About Marta Bezubka-Glaza

This author has not yet filled in any details.
So far Marta Bezubka-Glaza has created 11 blog entries.

Fastnet Race

600 milowy wyścig chodził za mną od dawna. Kiedyś musiałem to zrobić! Czekałem na dobrą okazję by ten mój „pierwszy raz” zdarzył się w wyjątkowych okolicznościach. Udało się! Fastnet Race razem z Middle Sea Race, Sydney Hobart i Newport Bermuda nazywane są żeglarskim wielkim szlemem. Tylko Fastnet rozgrywany jest co dwa lata. Na jego starcie staje 400 jachtów! Byłoby więcej gdyby nie limit. Lista zgłoszeń do tegorocznej edycji tych słynnych regat wypełniła się w niecałe 5 minut!

Yacht Club Sopot wynajął bardzo szybki jacht i zebrał załogę. Stanąłem na jej czele. Przed niedzielnym startem zaplanowaliśmy dwa dni treningów. Rozpisaliśmy je co do minuty. Pogoda nam dopisała. Świeciło słońce i wiał wiatr o sile od 15 do 20 węzłów. Idealne warunki! W piątek skupiliśmy się na treningu zmian żagli i manewrów w podziale na wachty. W sobotę było refowanie i doszlifowanie komunikacji pomiędzy departamentami. Dla załogi która spotkała się po raz pierwszy były to bardzo cenne dwa dni treningów.

Start do Fastnet Race nie da się porównać do niczego innego! Żeglowałem w Sydney, w Nowym Jorku, na Sardynii i w Sopocie. To czego doświadczyłem i zobaczyłem w niedzielne południe było fantastyczne! Setki jachtów, wśród nich te największe i najszybsze ściśnięte w cieśninie Solent pomiędzy Cowes a Southamton. Wiatr z kierunku zachodniego sprawił, że przez pierwszą godzinę po starcie żeglowaliśmy halsówkę. Zanim dopłynęliśmy do słynnych skał Needles wykonaliśmy 32 zwroty! Uwierzcie mi, zwrot na 70 stopowym jachcie pod pełnymi żaglami, z uchylnym kilem z setką jachtów dookoła jest nie lada wyzwaniem i wysiłkiem. Na tym odcinku przytrafiła nam się pierwsza i jedyna awaria. Rozerwał nam się fok J4. Zmiana na J2 trwała dłużej niż chcieliśmy. Straciliśmy cenne metry i 8 pozycji.

Po wypłynięciu na wody Kanału Angielskiego rozpoczęliśmy żeglowanie na prądzie. Wspólnie z nawigatorem i kapitanami wacht ustalaliśmy optymalną trasę. Po 4 godzinach od startu przepływaliśmy nieopodal Weymouth. To miejsce gdzie w 2000 roku zdobyłem Mistrzostwo Świata w klasie Finn a w 2012 roku startowaliśmy z Dominikiem w Igrzyskach Olimpijskich. Łezka w oku się pojawiła.

Najbardziej ciekaw byłem jak damy sobie radę w żeglowaniu nocą. Dla mnie było to coś nowego. Okazało się nic trudnego. Strzałem w dziesiątkę był odpowiedni podział wacht oraz 4 godzinne zmiany w dzień oraz 3 godzinne w nocy. Ja byłem obecny przy wszystkich manewrach. Służyłem też pomocą przy jak najlepszym trymie. Najwięcej czasu spędziłem jednak przy kole sterowym i stole nawigacyjnym.

Wielkim przeżyciem było dopłynięcie do słynnej skały Fastnet(na zdjęciu). Jest to znak kursowy na trasie wyścigu. Znajduje się bardzo blisko wybrzeża Irlandii. Fastnet mijaliśmy płynąc tuż za słynnym brytyjskim żeglarzem Alexem Thompsonem, