłem, słuchałem i robiłem na bieżąco notatki, które na wieczornej odprawie przekazywałem i które omawialiśmy.

Hyeres było dla nas w tym roku łaskawe. Pamiętam to miejsce jako często bardzo surowe i trudne do żeglowania. Były lata kiedy przez tydzień ścigaliśmy się w sztormowych warunkach w deszczu przy niskich temperaturach. Po powrocie do domu dochodziłem do siebie przez dwa tygodnie. Regaty w Hyeres mają ponad 50 letnią tradycję. Od ponad 30 lat liczone są do Pucharu Świata. To się jednak od przyszłego roku zmieni. Międzynarodowa Federacja Żeglarska „World Sailing” postanowiła zastąpić w Pucharze Świata Hyeres regatami w Genui. Co to oznacza dla Hyeres? Moim zdaniem rozwój i większą popularność. Puchar Świata ma swój prestiż ale jak dotąd World Sailing nie rozwinął tego konceptu. Co więcej, wprowadzili wiele ograniczeń. Chociażby limity uprawnionych do startu. Ma to wpływ na planowanie sezonu i przygotowania do imprez rangi mistrzowskiej.

Jestem przekonany, że Hyeres ma się dobrze a będzie miało się jeszcze lepiej. Obserwując zaangażowanie i wsparcie regionu oraz francuskiej federacji żeglarskiej myślę, że wrócimy tam z naszą ekipą za rok.

By | Maj 23rd, 2018|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Mamy jacht!

„W dzieciństwie ciągle szeptano mi w uszy tzw. mądre przysłowia: „Nie dmuchaj pod wiatr!”, „Głową muru nie przebijesz!”, „Nie porywaj się z motyką na słońce!”. Doszedłem później do tego, że silna wola, energia i zapał mogą te właśnie zasady złamać”. Tak sto lat temu mówił Józef Piłsudski. Był to bardzo ważny okres w dziejach naszej ojczyzny. Dzięki determinacji i silnej woli takich ludzi jak marszałek Piłsudski Polska odzyskała niepodległość.

Postanowiliśmy uczcić setną rocznicę tego wydarzenia w wyjątkowy sposób. W czerwcu tego roku wyruszymy w dwuletni rejs dookoła świata by promować Polskę i jej wyjątkową historię. Jacht Polska100 z polską załogą, pod polską banderą nie tylko opłynie świata dookoła ale również weźmiemy udział w najważniejszych regatach oceanicznych takich jak Fastnet Race, Sydney – Hobart, Middle Sea Race, Newport – Bermuda czy wyścig przez Atlantyk.

Żeby osiągnąć wyznaczone cele: opłynąć świat dookoła i osiągnąć sukcesy we wspomnianych regatach potrzeba wyjątkowej jednostki. Dyskusje i rozważania nad wyborem odpowiedniego jachtu dla projektu Polska100 trwały bardzo długo. Na początku wyznaczyliśmy kryteria: długość kadłuba pomiędzy 60 a 80 stóp. Od 12 do 18 członków załogi. Konstrukcja wykonana z włókien węglowych. Uchylny kil, dający dodatkową stabilizację w trudnych warunkach ale przede wszystkim dużą prędkość przy ponad 600 metrów kwadratowych powierzchni żagli. Chcieliśmy również, żeby była to jednostka sprawdzona. Najlepiej taka, która wzięła wcześniej udział w wyścigu dookoła świata.

Na rynku jachtów używanych nie ma wiele jachtów tego typu. Poszukiwania trwały ponad pół roku. Rozmowy były prowadzone m.in. z Paulem Cayardem, Juanem Kouyoumdijianem, Bouwe Bekkingiem oraz wieloma brokerami specjalizującymi się w oceanicznych jachtach regatowych. Wiedza jaką zdobyliśmy w tym procesie jest niesamowita.

Wybór padł na jacht najlepszy w swojej klasie. Został zakupiony jacht klasy VO70. Zbudowany w Stanach Zjednoczonych zajął trzecie miejsce w VOR w edycji 2011-12 jako Puma Mar Mostro. Jego siostrzana jednostka zwyciężyła dwa lata temu w wyścigu Sydney-Hobart. To tylko pokazuje potencjał takiego jachtu. Obecnie nasz jacht jest w stoczni. W trakcie malowania. Równolegle kilkunastoosobowa załoga Polska100 pracuje każdego dnia nad pozostałymi elementami kadłuba, olinowania, żagli, systemów hydraulicznych, elektrycznych, nawigacyjnych, wyposażeniem bezpieczeństwa, rejestracją, ubezpieczeniem oraz dziesiątkami innych ważnych elementów związanych z obsługą i funkcjonowaniem takiego jachtu. Po to by był zawsze sprawny i w pełnej gotowości do realizacji postawionych celów.

 

 

 

 

By | Marzec 29th, 2018|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Fastnet Race

600 milowy wyścig chodził za mną od dawna. Kiedyś musiałem to zrobić! Czekałem na dobrą okazję by ten mój „pierwszy raz” zdarzył się w wyjątkowych okolicznościach. Udało się! Fastnet Race razem z Middle Sea Race, Sydney Hobart i Newport Bermuda nazywane są żeglarskim wielkim szlemem. Tylko Fastnet rozgrywany jest co dwa lata. Na jego starcie staje 400 jachtów! Byłoby więcej gdyby nie limit. Lista zgłoszeń do tegorocznej edycji tych słynnych regat wypełniła się w niecałe 5 minut!

Yacht Club Sopot wynajął bardzo szybki jacht i zebrał załogę. Stanąłem na jej czele. Przed niedzielnym startem zaplanowaliśmy dwa dni treningów. Rozpisaliśmy je co do minuty. Pogoda nam dopisała. Świeciło słońce i wiał wiatr o sile od 15 do 20 węzłów. Idealne warunki! W piątek skupiliśmy się na treningu zmian żagli i manewrów w podziale na wachty. W sobotę było refowanie i doszlifowanie komunikacji pomiędzy departamentami. Dla załogi która spotkała się po raz pierwszy były to bardzo cenne dwa dni treningów.

Start do Fastnet Race nie da się porównać do niczego innego! Żeglowałem w Sydney, w Nowym Jorku, na Sardynii i w Sopocie. To czego doświadczyłem i zobaczyłem w niedzielne południe było fantastyczne! Setki jachtów, wśród nich te największe i najszybsze ściśnięte w cieśninie Solent pomiędzy Cowes a Southamton. Wiatr z kierunku zachodniego sprawił, że przez pierwszą godzinę po starcie żeglowaliśmy halsówkę. Zanim dopłynęliśmy do słynnych skał Needles wykonaliśmy 32 zwroty! Uwierzcie mi, zwrot na 70 stopowym jachcie pod pełnymi żaglami, z uchylnym kilem z setką jachtów dookoła jest nie lada wyzwaniem i wysiłkiem. Na tym odcinku przytrafiła nam się pierwsza i jedyna awaria. Rozerwał nam się fok J4. Zmiana na J2 trwała dłużej niż chcieliśmy. Straciliśmy cenne metry i 8 pozycji.

Po wypłynięciu na wody Kanału Angielskiego rozpoczęliśmy żeglowanie na prądzie. Wspólnie z nawigatorem i kapitanami wacht ustalaliśmy optymalną trasę. Po 4 godzinach od startu przepływaliśmy nieopodal Weymouth. To miejsce gdzie w 2000 roku zdobyłem Mistrzostwo Świata w klasie Finn a w 2012 roku startowaliśmy z Dominikiem w Igrzyskach Olimpijskich. Łezka w oku się pojawiła.

Najbardziej ciekaw byłem jak damy sobie radę w żeglowaniu nocą. Dla mnie było to coś nowego. Okazało się nic trudnego. Strzałem w dziesiątkę był odpowiedni podział wacht oraz 4 godzinne zmiany w dzień oraz 3 godzinne w nocy. Ja byłem obecny przy wszystkich manewrach. Służyłem też pomocą przy jak najlepszym trymie. Najwięcej czasu spędziłem jednak przy kole sterowym i stole nawigacyjnym.

Wielkim przeżyciem było dopłynięcie do słynnej skały Fastnet(na zdjęciu). Jest to znak kursowy na trasie wyścigu. Znajduje się bardzo blisko wybrzeża Irlandii. Fastnet mijaliśmy płynąc tuż za słynnym brytyjskim żeglarzem Alexem Thompsonem, który żeglował na jachcie Hugo Boss. Alex podczas czerwcowej wizyty w Polsce otrzymał honorowe członkostwo Yacht Clubu Sopot. Tak więc Fastnet minęliśmy jako druga załoga klubowa.

Taktycznie rozegraliśmy wyścig bardzo dobrze. 22 miejsce na mecie na 400 jachtów to niewątpliwie nasz wielki sukces! Nie spodziewałem się aż tak dobrego miejsca. Przed nami były tylko dużo szybsze jednostki. Z zawodowcami na pokładzie!

To co robimy wspólnie z Yacht Club Sopot jest wspaniałą przygodą, olbrzymią przyjemnością ale też częścią dużo większego planu. Mamy ciekawy, bardzo ambitny pomysł. Osoby w to zaangażowane nie mają zwyczaju pytać „dlaczego?” tylko mówią „dlaczego by nie?”. To daje nam szanse powodzenia. Sam jestem ciekaw co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że coś dobrego. Dobrego dla polskiego żeglarstwa!

By | Wrzesień 20th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Czy jesteś wystarczająco zdesperowany?

Wiem, że bardzo tego chcesz, możliwe że nawet masz wielkie tego pragnienie ale czy jesteś zdesperowany na tyle mocno, żeby to osiągnąć? Czy sprzedasz swój samochód, wszystkie swoje dobra materialne, będziesz mieszkał pod gołym niebem by spełnić swoje marzenie? Naprawdę?

To początek moich rozmów z osobami, które pragną wejść w zawodowy sport lub rozpocząć kampanię olimpijską. Ludzkie marzenia powstają na skutek tego co widzimy. I chcemy żeby nam się przytrafiło. Wyobrażamy siebie w momencie sukcesu. Na szczycie.

Nagle pojawia się rzeczywistość. Real life. To tak jak z górą lodową. To co wygląda pięknie, o czym marzymy, co wydaje nam się prostą ścieżką do spełnienia marzeń i upragnionego sukcesu widzimy ponad powierzchnią oceanu. Co zatem znajduje się pod powierzchnią? 90% naszej góry lodowej to pot, łzy, zmęczenie, ból, wyczerpanie, wyrzeczenia, brak wygody i komfortu pomnożone przez tysiąc a może i dwa tysiące. Tego nie widać. Do momentu aż się tego nie spróbuje i samemu nie doświadczy.

Sukces, gloria i chwała. Jakże wspaniale gonić za swoimi marzeniami. Robić to co się kocha. To może się wydarzyć. Ale nie musi. Nie zamierzam nikogo zniechęcać. To nie mój cel. Całe moje życie gonię za marzeniami. Pragnę je zdobyć. Wiem jak ciężko to osiągnąć. Wiem też, że należy bardzo chcieć, pragnąć a przede i nade wszystko być zdesperowanym żeby sięgnąć wysoko!

By | Wrzesień 10th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Auto Pilot

Wszyscy już wiemy, że 35. finał Pucharu Ameryki wygrał Emirates Team New Zealand. Pokonali obrońców Oracle Team USA wynikiem 7:1. Ale czy wiecie dlaczego? Jak tego dokonali? Mając jeden z najskromniejszych budżetów i wodując swoją pierwszą testową jednostkę dopiero 1.5 roku po swoich najgroźniejszych konkurentach? Regaty o Puchar Ameryki oglądałem codziennie. Niektóre wyścigi po kilka razy. Obejrzałem każdą konferencję prasową, przeczytałem wiele ciekawych artykułów, wywiadów i komentarzy specjalistów od żeglarstwa. A ponieważ jestem bacznym obserwatorem, dużo czytam, podglądam, nasłuchuję i analizuję to zrobiłem wiele ciekawych notatek. Niektóre z tych wniosków i pomysłów zastosuje w swoich treningach i startach ale także opracuję je i przekażę naszej kadrze zawodników i trenerów w PZŻ.

Wracając do mojego wstępu: co w takim razie zrobili Nowozelandczycy, że pokonali niesłychanie mocnych amerykanów z teamu Oracle, świetnie przygotowanych Szwedów z Artemisa i pozostałych, potencjalnie mocnych pretendentów?

Z moich obserwacji oraz informacji do których dotarłem na ich sukces wpływ miały:

1. Odświeżony skład załogi. Jedynie trymer żagla/skrzydła Glenn Ashby miał na swoim koncie start w Pucharze Ameryki. Katamaranem sterował 26 letni Peter Burling. mistrz olimpijski z Rio de Janeiro i mistrz świata w klasie Moth. To łódki bardzo szybkie na których żegluje się na wietrze pozornym. Tak samo jak w obecnym wydaniu Pucharu Ameryki.

2. Moc generowana przez czterech załogantów dawała ciśnienie w układzie hydraulicznym, który umożliwiał sternikowi i trymerom podnosić oraz zmieniać pochylenie hydroskrzydeł, sterów, trymować foka oraz wychylać oraz skręcać żaglo-skrzydło. Czym więcej mocy w systemie tym więcej możliwości zmiany trymu, dostosowywania do warunków i sytuacji oraz częstszych manewrów. Nowozelandczycy mieli zdecydowaną przewagę w tym obszarze wybierając kolarzy zamiast tradycyjnych grinderów.

3. Układ „kolarski” był również bardziej aerodynamiczny. A przy prędkościach jachtu przekraczających 50 km/h ma to olbrzymie znaczenie. Przekłada się wprost na prędkość jachtu.

4. Sposób trymu żagla-skrzydła na jachcie nowozelandckim był bardziej rozbudowany niż u innych zespołów. Glenn Ashby jako jedyny trymer sterował ustawieniem skrzydła za pomocą konsoli przypominającej X-Boxa lub Playstation. Sam powiedział po regatach, że mógł sterować głębokością, kątami i skrętem wielopoziomowo i równolegle ale także będąc po nawietrznej jak i zawietrznej jachtu. A takiej opcji i wygody przeciwnicy nie mieli.

5. Kluczowe decyzje Kiwi podejmowali w małym zespole. Ich organizacja nie była rozdmuchana jak w przypadku zespołów Oracle, Artemisa czy Land Rover BAR. Pozwoliło im to działać szybko oraz wyjść poza ogólnie przyjęte normy. Momentami wręcz zaszaleć i zaprojektować bardzo ryzykowne i agresywne rozwiązania techniczne. Większość z nich okazała się trafiona i dała im przewagę.

6. W fazie eliminacyjnej przegrali dwa wyścigi z obrońcami trofeum. CEO Grant Dalton przyznał w jednym z wywiadów, że dzięki temu uśpili przeciwnika który był bardzo pewny swojej przewagi. Jak się później okazało, amerykanie przespali okres 3 tygodni i w finale nie mieli załapania do Emirates Team New Zealand.

7. Skipperem zespołu u Nowozelandczyków nie był sternik. Kluczowe i ostateczne decyzje podejmował Glenn Ashby. Dzięki temu młody Peter Burling mógł się skupić na sterowaniu i taktyce. Co okazało się w wielu wyścigach kluczem do sukcesu.

8. Peter Burling miał jeszcze jedną olbrzymią przewagę nad innymi sternikami. W odróżnieniu do nich, nie musiał samemu ustawiać kąta nachylenia hydroskrzydeł i skrzydeł na sterach. To nie on pilnował optymalnego lotu nad wodą. To zadanie w załodze nowozelandzkiej powierzono jednemu z kolarzy. Nie byle komu a Blairowi Tukowi, który w załodze z Burlingiem zdobył złoto w Rio i 4 tytuły Mistrza Świata w klasie 49er. Dzięki napędzaniu hydrauliki nogami miał wolne obie ręce. Ręce które sterowały pewnym małym joystickiem

9. Wszyscy zadawali pytanie co to za joystick? W połowie regat okazało się, że to w ręce Tuka powierzono poziomowanie lotu katamaranu. Ale to zadanie nie takie proste. Szybkość reakcji, przewidywanie przechyleń oraz przyspieszeń jest na takiej jednostce ekstremalnie trudne. I tutaj Nowozelandczycy wymyślili i zrobili coś co dało im niesłychaną przewagę i o czym myślę, że mało osób wie. Otóż okazuje się, że na pokładzie zamontowali autopilota. Komputer, który dzięki dziesiątkom czujników wskazywał jak należy ustawiać kąty nachylenia hydroskrzydeł. Przepisy zakazywały rozwiązania gdzie to komputer sterował hydroskrzydłami. Dlatego Nowozelandczycy zrobili to inaczej. Wspomniany komputer wskazywał Tukowi co ma zrobić. A on dzięki joystickowi ustawiał hydroskrzydła. W obiektywie kamery wyglądało to jakby na małym ekranie który miał przed sobą cały czas grał w jakąś grę.

Tą grę a tak naprawdę wielką batalię Kiwi wygrali w fantastyczny sposób. Wygrali pomysłem i nietuzinkowymi rozwiązaniami technicznymi oraz talentami załogi i organizacyjnym. Trzeba przyznać, że są w tym dobrzy!

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Konkurencja

Ta pozytywna, zbudowana na zdrowych zasadach rywalizacji, walcząca o pozycję lidera i zwycięstwo zgodnie z przepisami i zasadami fair-play jest odbierana i oceniana przez wielu jako jeden z najlepszych mechanizmów rozwoju człowieka, organizacji lub nawet kraju. Dla mnie konkurencja była zawsze znakomitym motywatorem. Kiedy nie chciało mi się iść na siłownię, myślałem o swoich najgroźniejszych rywalach. Wyobrażałem sobie wtedy że oni właśnie teraz są na siłowni. Nie mijały 3 sekundy a już stałem w drzwiach z torbą na ramieniu gotowy do ciężkiego treningu.

Konkurenci są różni. Niektórzy potrafią iść do celu za wszelką cenę. Czasem po trupach. Ja miałem szczęście do rywali z zasadami. Wyznającymi cenne w życiu wartości. Jednym z największych moich rywali był od zawsze Dominik Życki. Znakomity żeglarz. Na wodzie cięliśmy się na całego. Nie zapomnę jak po ciężkim dniu na wodzie przypłynął jako pierwszy na brzeg, wyciągnął swoją łódkę, zwinął żagiel, nie poszedł do hotelu pomimo wielkiego zmęczenia. Czekał przy pomoście aż przypłynę by pomóc mi wyciągnąć moją łódkę. Przybiliśmy piątkę, zwinęliśmy mój żagiel i poszliśmy… pomóc Łukaszowi. Później Rafałowi i innym. Naszym rywalom.

Kiedy zdobyłem swój drugi medal olimpijski postanowiłem zmienić łódkę na większą. Dwuosobową. Nie miałem problemu z doborem załoganta któremu mógłbym zaufać i na którym będę mógł polegać. Z Dominikiem zdobyliśmy wspólnie Mistrzostwo Świata! Kiedyś rywale, dzisiaj załoga. Jeden zespół. W biznesie też tak często bywa. Co więcej, są sytuacje gdy nasz największy rywal zostaje naszym szefem. A wtedy przeszłość i nasza postawa oraz zachowanie mogą odegrać znaczącą rolę. Zawsze o tym pamiętam!

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 10th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Dom na kołach

Moje dzieci nie chcą już spędzać wakacji w inny sposób niż w camperze! Raz spróbowały i tak im się spodobało, że na hasło „wakacje” od razu odpowiadają: „w camperze?”. Podróż camperem przypomina rejs jachtem: codziennie inny kemping/marina, codziennie inna dzika polana/zatoczka, zwiedzanie okoliczności przyrody, ciekawych miast, miasteczek, zabytków i ponad wszystko niezależność i wolność.

Miejsca w camperze jest oczywiście mniej niż w hotelowym pokoju. Jednym to przeszkadza, nam wręcz pasuje. Wszyscy jesteśmy blisko siebie, musimy trzymać porządek, wejść w tryb minimalistyczny. Pakowanie ubrań i wyposażenia na wakacje camperem wymaga uwagi i zastanowienia. Człowiek nagle dostrzega jak niewiele jest mu potrzeba do życia i szczęścia. Często sobie powtarzam, że nie ważne kim jesteśmy ani co posiadamy ale co robimy i jak się zachowujemy w danej sytuacji. To dla mnie ma największe znaczenie. Zabieranie ze sobą zbyt wielu rzeczy było przez lata moją zmorą. Teraz przeszedłem na minimalizm i dobrze mi z tym. Szczególnie na wakacjach w camperze.

Koszty wynajęcia i podróży camperem dla czteroosobowej rodziny mógłbym porównać do kosztów wynajęcia dwóch pokoi w czterogwiazdkowym hotelu. W przypadku zagranicznych wakacji po Włoszech, Francji czy nawet w Chorwacji, camperem wyjdzie nawet taniej.

Wakacje w camperze znakomicie Integrują rodzinę. Wszyscy jesteśmy razem. Co chwila ktoś wpada na ciekawy pomysł, wymyślamy gry i zabawy, razem śpiewamy, czytamy i układamy plan podróży na mapie. W camperze każdy ma też swoje obowiązki. Jest to świetna nauka trzymania porządku. Dzieci w mig to chwytają. Spanie na łóżku nad szoferką jest dla nich chyba największą atrakcją. Atrakcji i przyjemności jest na wakacjach camperem dużo więcej. Polecam je odkryć i przeżyć.

Mateusz Kusznierewicz

By | Lipiec 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Wegetowanie w samolocie

Przede mną kolejna podróż. Po wejściu na pokład samolotu spędzę w nim 7 godzin.  Wspaniale! Przecież ja oszaleję! No nie. Co ja będę w tym czasie robił? Zwariuję. Pewno znów co 15 minut będę patrzył na zegarek odliczając czas do lądowania. Jak zwykle wysiądę z samolotu zmęczony. Ledwo żywy. Czy można inaczej?

Oczywiście, że można. Od ponad 20 lat stosuję w podróży metodę wegetowania. Wyciszam na pewien czas swoje emocje, ambicje i myślenie by w ciszy i spokoju spędzić te kilka godzin podróży z jak najmniejszym spadkiem energetycznym. To nie oznacza, że nic nie robię. Często czytam, coś piszę, koncypuję nad nowymi pomysłami lub bieżącymi sprawami. Staram się robić to z zamkniętymi oczami, których spojówki szczególnie podczas długich lotów narażone są na wysuszenie. W podróży zawsze towarzyszy mi muzyka. Mam swoje spokojne, relaksacyjne playlisty idealne w takich momentach.

Po 7 godzinach lotu wyjdę z samolotu w dobrej formie. W sumie to nawet nie będę pamiętał o tej podróży. Nie zauważę jak szybko minęła. Jestem pewien, że tak będzie. Bo tak jest zawsze. Od 20 lat.

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 27th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Sport w nowym PZŻ

Minęło zaledwie kilka dni od wyborów nowych władz naszego związku żeglarskiego. Podkreślam naszego bo przecież to organizacja wszystkich żeglarzy. A nie zawsze tak było. Nie wyobrażam sobie, że od teraz tak nie będzie. Na czele PZŻ stanął Tomasz Chamera. Jako nowy Prezes poprosił mnie o pomoc w dalszym rozwoju części związanej ze sportem. Propozycję przyjąłem. Przyjąłem ją ze spokojem i rozwagą ponieważ była to przemyślana i skonsultowana wcześniej decyzja. Delegaci sejmiku sprawozdawczo-wyborczego wybrali mnie na Vice-Prezesa PZŻ ds. Sportu. To wielki zaszczyt ale też odpowiedzialność. Dziękuje za poparcie i zaufanie. Możecie na mnie liczyć. Ja jednocześnie liczę na Was bo to będzie przecież praca zespołowa na rzecz naszych wspólnych sukcesów.

PZŻ znam bardzo dobrze. Z perspektywy zawodnika. Teraz znalazłem się po drugiej stronie tej organizacji. To ciekawa sytuacja, którą określiłbym jako bardzo dobrą i pozytywną. Jak mało kto wiem i rozumiem czego potrzebują zawodnicy by stale się rozwijać i osiągać sukcesy. Wiem jak wiele dali mi i pomogli Andy Zawieja, Karol Jabłoński czy Tomek Rumszewicz wspierając mnie w roli trenerów. Dlatego oprócz wsparcia zawodników na pewno położymy duży nacisk na optymalizację i podwyższanie poziomu pracy trenerów.

Jesteśmy w procesie opracowywania struktury i schematów działu sportu w PZŻ. Pracujemy nad tym w zespole z Tomkiem Chamerą i Karolem Jabłońskim. Konsultujemy to też z wybranymi zawodnikami, trenerami i rodzicami. Propozycje gotowych rozwiązań będą jeszcze przedmiotem dyskusji i wymagają aprobaty Zarządu PZŻ. Stawiamy na długofalowe, strategiczne podejście i działanie nastawione na efektywność i rozwój żeglarstwa w Polsce.

Jak wygląda nasza wizja dalszego rozwoju sportu w PZŻ? To co napiszę to wstępne pomysły i założenia. Jest jeszcze za wcześnie by potwierdzić czy w takiej formie zostaną wdrożone. Jednak priorytet się nie zmieni: chcemy zbudować solidne fundamenty całej organizacji, nadać kierunki i wybrać takie narzędzia oraz zespół by osiągnąć trzy podstawowe cele: 1.Rozwój zawodników i trenerów, 2.Osiąganie wyników, 3.Wyłuskiwanie talentów.

Fundamentami całej organizacji będą: Biuro Sportu, Komisja Sportu, Zespół Wsparcia Medycznego oraz Performance Team. Każdy z tych czterech zespołów będzie miał lidera. Osobę odpowiedzialną za koordynację pracy zespołu, wyznaczanie tempa działań, osiągania wyznaczonych celów. Tak jak się to robi w biznesie.

Być może najważniejszą nowością będzie Performance Team. Czegoś takiego nie było jeszcze w polskim żeglarstwie, ale jest to na porządku dziennym w Anglii, Nowej Zelandii czy USA! Performance Team to zespół specjalistów, który zajmie się najważniejszymi tematami wpływającymi na wynik: strategią i taktyką, prędkością i analizą. Analizą nie tylko naszych zawodników ale przede wszystkim konkurencji. Opracowywaniem najlepszych rozwiązań taktycznych i strategicznych oraz najlepszych prędkości jachtów i desek, na których startują nasi żeglarze. Zespół tak naprawdę zajmujący się wszystkim: od ustawienia żagli po formy treningu; analizujący, co przynosi sukcesy, a skąd się biorą słabsze dni naszych żeglarzy i dlaczego w pewnych przypadkach konkurenci zdobywają medale z dużą przewagą. Performance Team to także specjaliści od sprzętu: będą szukać nowych technologii, nowych materiałów, optymalnych ustawień żagli, smarów do do dna łódki itp. Zajmą się też aspektem meteorologicznym. To będzie zespół do dyspozycji trenera głównego, trenerów poszczególnych grup i zawodników, by mieli dane oraz materiał, na którym będą mogli pracować.

Poprzeczkę powiesimy wysoko. Cele będą bardzo konkretne: we wszystkich startach dążymy do zdobywania medali na mistrzostwach świata i Europy oraz na Igrzyskach Olimpijskich. Jeśli nasi zawodnicy nie będą na to gotowi w tym roku, to celujemy w przyszły lub za trzy lata. Nie myślimy tylko o konkurencjach seniorskich, ale też juniorskich i klasach nieolimpijskich. Myślimy o wszystkich polskich żeglarzach!

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Zielony Smok – sportowy duch wciąż żywy!

Niesamowite ile może się wydarzyć w ciągu jednego regatowego tygodnia. Od ekscytacji i szybkiej żeglugi na własnym oceaniczny jachcie regatowym klasy VO70, poprzez chwilę frustracji po pechowym złamaniu masztu, ciężką pracę, aby móc kontynuować regaty, skończywszy na radości z żeglugi na innych wspaniałych oceanicznych jachtach i miejscu na podium.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy w dzisiejszych czasach i zmieniającym się świecie, istnieje jeszcze w sporcie ten sam duch rywalizacji i wartości jak kiedyś. Start w St.Marteen Heineken Regatta z załogą Yacht Club Sopot pokazał jednak, że jest on wciąż aktualny.

Tuż przed regatami spotkał nas ogromny pech. Żeglując na prawym halsie na kursie na wiatr, pękł saling przez co złamał się nam maszt. Masztów złamałem w swojej karierze kilkanaście, ale tym razem było to przeżycie innego rodzaju. Sterowałem 70 stopowym jachtem z 21 osobową załogą. Kiedy maszt leciał w dół modliłem się, żeby w nikogo nie uderzył. Całe szczęście i najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.

W jednej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że na tym jachcie nie popłyniemy już w Heineken Regatta. Wszyscy byliśmy przybici. Ale smutek szybko zamieniliśmy w dyskusję jakie mamy opcje i co możemy zrobić by wrócić do gry i wystartować w tych regatach. Nie zamierzaliśmy się poddawać. Jeszcze w drodze do portu rozdzwoniły się telefony. Po 5 godzinach od momentu awarii mieliśmy miejsca dla wszystkich członków naszej załogi! Z perspektywy czasu i całych regat uważam właśnie to za nasz największy sukces.

Zostaliśmy zaproszeni na inne, bardzo ciekawe i szybkie jednostki biorące udział w regatach. To wspaniały dowód na to, jak przyjazne, uczynne i solidarne jest środowisko żeglarskie.

Część załogi, dołączyła do „Monster Project” bliźniaczego jachtu klasy VO70. Inni weszli na pokład „Challengera”, jachtu klasy Whitbread 60. W klasie Ocean Racing zajęli trzecie miejsce, co w zaistniałej sytuacji można uznać za ogromny sukces. Ja, wspólnie z dwoma kolegami dołączyliśmy na jeden dzień do załogi 100 stopowego Swana „Varsovie”. Wrażenia z żeglowania tak olbrzymim i znakomitym nautycznie jachtem opiszę przy innej okazji.

Wynik w regatach przestał być priorytetem. Najważniejsze było to, aby móc kontynuować zawody i cieszyć się atmosferą żeglarskiego święta. Mimo to załogi dawały z siebie maksimum możliwości, co sprawiło, że również na linii mety osiągane czasy były bardzo dobre. Dodatkowym interesującym elementem okazał się fakt, że członkowie jednego klubu stanęli do walki chcąc czy nie chcąc również ze sobą, gdyż oba jachty zgłoszone były w klasie Ocean Racing. To dodało jeszcze więcej emocji. Bardzo pozytywnych emocji. Spotykaliśmy się każdego dnia po wyścigach we wspaniałych nastrojach. Każdy miał swoje opowieści i ciekawe historie.

Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszej okazji do żeglowania na tak wielu jachtach z różną załogą. Był to dla nas w pewnym sensie przyspieszony kurs żeglowania na jachtach oceanicznych. Wielkie uznania dla całej załogi, która pokazała charakter, sportowego ducha, nie poddała się i przede wszystkim została razem do samego końca.

Mateusz Kusznierewicz

By | Marzec 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Zielony Smok – sportowy duch wciąż żywy! została wyłączona

Stoicki spokój

Mam 41 lat. Z natury jestem spokojnym człowiekiem. Taki się urodziłem. Tak też wychowali mnie rodzice. Nie krzyczę, nie unoszę się. Racjonalnie podchodzę do życia i sytuacji w których przychodzi mi się znaleźć. A dzieje się dużo. Każdego dnia mam wyzwania. Nie wszystko układa się po mojej myśli. Doznaję porażek, niepowodzeń. Bardzo często. W ciężkich chwilach zamiast cierpieć i rozpaczać od razu przechodzę do działania. Nie szukam winnych. Szukam rozwiązania. Nie zamykam się w sobie. Prostuję się i biorę głęboki wdech. Jestem gotowy do walki. Do zmierzenia się z problemem.

Sport wychował we mnie duszę wojownika. Ale to nie sport ułożył moją głowę. Mój światopogląd wypracowałem w sobie na przełomie lat. Podróżując po świecie i poznając różnych ludzi. Uważnie obserwując. Po pewnym czasie znalazłem sposób na szczęście.

Owym sposobem jest filozofia nazywana w nauce stoicyzmem. Modelem stoickiego człowieka był mędrzec żyjący w zgodzie z naturą. Kierujący się rozumem. Osiągał szczęście przez wewnętrzną dyscyplinę moralną oraz sumienne spełnianie tych obowiązków, które sam wokół siebie kreował lub spadały na niego naturalną koleją rzeczy. Co ważne odcinał emocje od zdarzeń zewnętrznych na które nie miał wpływu. Towarzyszyły mu zawsze wartości i zasady zgodne z naturą i szanujące innych ludzi.

Zabrzmiało prosto i ciekawie? A jakże! Ja to kupuję. Co więcej, lubię to i nie zamierzam zmieniać. W dzisiejszym dynamicznie zmieniającym się świecie, falach radości i smutków, sukcesów i porażek, dobra i zła, różnic i napięć oraz coraz większych podziałów niektórzy twierdzą, że idzie zwariować. A ja nie chcę zwariować. Dlatego używam głowy i rąk by tworzyć ciekawe i wartościowe rzeczy na które mam realny wpływ. To na tym skupiam swoją energię i emocje. Pragnę zmieniać świat na lepsze, uczestniczyć w jego rozwoju ale robię to przede wszystkim wtedy i tam gdzie będą zauważalne efekty. Oszczędzam natomiast emocje i czas na rzeczy na które nie mam wpływu.

Mam za sobą kolejny udany dzień. Takiego samego Wam życzę!

Mateusz Kusznierewicz

By | Styczeń 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Stoicki spokój została wyłączona

Nowy rekord!

W światowym żeglarstwie morskim ustanowiono kolejny rekord. W słynnych regatach Rolex Sydney Hobart Yacht Race stu stopowy jacht Perpetual LOYAL pokonał sześciuset milową trasę w czasie zaledwie jednej doby, 13 godzin i 31 minut!

Ponieważ coraz bardziej interesuję się żeglarstwem morskim, śledziłem przygotowania, start i przebieg tego wyścigu z dużą uwagą. Na kilka dni przed jego rozpoczęciem wiadomo było, że jest duża szansa na pobicie dotychczasowego rekordu. Prognozy pogody a przede wszystkim kierunek wiatru zapowiadały wręcz idealne warunki. Faworytów było kilkoro. Pod nieobecność zeszłorocznego zwycięzcy jachtu Comanche, bukmacherzy najwięcej szans dawali załodze słynnego Wild Oats XI. Po 15 godzinach wyścigu byli na prowadzeniu jednak awaria systemu do kantowania kilu wykluczyła ich z dalszej rywalizacji. Musieli się wycofać. Perpetual LOYAL zwyciężył i ustanowił rekord na którego poprawienie będziemy musieli zapewne poczekać kilka jak nie kilkanaście lat.

I właśnie o tym nowym rekordzie mówi się w Australii najwięcej. Miałem przyjemność odwiedzić Australię i moje ukochane miasto Sydney w czasie trwania tych regat. Kiedy jachty dopływały do mety w Hobart na Tasmanii byłem na miejscu i bacznie obserwowałem czy i w jaki sposób Australijczycy żyją, śledzą i komentują te regaty.

Tradycja żeglarska w tym kraju jest olbrzymia. Australijczycy jako pierwsi wyrwali z rąk Amerykanów żeglarskiego Świętego Graala. W 1983 roku zwyciężyli w regatach o Puchar Ameryki. Podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Rio zdobyli najwięcej medali(cztery). Zatoka w Sydney, w Melbourne, akweny u wybrzeży Perth, Brisbane czy Adelajdy nie tylko w weekendy wypełnione są żaglami.

To przekłada się na rozpoznawalność tego sportu w społeczeństwie. Na próbę poszedłem do zwykłego baru w centrum miasta by sprawdzić co przypadkowo zapytane osoby powiedzą mi o wyścigu z Sydney do Hobart. Na sześć zapytanych osób, cztery powiedziały mi o awarii Wild Oats i nowym rekordzie. Dwoje z nich wymieniły nawet nazwisko właściciela jachtu,  Anthonego Bella(znany biznesmen). Jedna osoba obserwowała nawet na żywo start do wyścigu. Ze swoją rodziną piknikując w jednym z położonych nad wodą parków.

Australijczycy wiedzą o tych słynnych regatach przede wszystkim z mediów. Gazety, radia, telewizje i oczywiście wszechobecny internet rozpisują się o zmaganiach na oceanie. Podczas ostatniego tygodnia roku, nie było medium, które w ciągu dnia nie wspomniałoby o tych regatach. Co ciekawe, nie pisali tylko o liderach. Dużo historii i zdjęć poświęconych było żeglarzom i żeglarkom, którzy brali udział w tych regatach po raz dziesiąty, dwudziesty a nawet trzydziesty. Życzyłbym sobie by któraś z ogólnopolskich stacji telewizyjnych zrobiła choć w połowie tak obszerny materiał o żeglarzu rekordziście np. Błękitnej Wstęgi Zatoki Gdańskiej lub regat Poloneza.

Kilkoro z moich kolegów, australijskich żeglarzy było w załodze jachtów z czołówki. Z Tomem Slingsby(Perpetual LOYAL) nie udało mi się spotkać. Prosto z Hobart musiał wracać na Bermudy gdzie w czerwcu będzie bronił Pucharu Ameryki w załodze Oracle USA Team. Natomiast długą i ciekawą rozmowę o wrażeniach z wyścigu miałem z moim dobrym znajomym, rywalem z czasów Finna, Anthonym Nossiterem. Słynny Nocka sterował 70 stopowym jachtem Black Jack. Zajęli dobre czwarte miejsce. Poznałem wiele szczegółów i historii spośród których najciekawsza była ta o procesie przygotowania załogi i jachtu do tych regat. Otóż okazuje się, że praca nad jachtem, przede wszystkim jego modyfikacje, projektowanie i produkcja nowego masztu, bomu, żagli, wydłużenie kila i zmiana kształtu bulby trwały cały rok. Wszystko z myślą o Sydney-Hobart. By zająć w nim jak najlepsze miejsce. Podjąć próbę pobicia rekordu.

Podoba mi się ta ich motywacja i zdrowe podejście do rywalizacji. Wzajemnie podnoszą sobie poprzeczkę co sprawia, że oglądamy wspaniałe widowisko, na bardzo wysokim technologicznie i sportowo poziomie będąc świadkami ustanawiania historycznych rekordów nie zapominając o wspaniałej, wieloletniej tradycji. To lubię i cenię w tym naszym żeglarstwie.

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 30th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Nowy rekord! została wyłączona

Od żeglarzy dla żeglarzy

Wizja i koncept Star Sailors League są już gotowe i sprawdzone. Powstały z potrzeb, pytań i dyskusji doświadczonych żeglarzy. To wyjątkowa grupa mistrzów olimpijskich, zwycięzców Pucharu Ameryki oraz Volvo Ocean Race. Wszyscy zaangażowali się w pomysł, który ma szansę wprowadzić nowe, ciekawe rozwiązania do współczesnego jachtingu regatowego.

Podczas grudniowego finału Star Sailors League na Bahamach, odbyła się konferencja prasowa, na której padły ciekawe opinie i pomysły. Warto je poznać, bo mogą w przyszłości decydować o ważnych zmianach w światowym żeglarstwie.

Torben Grael – BRA. Pięciokrotny medalista olimpijski. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup. Nowy wiceprezydent World Sailing – “Myślę, że światowa federacja World Sailing mało myśli o żeglarzach. Mają pomysły i narzędzia, ale nigdy nie zapytali samych żeglarzy co myślą i czego potrzebują. A to uważam za duży błąd. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę do Zarządu World Sailing. Zamierzam to zmienić. Siłą Star Sailors League jest formuła sprawdzona w praktyce. Każde rozwiązanie organizacji regat, czasu, logistyki i kalendarza wyszło jako propozycja od żeglarzy i zostało przez żeglarzy poddane dyskusji, zaakceptowane lub odrzucone.”

Paul Cayard – USA. Medalista olimpijski, mistrz świata w klasie Star z 1984 roku. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup – “Zacząłem żeglować na Starze w wieku 17 lat. Zaledwie kilka lat temu… To była znakomita szkoła żeglarstwa. Dzięki temu zdobyłem wiedzę i doświadczenie, by później sięgnąć po sukcesy w Pucharze Ameryki i regatach oceanicznych. Myślę, że klasa Star to znakomita platforma do nauki oraz możliwość równiej rywalizacji młodych ze starszymi, olimpijczyków z klasy Finn, 470, Laser, 49er, zawodowców z match-racingu, Pucharu Ameryki i innych formatów żeglarstwa.”

Jochen Schuman – GER. Trzykrotny złoty medalista olimpijski. Dwukrotny zdobywca Pucharu Ameryki – „Kocham żeglować i to na różnych jachtach. Ale tylko na Starze mam szansę ścigać się na równym poziomie z tak różnymi zawodnikami. Format Star Sailors League bardzo się sprawdza. Rozgrywa się 9 lub 11 wyścigów eliminacyjnych. Zwycięzca przechodzi od razu do finału, a drugi do półfinału. Mają w ten sposób premię za dobrą fazę eliminacyjną. Ostatniego dnia regat pierwsza dziesiątka ściga się w trzech wyścigach. W ćwierćfinale staruje 8 zawodników. Pięciu przechodzi do półfinału. W półfinale startuje sześciu, do finału przechodzi trzech. W finale mamy cztery załogi. Kolejność na mecie finałowego wyścigu, to kolejność w regatach. Proste, zrozumiałe i warte stosowania w innych imprezach żeglarskich!”

Craig Monk – NZL. Pięciokrotny zdobywca Pucharu Ameryki. Brązowy medalista olimpijski w klasie Finn – „Sam Meech (również reprezentant Nowej Zelandii) z którym żeglowałem w tych regatach, zdobył podczas Igrzysk w Rio brązowy medal w klasie Laser. Urodził się w 1992 roku, kiedy ja zdobyłem swój medal w Barcelonie. Wczoraj razem wygraliśmy tu wyścig! Tak sytuacja pokazuje, jak wyjątkowe są to regaty”

Facundo Olezza – ARG. 22 lata. Wygrał dwa wyścigi w Rio w klasie Finn – „To wspaniałe móc stanąć tu na starcie regat z moimi idolami z dzieciństwa. Gdyby nie Star Sailors League nie miałbym możliwości nawet ich spotkać i poznać osobiście. Rywalizacja z nimi jest wspaniała. Kiedy osiem lat temu żeglowałem na Optimiście moim idolem był Robert Scheidt. Kiedyś przyjechał na regaty wręczać nam nagrody. I mam to zdjęcie do dzisiaj…”

Sime Fantela – CRO. Mistrz świata w klasie Optimist i 470. Złoty medalista olimpijski z Rio w klasie 470 – „Świat żeglarstwa nabiera tempa. Pojawiają się coraz to szybsze jednostki. Niektóre unoszą się nad wodą. Prędkość pobudza emocje. Jednak to co dla żeglarstwa i żeglarzy jest równie ważne, a może nawet najcenniejsze, to bliska rywalizacja. Wtedy widać akcję, zmianę lidera. Wtedy widzowie usiądą na krawędzi fotela… Stres i emocje tworzą rozrywkę. W żeglarstwie drzemie potencjał na stworzenie wielkiego show. Jesteśmy na dobrej drodze żeby to wykorzystać.”

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 14th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Od żeglarzy dla żeglarzy została wyłączona

Żeglarscy piloci

Jachty klasy IMOCA 60, które w tej chwili żeglują po Atlantyku są całkowitym przeciwieństwem samolotu. W którym każda część została przez 15 lat poddawana badaniom i testom zanim została zastosowana w budowie samolotu pasażerskiego. W przypadku regat Vendee Globe jest to wyścig prototypów. Na projekt i budowę każdego poświęcono ‘tylko’ 30 tysięcy roboczogodzin. To jest jak słynny 24-godzinny wyścig Le Mans. Ryzyko awarii jest olbrzymie! W tym roku potęgować je będą unoszące nad wodę hydropłaty, zamontowane na najbardziej nowoczesnych jednostkach.

Najbliższe dni i tygodnie będą bardzo stresujące. Najlepsi sternicy Vendee Globe są przygotowani lepiej niż kiedykolwiek. Niektórzy są wyraźnie silniejsi i bardziej sprawni. To będzie dla nich niesamowity test. Zarówno fizyczny jak i mentalny. Większy niż kiedykolwiek wcześniej.

Poziom profesjonalizmu wzrósł niesłychanie. Myślę, że sternicy będą musieli zmierzyć się z nowymi wyzwaniami i ustawić limity w nowych zakresach, jeśli chcą dopłynąć do mety opływając świat dookoła. Gdy jachty są w stanie płynąć – przepraszam – latać ponad 30 węzłów, śmiem powiedzieć, że granice tego co człowiek może zrobić i czemu podołać w samotnej żegludze zostały znacząco przesunięte.

Projektant Guillaume Verdier, który wraz z zespołem i słynnym biurem architektonicznym VPLP zaprojektował jachty Banque Populaire VIII, Edmond de Rothschild, St Michel-Virbac i Hugo Boss(faworyci), powiedział, że są to bardzo ‘stresujące’ łodzie. Podczas żeglugi jachty unosząc się na hydropłatach są poddane bardzo gwałtownym ruchom a hałas jest ogromny. Odczucie jest porównywalne do lotu małym samolotem w dużych turbulencjach. Guillaume twierdzi, że podczas wymagających i trudnych warunków, na takim jachcie jest gorzej niż kiedykolwiek i chłopaki będą cierpieć o wiele więcej niż sternicy z łodzi „klasycznych”(bez hydropłatów).

Czynnik ludzki może odegrać w tej edycji Vendee Globe znaczącą rolę. Żeglarz, który będzie spokojny i część swojego mózgu odpowiedzialną za emocje zostawi w szafie, przez co będzie spokojny i skoncentrowany ma największą szansę na sukces. Taki jest Francois Gabart – zwycięzca poprzedniej edycji Vendee. Armel Le Cleac’h płynący na Banque Populaire VIII jest taki sam. Specjaliści przewidują jego zwycięstwo.

Teoretyczna długość trasy regat Vendee Globe wynosi 24020 mil morskich. Aktualnym rekordzistą jest wspomniany Francuz Francois Gabart z czasem 78 dni 2 godzin 18 minut i 40 sekund. Czy jego rekord zostanie pobity? Zobaczymy. Myślę, że na pewno będziemy świadkami nowego rekordu dobowego, który wynosi 534 mil.

Zwycięzca regat o Puchar Ameryki, słynny żeglarz James Spithill kilka tygodni temu powiedział, że zwycięzcą zostanie ten kto „przeleci nad wodą” całą trasę wyścigu. Katamarany AC50 są już do tego zdolne. Dla żeglarzy-pilotów jachtów IMOCA60 będzie to nowe doświadczenie. A dla nas kibiców wspaniały spektakl.

Mateusz Kusznierewicz

By | Październik 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Żeglarscy piloci została wyłączona

Dieta cud

Powiem wprost: dieta cud nie istnieje. Takie jest moje skromne lecz doświadczone zdanie. Przetestowałem na sobie dziesiątki jak nie setki różnych sposobów żywienia. I powiem Wam jedno: najlepszy sposób na dobrą sylwetkę i dobre samopoczucie stosuję poprzez tryb odżywiania wyniesiony ze sportu. Przy moim wzroście 193 cm i 100 kg masy ciała mam według ogólnie przyjętych norm 10 kg nadwagi. Żyję z tym w spokoju, świadomy że te dodatkowe kilogramy to pozostałość po intensywnych treningach. Gdy zakończyłem karierę olimpijską momentalnie przytyłem. Powód?

Brak ruchu. Nie spalałem przyjętych z posiłków kalorii. Za dużo jadłem, za mało się ruszałem. Musiałem szybko na to zareagować.  Z pomocą przyszła mi wiedza jaką zdobyłem będąc czynnym sportowcem. Żadne to science-fiction tylko proste rozwiązania i zasady, które mogę ująć w trzech punktach:

Po pierwsze: kładąc się spać planuję na następny dzień czas i rodzaj posiłków. Dzięki temu odżywiam się świadomie, w zgodzie ze sobą, nie podjadam i nie dopuszczam do jedzenia przypadkowych a tym samym często niezdrowych rzeczy.

Po drugie: jem dużo ale zdrowo. Zawsze porządne śniadanie, lunch i kolację. Różnorodne potrawy. Raz w tygodniu steka. Dwa razy w tygodniu rybę. Poza tym dużo owoców i warzyw. Unikam nabiału i produktów pszennych. Na deser pozwalam sobie dwa razy w tygodniu.

Po trzecie: nie jem po godzinie osiemnastej. Tak naprawdę, to staram się nie jeść po tej godzinie. Wiemy, że nie jest to proste. Uważam, że w moim wieku, po czterdziestce to właśnie spełnienie tego trzeciego warunku ma największe znaczenie i przekłada się na moją figurę i samopoczucie. Jeśli pilnuję godziny ostatniego posiłku, to może on być nawet dużych rozmiarów. Nie mam z tym problemu bo kiedy położę się spać, będzie już pewno całkowicie strawiony. Mój żołądek będzie w nocy odpoczywał co spowoduje, że w mojej przysadce mózgowej uruchomi się hormon wzrostu mający olbrzymi duży wpływ na mój metabolizm. Rano obudzę się z poczuciem lekkości i energii. Kiedy tego pilnuję, waga mi spada i mogę śmiało wyginać na plaży ciało.

By | Wrzesień 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Dieta cud została wyłączona

Piramida Sukcesu

Piramida Sukcesu to jedna z najbardziej wartościowych i ciekawych teorii, którą poznałem będąc czynnym sportowcem. Wykorzystuję ją nadal w życiu prywatnym, zawodowym i w żeglarstwie. Dzięki Piramidzie Sukcesu stale pamiętam o wszystkich elementach o które muszę zadbać by osiągnąć postawione sobie cele. Kiedy je osiągnę ogarnia mnie uczucie sukcesu. Po sukces chcę sięgać nie jeden raz a wiele. Jak najczęściej. Stać mnie na to i wiem jak zrobić by był powtarzalny. Pomaga mi w tym Piramida Sukcesu.

Piramida z samego założenia to bardzo solidna figura geometryczna o mocnym fundamencie i szczycie na którym mieści się czesto najcenniejszy element całej budowli. W tym przypadku sukces.

Teoria jaką przedstawił mi wiele lat temu mój lekarz sportowy Witek Dudziński, polega na zbudowaniu własnej piramidy sukcesu. Podjąłem to wyzwanie i zbudowałem ją dla siebie po raz pierwszy 14 lat temu. Moja pierwsza piramida sukcesu składała się z 16 elementów ułożonych w 4 poziomach. Dzisiaj mam swoją szóstą piramidę sukcesu. Składa się ona z 21 elementów.

W jej podstawie umieściłem najważniejsze obszary mojego życia będące jego fundamentami oraz wynikające z moich zainteresowań. Są nimi rodzina, praca, zdrowie, odpoczynek, pasje i hobby. Kiedy mam na nie czas, w wartościowy sposób uczestniczę w życiu rodzinnym i zawodowym, nie imają się mnie infekcję oraz mam czas na golfa, tenisa, narty i fotografię, to wiem, że będę miał wewnętrzny spokój i harmonię. To jest podstawa mojego działania. Bez nich ciężko mi wspiąć się na najwyższy światowy poziom. Niezależnie co robię i czym się zajmuję.

Na drugim poziomie umieściłem umiejętności, które posiadam i potrzebuję stale rozwijać: przedsiębiorczość, motywacja, koncentracja, stress menagement i rozwój osobisty. Dzięki nim potrafię ułożyć drogę do celu, odnaleźć się w różnych sytuacjach, skupić się na zadaniu, zarządzać energią i dojść do porozumienia z innymi.

Piętro wyżej znalazły się wiedza, cel, zespół i planowanie. Bez których nie dałbym rady osiągnąć sukcesów jakie dzisiaj mam na swoim koncie. Nad nimi znalazły się współpraca, komunikacja i coś co uważam jest dzisiaj na wagę złota: lojalność. Nie zapominam o żadnym z nich. Na przedostatnim poziomie mojej piramidy sukcesu znalazły się zaangażowanie i rywalizacja. Akurat dla mnie są kluczem do sukcesu. Bez nich nie potrafiłbym chyba wejść na tak wysoki poziom pracy jaki stosuje. Często daje z siebie 110% a ten stan osiągam właśnie dzięki poczuciu rywalizacji i pełnym zaangażowaniu w to co robię.

No i doszliśmy do końca. Zwieńczenia piramidy. Czubka na którym widnieje napis sukces. Zdobywam go wtedy kiedy osiągam postawione przed sobą cele. Wiem, że nie są one kwestią przypadku. Muszę zadbać o wiele elementów i umiejętności by go siągnąć. Mam je zapisane, często do nich sięgam i zawsze o nich pamiętam.

Jeśli myślisz, że ten sposób może Tobie pomóc osiągnąć postawione cele to stwórz własną piramidę sukcesu. Polecam. To dobra zabawa i cenna umiejętność. Uwierz mi, to działa!

Mateusz Kusznierewicz

 

By | Wrzesień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Piramida Sukcesu została wyłączona

Układ sił

Na podstawie wyników z zakończonych niedawno Igrzysk Olimpijskich w Rio oraz analizy największych wydarzeń żeglarskich na świecie niniejszym stwierdzam, że układ sił w światowym żeglarstwie nie uległ zmianie. Dodam, że taki stan rzeczy panuje nie tylko przez ostatni rok czy dwa lata ale zdecydowanie od dłuższego czasu. Spójrzmy wpierw na wyniki z Rio. Jest to najgorętszy zestaw informacji ze światowego żeglarstwa jakimi dzisiaj dysponujemy. We wszystkich dziesięciu klasach najwięcej medali zdobyli Australijczycy(złoto i trzy srebra) oraz Nowozelandczycy(złoto, dwa srebra i brąz). Natomiast najwięcej złotych medali wywalczyli po równo Anglicy(dwa złota, jedno srebro) i Holendrzy(dwa złote medale).

Wielką niespodzianką ostatnich Igrzysk są na pewno Chorwaci, którzy wrócili z Rio ze złotem i srebrem! Polacy jak wiemy nie zdobyli w Brazyli medalu. Najlepsze 4 miejsce zajął Piotrek Myszka. Jak na złość. Teraz, kiedy polskie żeglarstwo tak bardzo tego kolejnego medalu potrzebuje tak niewiele zabrakło. Szkoda. Od Atlanty zdobywamy medale na co drugich Igrzyskach. Czy to oznacza, że możemy być spokojni o dobry wynik w Tokyo?

W żeglarstwie morskim i oceanicznym mieliśmy na świecie ostatnio kilkanaście dużych imprez i prób bicia rekordów. Żeglujący pod amerykańską banderą stu stopowy jacht Comanchee przeciął Atlantyk najszybciej w dotychczasowej historii. Potrzebował na to zaledwie 5 dni, 14 godzin i 21 minut. Jest on również triumfatorem 600 milowego klasyka z Sydney do Hobart oraz ostatniej edycji regat Fastnet. Amerykanie odnoszą triumfy też na innych jachtach morskich. Nie tylko na swoich wodach ale również w Europie i w dalekiej Australii.

W regatach i wyprawach dookoła świata rzadko kto może natomiast dorównać Francuzom. I tak też będzie myślę, podczas zbliżających się Vendee Globe. Na linii startu pojawi się też groźny Anglik, Amerykanin, Szwajcar czy Hiszpan ale to też kraje należące od lat do światowych morskich potęg.

Formułą 1 w żeglarstwie jest Puchar Ameryki. W przyszłorocznym czerwcowym finale zespół z San Francisco będzie bronił trofeum ale ich przewaga, jeśli wogóle istnieje, jest znikoma nad pretendentami do walki o ten słynny dzbanek. Kto będzie się liczył? Reprezentanci krajów, które wymieniłem już wcześniej: przede wszystkim Anglicy i Nowozelandczycy jak również żeglarze z Australii, Francji i Szwecji. Żeglarze urodzeni w tych właśnie krajach wypełniają najważniejsze stanowiska na największych i najważniejszych jachtach światowego żeglarstwa.

Dobrze być tego świadomym i mieć do czego aspirować. Tak, niech to będzie dla nas inspiracja i cel jaki przed sobą stawiamy. Odległy i trudny do zrealizowania ale możliwy i osiągalny. W końcu Polak potrafi.

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Układ sił została wyłączona

Milion dolarów

Po raz pierwszy w historii żeglarstwa regatowego przyznano nagrodę pieniężną o tak dużej wartości. Milion dolarów „padł łupem” nowozelandczyka Phila Robertsona i jego załogi podczas rozgrywanego w szwedzkim Marstrand finału World Match Race Tour. Przez wiele lat przyzwyczajeni byliśmy do oglądania regat w formule pojedynków jeden na jeden, tzw.match-racing w których żeglowano na wolnych i spokojnych jednokadłubowcach. W ubiegłym roku nadeszła rewolucja. Oznajmiono przesiadkę na ultra szybkie 10 metrowe katamarany oraz nagrodę miliona dolarów dla zwycięzcy finałowych regat.

„Winner takes all” w tłumaczeniu na język polski znaczy zwycięzca miał wziąć wszystko. To znacząca różnica w porównaniu z turniejami np. w tenisie czy w golfie gdzie zawodnicy zajmujący drugie, trzecie i kolejne miejsca również odbierają nagrody pieniężne. W środowisku żeglarskim pojawiło się dużo dyskusji i rozważań czy to na pewno dobre posunięcie. Czym bliżej finałowych regat, napięcie rosło. Nawet mnie się ono udzielało. Zacząłem śledzić czołowe załogi, zastanawiać się kto najlepiej odnajdzie się w wymagających warunkach, na nowych jachtach oraz wytrzyma presję podkręcaną olbrzymim honorarium za zwycięstwo.

Po powrocie z pracy do domu, położeniu dzieci do łóżek, siadałem do komputera by oglądać relacje video z poszczególnych wyścigów. Trzeba przyznać, że organizatorzy cyklu WMRT stworzyli dobry i atrakcyjny produkt medialny. Były emocje, pasjonujące pojedynki i dużo show na miarę dzisiejszych czasów. Na koniec poznaliśmy zwycięzce. Jego zdjęcie z czekiem na 1.000.000 dolarów obiegło cały świat i musiało się podobać oraz robić wrażenie.

Kilka dni później przeczytałem artykuł, który zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie. Otóż przedstawiono w nim historię jak doszło do porozumienia na podstawie którego zwycięzca finałowych regat miał podzielić się milionem dolarów z pozostałymi startującymi w regatach ekipami! Przysiadłem z wrażenia. Piękne i niesamowite. Ale dlaczego? Skąd taka solidarność? Jaki powód nimi kierował?

Okazało się, że w styczniu bieżącego roku wszyscy, podkreślę: wszyscy czołowi zawodnicy, którzy mieli się spotkać w Marstrand by walczyć o zwycięstwo, usiedli do okrągłego stołu i doszli w dyskusji do wspólnego wniosku, że nowa formuła regat, zmiana na katamarany i znikoma ilość indywidualnych sponsorów stanowi wyzwanie i stawia przed każdym z nich ryzyko zakończenia kariery jeśli nie będą mieli środków finansowych. Milion dolarów podzielony nawet na kilkanaście załóg, pomógłby im nie tylko przetrwać ale rozwinąć siebie jak i cały cykl WMRT. Jak pomyśleli tak i zrobili.

Jestem pełen podziwu dla tych żeglarzy. Wykazali się wielką dojrzałością, wyobraźnią i solidarnością w bardzo ważnym momencie. Dla mnie jest to jeden z najlepszych przykładów do naśladowania i wzorów jakie będę przywoływał przedstawiając świat żeglarstwa i żeglarzy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Lipiec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Milion dolarów została wyłączona

Przetrenowanie

Więcej, dalej, szybciej, lepiej. Presja pod jaką żyjemy w dzisiejszych czasach jest często ogromna. A my staramy się stanąć na wysokości zadania i dać z siebie nie 100%, a 110% a może i więcej. Oczywiście na krótką metę taka taktyka może się sprawdzić, ale w dłuższym okresie czasu. No cóż… Doskonale pamiętam ciężar presji jaki spoczywał na moich barkach przed Igrzyskami w Sydney w 2000 roku. W Atlancie złoty medal. Jadąc do Australii kibice znów widzieli mnie na podium, a ja bardzo chciałem tego medalu i przy okazji nie chciałem ich zawieść.

I dlatego trenowałem. Bardzo dużo, bardzo często. Narzuciłem sobie iście mordercze tempo aby prześcignąć konkurentów i być lepiej przygotowanym. Sądziłem, że ta strategia przyniesie wymierne efekty. Owszem przyniosła – najgorsze rezultat dla sportowca – 4 miejsce. Tuż za podium. Szybko zdałem sobie sprawę co było przyczyną braku sukcesu. Przetrenowanie! Tak naprawdę już lecąc do Australii byłem tak zmęczony, że nie miałem szans na 1 miejsce, choć wydawało mi się, że jest dokładnie odwrotnie. Nie zadbałem o absolutnie konieczną przerwę i wypoczynek przed najważniejszymi regatami. A czas na regenerację jest tak samo ważny, jak ciężka praca.

W życiu każdego z nas obowiązuje podobna zasada. W naszej pracy coraz częściej zostajemy po godzinach. Nie możemy funkcjonować bez odpowiadania na maile czy telefony w weekendy i na urlopie. Często śpimy za krótko. Rezultatem będzie stopniowe przemęczenie, które pociągnie za sobą zniechęcenie, marazm i w efekcie doprowadzi do wypalenia zawodowego. Coraz częściej rozumieją to także pracodawcy. Niedawno jeden z największych banków na świecie wydał specjalne zalecenie dla swoich pracowników aby w piątek kończyli pracę nie później niż o 19.00… Nawet najlepsi specjaliści potrafią się wypalić, a to powoduje brak efektywności, a nawet zmianę pracy. A przecież żadnemu pracodawcy nie zależy na utracie dobrego pracownika.

Wypalenie ma też negatywne skutki w życiu poza pracą. Brak czasu na zabawę z dziećmi czy wspólne rodzinne spacery często ma poważne reperkusje rodzinne. Tak naprawdę jest jedna najcenniejsza rzecz, jaką każdy z nas otrzymuje, a której nie można kupić za żadne pieniądze. To czas. Dlatego gospodarujmy nim mądrze. Znajdźmy czas i na pracę, i na odpoczynek. Efekty będą korzystne nie tylko dla nas, ale dla całego naszego otoczenia!

Mateusz Kusznierewicz

By | Czerwiec 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Przetrenowanie została wyłączona

Mam życzenie

Niech Igrzyska w Rio będą ostatnimi kiedy jestem jedynym złotym medalistą olimpijskim w żeglarstwie. Najwyższa pora żebyśmy zdobyli kolejny złoty medal! Czy jest na to szansa? Wielka! Jak nigdy wcześniej!

Minęło dokładnie 20 lat od Igrzysk w Atlancie. Wystartowałem w nich jako bardzo młody zawodnik. Miałem zaledwie 21 lat. Do grona faworytów nie należałem ale przebłyski talentu i wysokiej formy kilka razy wcześniej pokazałem. Kluczem do mojego wspaniałego sukcesu w 1996 roku było odpowiednie przygotowanie, analiza statystyk pogodowych i dopasowanie sprzętu do warunków jakie panowały na tamtym akwenie. Żeglowaliśmy na Atlantyku przy zmiennych wiatrach. Ja byłem przygotowany na wszystko. Okazało się, że moje rywale nie do końca. Żeglowałem równo przez całe regaty. Nie wygrałem wszystkich wyścigów. Ale średnia z 10 startów okazała się najlepsza i w ten sposób wygrałem tamte Igrzyska.

Pomiędzy Atlantą a Rio wiele się wydarzyło. W sumie zdobyliśmy jeszcze trzy brązowe medale. Przemek Miarczyński i Zośka Klepacka w Londynie oraz ja osiem lat wcześniej w Atenach. Polskie żeglarstwo jest obecnie w dobrej kondycji. Ale potrzebuje doładownia. Impulsu. Spektakularnego wyniku lub osiągnięcia na miarę naszych aspiracji. Celujemy wysoko. Bo tacy jesteśmy. W dzisiejszych czasach żeby się przebić i zaistnieć potrzebujemy osiągać spektakularne wyniki.

Na Igrzyska do Rio pojedzie bardzo mocny team żeglarski. Niewielki ale mocny. Wystartujemy tylko w pięciu żeglarskich konkurencjach. Ale we wszystkich mamy szansę na miejsce w pierwszej ósemce. Powiem więcej, przy sprzyjających wiatrach mamy szansę zdobyć trzy medale! Nie będę wskazywał nazwisk. Nie ma takiej potrzeby. Dzisiaj patrzę na naszych olimpijczyków jako jeden team. Bardzo mocny i zgrany team. Oni się znają i się lubią. Będą wspierani przez bardzo dobrych i doświadczonych trenerów, fizjologa, lekarza i team leadera. Są gotowi!

Podchodząc do tematu profesjonalnie i zawodowo powinniśmy już dzisiaj przygotować się na sukces jaki osiągną w Rio. Wiem, że już się o tym mówi. I dobrze. Pierwsze godziny będą najważniejsze. Należy je wygrać. Wykorzystać sytuację. Wypracowane i pojawiające się okazje. Nie boję się w ten sposób myśleć. Przeżyłem i doświadczyłem w swoim życiu wiele. Wiem jak i kiedy trzeba myśleć do przodu. Wtedy kiedy jest ku temu okazja i szansa. A właśnie taką teraz mamy. Do boju Polscy żeglarze! Trzymam za Was kciuki!

Mateusz Kusznierewicz

By | Czerwiec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Mam życzenie została wyłączona

Młoda krew

Przygoda z żeglarstwem może zacząć się na wiele sposobów. Często jest to przypadek, zbieg okoliczności, chwilowy impuls ale też może to być precyzyjnie zaplanowane działanie. Żeglarstwo jest przyjemne i interesujące dlatego tak wiele osób zostaje z nim na dłużej w postaci pasji i hobby. Są też tacy, którzy traktują żeglarstwo bardziej na poważnie. Chcą w nim osiągnąć znaczące wyniki, stanąć na podium Mistrzostw Polski, Świata czy Igrzysk Olimpijskich lub opłynąć świat dookoła. Ilu jest takich którym się to udało? Coraz więcej!

W latach 80 i 90, kiedy rozpoczynałem karierę, żeglarze byli zdani głównie na wsparcie rodzin, klubów i PZŻ. Dobre i to. Znaczące zmiany w poziomie edukacji żeglarskiej ukierunkowane przede wszystkim do dzieci i młodzieży pojawiły się na początku obecnego wieku. W roku 2001 wystartował program Nivea – Błękitne Żagle. Przez 11 lat jego realizacji przygodę z żeglarstwem zaczęło ponad 7500 dzieci. Charakterystyczne niebieskie żagle niewielkich Optimistów stały się nieodłącznym elementem jezior. W sumie w ramach Programu odbyło się ponad 100 imprez plenerowych w całej Polsce. Program oparty był na współpracy i wsparciu Uczniowskich Klubów Sportowych. Dotacje finansowe i wsparcie sprzętowe dla UKS-ów przez 11 lat istnienia Programu wyniosły ok. 6,5 mln złotych. Ten program miał ogromne przełożenie na żeglarstwo w Polsce oraz na jego wyniki. Mogę śmiało stwierdzić, że obecnie żegluje znacznie więcej ludzi niż jeszcze 15 czy 20 lat temu. Co więcej, na żeglarskiej mapie Polski pojawiły się ośrodki, których bez „Błękitnych Żagli” by nie było.

Wpływ programu widać też w wynikach. Coraz lepszych i częstszych w wydaniu naszych żeglarzy. Między innymi dzięki programowi udało nam się zdobyć wiele medali oraz wychować olimpijczyków. W naszej żeglarskiej reprezentacji do Rio w gronie siedmioro zawodników aż trzech było uczestnikami programu Nivea – Błękitne Żagle. Agnieszka Skrzypulec, Kacper Ziemiński i Łukasz Przybytek żeglowali na błękitnych optimistach. Z sukcesami!

Od kilku lat żeglarstwo wspiera inny duży sponsor – Grupa Energa. Zaczęło się od Zbyszka ‚Gutka’ Gutkowskiego i jego udziału w samotnym rejsie dookoła świata w regatach Vendee Globe. Następnie Energa nawiązała współpracę z PZŻ i organizatorami regat Sopot Match Race.

Najbardziej ciekawią mnie założenia i efekty współpracy z PZŻ, która skierowana jest przede wszystkim do młodzieży. To oni są naszą przyszłością. To w nich jest nadzieja i to oni mają najwięcej Energii. Ponownie mamy dodatkową szansę przyciągnięcia do żeglarstwa większej liczby Polaków z których najbardziej pracowici i utalentowani przemierzą morza i oceany oraz będą reprezentować Polskę na Igrzyskach w Tokyo w 2020 roku. Nivea, Energa, dziękujemy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Maj 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego!

Kto z nas nie zna tego starego porzekadła? Wydawać by się mogło, że to kwestia oczywista – lojalność, praca w zespole i wspólny wysiłek – to wartości, dzięki którym możemy osiągnąć znacznie więcej, w znacznie krótszym czasie. A jednak od najmłodszych lat, szkoła i często rodzice uczą nas, że powinniśmy działać w pojedynkę i liczyć przede wszystkim na siebie.

Nie chcę tu nadmiernie krytykować naszego systemu edukacji, który i tak wyróżnia się pozytywnie na tle innych, europejskich i światowych modeli przygotowywania młodych ludzi do życia i pracy. Mimo tego, jest jeden aspekt, na który nie kładzie się moim zdaniem wystarczającego nacisku. Jest nim praca zespołowa. Od początku sami odrabiamy lekcje, sami rozwiązujemy zadania
i choć zdarzają się lekcje, na których młodzież musi współpracować, to wciąż są one zbyt rzadkim zjawiskiem. A przecież w dorosłym życiu, w pracy zawodowej prawie wszystko opiera się na pracy zespołowej. Jeśli chcemy myśleć o sukcesie w prowadzeniu przedsiębiorstwa, musimy być graczami zespołowymi. Podobnie, jeśli pracownicy jakiejś firmy chcą zrealizować mniejszy lub większy projekt – muszą się miedzy sobą efektywnie komunikować, dzielić zadaniami, odpowiedzialnością czyli innymi słowy współpracować. Jedna osoba, po prostu nie jest fizycznie w stanie podołać wszystkim zadaniom.

Sport świetnie rozwija umiejętności pracy w zespole. Jako sportowiec, który zaangażował się w biznes wiem doskonale, o czym piszę. Pomyślicie Państwo – zaraz, zaraz – przecież w sporcie, zwłaszcza w żeglarstwie na niewielkich jednostkach, też się konkuruje i każdy zawodnik walczy o swój medal indywidualnie. To fakt. Ale zanim zawodnik pomyśli o medalu, przechodzi wiele lat szkolenia. Podczas treningów i zgrupowań pracuje z trenerem i zespołem. Bardziej doświadczeni, udzielą cennych wskazówek. Młodsi – zarażą nas zapałem do pracy i chętnie wysłuchują co my mamy do powiedzenia. To niezwykły mechanizm – współpraca na etapie przygotowania przekuwa się na sukces indywidualny. Umiejętności i cechy charakteru każdego członka zespołu wydatnie wpływają na finalny efekt. Każdy w drużynie powinien zajmować się tym, z czym najlepiej sobie radzi i do czego ma największe predyspozycje oraz talent, jedocześnie pozostając w stałej komunikacji z pozostałymi członkami grupy. Tak pracują sportowcy, tak pracującą przedsiębiorcy.

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego! została wyłączona

Jak oni to robią!

Liga żeglarska spod znaku gwiazdy(Star Sailors League) nabiera tempa, systematycznie się rozwija i odkrywa nowe terytoria w żeglarskim świecie. Kolejnym przystankiem obranym przez organizatorów tego cyklu regat był Hamburg. Otrzymaliśmy z Dominikiem zaproszenie do wzięcia udziału w tych zawodach. Przyjęliśmy je nie wiedząc czego możemy się spodziewać. Nigdy wcześniej nie byłem i nie żeglowałem w Hamburgu. Wiedziałem jednak, że jest to jeden z prężniej działających ośrodków żeglarskich w Niemczech z wieloma klubami o wspaniałej historii i tradycji, zlokalizowanych na jeziorze Alster w samym centrum miasta.

Jezioro mniejsze od Zalewu Zegrzyńskiego okazało się bardzo ciekawym akwenem do żeglowania i rozgrywania regat. Wiadomo, wiatr był niestabilny i kręcił ale nie na tyle by uniemożliwić dobry poziom rywalizacji. Wykorzystali to organizatorzy Star Sailors League, którzy nie dosyć że stanęli na wysokości zadania przy realizacji całego wydarzenia, to do tego zastosowali bardzo ciekawą i nowoczesną formułę regat.

Do zawodów przystąpiło 68 załóg z 21 państw(w tym trzy z Polski!). Przez pierwsze trzy dni żeglowaliśmy podzieleni na grupy. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Otóż na tym akwenie nie sposób byłoby się na raz nam wszystkim pomieścić. Ani na trasie a tym bardziej na linii startu. Po rozegraniu 6 wyścigów eliminacyjnych wyłoniono pierwszą trzydziestkę. Reszta niestety zakończyła wtedy regaty.

Na kolejny dzień zaplanowano i rozegrano 4 wyścigi. Przy pięknej pogodzie i dość silnym wietrze żeglowaliśmy wyścig po wyścigu. Każdy składał się z 4 okrążeń. To był jeden z najcięższych dni w mojej karierze. Na koniec policzyłem ilość halsówek i zwrotów zrobiliśmy tego dnia. Wynik 160 zwrotów przez sztag na łódce na której wybranie szotów grota wymaga zaparcia się o przeciwległą burtę i pociągnięcia ich dwoma rękoma przyprawia mnie o ból głowy i wszystkich mięśni.

Walka w tej fazie regat była bardzo zacięta ponieważ tylko dziesięć pierwszych załóg awansowało do ćwierćfinału. Dodatkowym bonusem dla zwycięzcy eliminacji był automatyczny awans do finału. Natomiast druga załoga z eliminacji wchodziła do półfinału. Ten przywilej spotkał właśnie nas.

Finałowe wyścigi rozegrane zostały w sobotę przy pięknej, słonecznej pogodzie. Ćwierćfinał w którym wzięło udział 8 załóg(3-10 miejsca z eliminacji) oglądaliśmy z Dominikiem na ekranie telewizora w klubie.  Nastepnie dołączyliśmy do 5 pierwszych załóg z ćwierćfinału. Dla trzech ostatnich regaty się zakończyły.

Przyszedł czas na półfinał. Rozegraliśmy go po mistrzowsku. Wygraliśmy ten wyścig. Awans do finału dostały pierwsze trzy załogi. Kolejne trzy odpadły z regat i popłynęły do brzegu. Pozostał nam finał do którego dołączyli Włosi, którzy wygrali eliminacje i tak jak wspomniałem wcześniej, zapewnili sobie udział w wielkim finale.

Wielki pod względem liczebności uczestników to on nie był(zaledwie 4 załogi), ale ich jakość, a przede wszystkim poziom i doświadczenie był najwyższej rangi. Po ciężkiej walce wywalczyliśmy trzecie miejsce. Dla nas to fantastyczny wynik biorąc pod uwagę, że były to nasze pierwsze regaty w tym sezonie. Problem polega na tym, że kolejne mamy zaplanowane dopiero w grudniu…

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Jak oni to robią! została wyłączona

Sport to biznes, biznes to sport

Nie ma chyba dnia, żebyśmy na ekranach naszych telewizorów i komputerów nie oglądali reklam, które w jakiś sposób nawiązują do sportu. Zastanawialiście się dlaczego? Odpowiedź nie jest skomplikowana – sport wyzwala jedyne w swoim rodzaju emocje, angażuje, przyciąga i bardzo często kojarzy nam się pozytywnie.

Dziś kontynuuje rozpoczętą w tym roku serię felietonów poświęconą zagadnieniom sportu. Pisałem już m.in. o roli motywacyjnej sportu, o smaku zwycięstwa i umiejętności przegrywania. Dziś skoncentruje się na wpływie sportu na gospodarkę oraz biznes i vice versa. A wierzcie mi Państwo, choć nieoczywisty, ten wpływ jest całkiem spory.

Fakt, że sport budzi dobre emocje i pozytywne skojarzenia szybko wychwycili specjaliści od marketingu. Dziś trudno sobie wyobrazić mecz czy jakąkolwiek relację sportową bez reklam.

W końcu organizacja zawodów i ich relacja także kosztują, a wpływy z reklam pozwalają na pokrycie tych kosztów i dodatkowy, często bardzo znaczący zysk. Widzimy więc reklamy telewizyjne w przerwach w zawodach czy na bandach elektronicznych,  również na kostiumach/koszulkach sportowców. Każda przestrzeń, nawet mała, ma swoja cenę. Trudno się dziwić reklamodawcom, że kiedy tylko jakiś sport znajdzie się na fali wznoszącej, zaczynają walkę o tą najmniejszą choćby część kombinezonu skoczka czy koszulki piłkarza.
I sporo ryzykują, w końcu nigdy nie wiadomo jaki sezon nas czeka. Jeśli udany, to każda zainwestowana złotówka nie tylko pomoże naszym zawodnikom, ale zwróci się reklamodawcy z nawiązką. Dzięki transmisjom telewizyjnym można trafić do większej
i precyzyjniej  określonej grupy odbiorców, a kibice zwiążą się z marką, bo utożsamią ją
z ulubionym sportowcem czy drużyną. Jeśli jednak sukcesów nie będzie, to widzowie na żywo i przed telewizorami nie dopiszą, a efekt tego jest oczywisty.

Niedawno przeprowadzone badania wykazały, że stopa zwrotu zainwestowanych pieniędzy jest najwyższa właśnie w przypadku marketingu sportowego. Dlatego też współpraca biznesu ze sportem i sportu z biznesem kwitnie i nie należy się spodziewać zmiany tego trendu. Tym zresztą lepiej, gdyż jest to współpraca, na której wszyscy korzystają. Sport otrzymuje pokaźny (a zarazem niezbędny) zastrzyk gotówki – finanse otrzymane od reklamodawców pozwalają m.in. szerzej inwestować w infrastrukturę sportową, organizację światowych rozgrywej i turniejów, profesjonalne szkolenie młodzieży
i odkrywanie nowych talentów. Firmy z kolei zarabiają dzięki pozytywnie odbieranej reklamie.

Dało się to zaobserwować szczególnie wyraźnie w roku 2012, kiedy w Polsce odbywała się trzecia największa sportowa impreza świata – UEFA Euro. Suma wydatków marketingowych firm w naszym kraju osiągnęła wówczas nienotowaną wcześniej kwotę – 2,5 mld złotych!
W kolejnych latach wprawdzie widać było pewne spowolnienie, ale i tak jedna impreza sportowa wywindowała rodzimy marketing sportowy na nowy poziom. Jak mawia branża „marketing na dobre pokochał sport”.

Na koniec chciałem przytoczyć przykład z nieco odleglejszego podwórka. Choć marketing sportowy w Polsce stopniowo się rozwija, to trudno porównywać jego skalę do tego co dzieje się za oceanem. Najlepszym przykładem niech będzie blok reklamowy przed finałem Super Bowl – futbolu amerykańskiego, który choć nie cieszy się poza USA znaczącym zainteresowaniem, to w samym kraju porywa tłumy. W telewizji obejrzało go blisko 170 mln widzów, a liczbę odsłon spotów w internecie, szacuje się na 480 mln.

Siła wydarzenia jest tak duża, że wiele firm zdecydowało się wykupić 60 sekundowe spoty, mimo, że cena za 30 sekundowy, to już astronomiczne 5 mln dolarów!

No cóż, trochę nam jeszcze do tego poziomu brakuje, ale skoro marketing pokochał sport na dobre, to z pewnością zmierzamy w tym właśnie kierunku. I jestem pewien, że z korzyścią zarówno dla sportu, jak i biznesu.

Mateusz Kusznierewicz

 

By | Marzec 15th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Sport to biznes, biznes to sport została wyłączona

Razem czy osobno?

Czy żeglarstwo to sport indywidualny czy zespołowy? Podejmę próbę odpowiedzi na to pytanie bynajmniej nie wskazując liczby członków załogi żeglujących na jachcie.

Rozpocznę od zwrócenia uwagi na bardzo ważny etap życia każdego człowieka jakim jest edukacja w szkole. Przyzwyczajenia i umiejętności w niej zdobyte mają w końcu bardzo duże znaczenie w jaki sposób zachowujemy się, działamy i pracujemy w kolejnych latach naszego życia. To co do 18. roku życia wpajane jest młodzieży w szkolnych ławkach, jest często o 180 stopni różne od tego, z czym przychodzi nam się zmierzyć w przyszłości.

Różnic jest wiele. Jedną z najważniejszych jest to, że w szkole zwraca się uwagę głównie na indywidualne osiągnięcia ucznia. Samodzielnie zdaje on klasówki, pracuje na swoje własne świadectwo, a w domu jest pytany o zdobywane samemu oceny. Tymczasem w późniejszej pracy czy w sporcie jest odwrotnie – ważniejsze jest, jak działa twój zespół i jak ty działasz w zespole. Działając w pojedynkę bardzo ciężko, wręcz niemożliwe jest osiągnąć wielki sukces. Dlatego też uważam, że szkoły powinny kłaść większy nacisk na pracę w zespołach. Uczyć współpracy, podziału obowiązków, umiejętności myślenia w kategoriach „my”, a nie „ja”. W sporcie jak również w życiu zawodowym jest to absolutnie kluczowe.

Kolejny problem jaki zauważyłem dotyczy uśredniania. Mamy być dobrzy we wszystkim a nie wybitni w tym do czego mamy predyspozycje i talent. Polskie szkoły są nastawione na pracę odtwórczą. Uczniowie muszą przyswoić zaprezentowaną przez nauczyciela wiedzę, a następnie zdać relację z tego przyswojenia. To kompletne zaprzeczenie kreatywności. Jest ona piętnowana, bo wymaga od szkoły czy nauczyciela dostosowania się do możliwości ucznia, a nie na odwrót. Każdy, kto wyskakuje ponad ten mur, ma trudniej. Uczeń, który dojdzie do rozwiązania zadania matematycznego w inny sposób, niż wymaga tego podręcznik, może być narażony na uzyskanie słabszej oceny. Odwaga w myśleniu nie jest premiowana, a wręcz przeciwnie – może być karcona.

W sporcie a przede wszystkim w żeglarstwie mistrzami zostają osoby wyjątkowe. Często nie są omnibusami. Nie są dobre we wszystkim. Są wyjątkowe i wyróżniają się w jednej dziedzinie. Wyłuskanie takich telentów jest dzisiaj nie lada wyzwaniem.

Zawodnik rzadko kiedy zostawiony jest sam sobie. Od początku swojej przygody ze sportem ma do pomocy trenera. Jeśli trafi na mentora, który stawia na pracę zespołową i dobrą komunikację, szansa na sukces wzrasta diametralnie. Mamy fantastyczne tego przykłady z naszego polskiego podwórka. Współpraca trenerów Pawła Kowalskiego, Cezarego Piórczyka, Zdzicha Staniula i Pawła Kacprowskiego ze swoimi załogami i teamami obfituje dzisiaj w złote medale Mistrzostw Świata i Pucharów Europy! Postawili oni na pracę zespołową pomimo, że w swoich załogach mają indywidualistów.

Inaczej stało się to w polskim Finnie. Zabrakło w nim pracy zespołowej czego efektem będzie brak naszego reprezentanta w Rio. Bardzo nad tym ubolewam bo kocham żeglarstwo a w szczególności klasę na której przeżyłem przygodę swojego życia.

Mateusz Kusznierewicz

By | Marzec 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Razem czy osobno? została wyłączona

Żeglarska Legia

Olympiakos Ateny, Benfica Lizbona, Pogoń Szczecin, Arka Gdynia. To nazwy znanych klubów piłkarskich. Co jeszcze mają ze sobą wspólnego? Otóż każdy z nich posiada sekcję żeglarską. Miło mi poinformować, że do tego grona dołączyła niedawno Legia Warszawa. Stołeczny klub piłkarski obchodzi w tym roku setną rocznicę istnienia. Jest co świętować! Wspaniała historia sportowa, tysiące wychowanych zawodników, klub z wieloma sukcesami na koncie. Piłka nożna jako najpopularniejsza dyscyplina sportowa przyćmiła szereg innych sekcji, które Legia prowadziła i nadal prowadzi.

W Wikipedii czytamy: „Centralny Wojskowy Klub Sportowy „Legia” Warszawa (CWKS „Legia” Warszawa) – wielosekcyjny polski klub sportowy…”.

Mało kto wie, że Legia w swojej historii prowadziła sekcje m.in. bokserską, gimnastyczną, hokeja na lodzie, jeździecką, strzelecką, pływacką, zapasów, rugby, koszykówki jak również żeglarską.

W archiwach Legii znaleźliśmy wyniki z 1951 roku kiedy to drużyna żeglarska zdobyła tutył Mistrzów Polski. W kolejnych latach jednym z najwybitniejszych żeglarzy CWKS Legia był Jan Szloser, który w klasyfikacji indywidualnej sięgał wiele razy po tytuły mistrza Polski żeglując w klasie Finn. Co ciekawe, żona Pana Jana, Krystyna Szloser była wieloletnim pracownikiem redakcji Magazynu Żagle a ich syn Jarosław moim drugim trenerem. Było to za czasów kiedy żeglowałem jeszcze na Optimiście i OK-Dinghy.

Na przełomie ostatnich lat o żeglarstwie w warszawskiej Legii zapomniano. Sam klub przechodził wewnętrzne i właścicielskie zmiany stawiając przede wszystkim na rozwój drużyny piłkarskiej.

Nadszedł jednak dobry czas, możliwości i chęci by żeglarstwo w Legii reaktywować. Wszystko dzięki zaangażowaniu i dobrej woli kilku osób. Przede wszystkim wielkich fanów Legii będących jednocześnie miłośnikami żeglarstwa. Mówię tu o Darku Urbanowiczu i Jurku Mieńkowskim. Pierwszy to znany dziennikarz sportowy. Drugi jest Prezesem Akademii Kusznierewicza. To oni namówili mnie oraz właścicieli i Zarząd Legii do powołania nowej Sekcji Żeglarskiej Legii Warszawa.

Połączenie dwóch tak solidnych marek i organizacji jakimi są Legia i moja Akademia gwarantują sukces tego przedsięwzięcia. Mamy jasno określone cele i plan rozwoju. Posiadamy możliwości ich realizacji. I co najważniejsze, mamy wiedzę oraz doświadczenie. Poprowadzimy dzieci i młodzież taką samą ścieżką rozwoju kariery jaką ja sam przeszedłem. Będziemy rozwijać ich umiejętności, odkrywać pasje i talenty. Wszystko w zgodzie z zasadami fair-play i wartościami jakie niesie ze sobą sport w najczystszej i najlepszej postaci. Naszym marzeniem jest wychowanie grupy żeglarskich mistrzów sięgających po medale na Mistrzostwach Polski, Europy, Świata i Igrzysk Olimpijskich.

Mateusz Kusznierewicz

By | Luty 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Żeglarska Legia została wyłączona

Wirtualne regaty

Na początku roku przyleciał do Polski Phillipe Guigne, założyciel największego na świecie portalu żeglarskich gier on-line. Okazało się, że nie trzeba ruszać się z domu by spotkać wyjątkowych ludzi. Mój dom to Gdańsk w którym wspomniany Phillipe znalazł partnera do rozwoju swojego najnowszego produktu.

Virtual Regatta to nie zwykły serwis www dla miłośników żeglarstwa. To platforma do gier on-line. Niezależnie od pory roku, siły wiatru i strefy czasowej, w wyścigach żeglarskich rozgrywanych codziennie na Virtual Regatta bierze udział kilkanaście tysięcy osób. Na czym polega fenomen tego serwisu?

Myślę, że na początku należy wskazać wzrastającą co roku modę i popularność gier komputerowych. Daleki jestem od promocji siedzenia godzinami przed ekranem komputera ale liczby mówią same za siebie. W gry on-line grają nie tylko dzieci i młodzież ale i dorośli. Walki gladiatorów, loty myśliwcami, bitwy kosmiczne, mecze piłkarskie to chyba najbardziej popularne propozycje rozrywki w wirtualnym świecie. Od szcześciu lat można też żeglować jachtami w krótszych i dłuższych wyścigach po morzach i oceanach.

Virtual Regatta powstał we Francji gdzie żeglarstwo, szczególnie morskie jest niezwykle popularne. Na starcie i mecie każdego ważnego wyścigu oceanicznego pojawiają się miliony kibiców. W ogromnej większości są to francuzi. Serwis Virtual Regatta ma już oczywiście dzisiaj zasięg globalny. W rozmowie z Philippem miałem okazję poznać statystyki serwisu. Drugim po Francji krajem pod względem ilości użytkowników są Stany Zjednoczone, nastepnie Wielka Brytania i Włochy. W czołówce są również Brazylia, Nimcy i Czechy. W Polsce w Virtual Regatta gra średnio sześć tysięcy osób.

Dzięki Virtual Regatta możemy stanąć na starcie chociażby Volvo Ocean Race, Jules Verne Trophy czy Vendee Globe. To co najciekawsze, to uczestnictwo w wyścigu w czasie rzeczywistym. Wymaga logowania do gry nawet kilka razy dziennie by ustawiać kurs jachtu, zmieniać i trymować żagle, sprawdzać prognozę pogody i unikać kolizji z przeciwnikami. W niektórych wydarzeniach do wygrania są nagrody finansowe. Zwycięzca wyścigu on-line Jules Verne Trophy zainkasował kwotę dwudziestu tysięcy Euro. Od niedawna można się też ścigać w wyścigach na krótkiej trasie w tzw. formacie Inshore Race. To propozycja dla żeglarzy regatowych. Takich jak ja.

Czy Virtual Regatta mnie wciągnął? Przyznam się, że tak. Z dwóch powodów: w długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy tak bardzo tęsknie za żeglowaniem, jest to dla mnie najlepszy sposób, by przynajmniej połowicznie poczuć przyjemność ze sterowania jachtem.

Po drugie, dzięki Virtual Regatta rozwinąłem kilka swoich żeglarskich umiejętności. Tak, okazało się, że gra komputerowa może być dobrym treningiem. Ćwiczę między innymi ustawienia na starcie albo rozwiązania taktyczne na kursach z wiatrem. Widok na trasę regat nie z pokładu swojego jachtu a z lotu ptaka daje mi zupełnie inny obraz na rozgrywkę całego wyścigu.

Virtual Regatta prowadzi też własny ranking. Jego sponsorem jest Star Sailors League, organizacja cyklu regat, który opisywałem już wiele razy na łamach Żagli. Bierzemy w niej udział z Dominikiem. Okazuje się, że ranking w żeglarstwie wirtualnym ma olbrzymi wpływ na zaangażowanie użytkowników serwisu. Od momentu jego wprowadzenia, intensywność uczestniczenia w regatach się podwoiła. W dniu w którym piszę ten felieton, na wysokim czternastym miejscu mamy zawodnika z Polski. Trzymam kciuki by wszedł do pierwszej dziesiątki a za jakiś czas wygrał ten ranking.

Mateusz Kusznierewicz

By | Styczeń 1st, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Wirtualne regaty została wyłączona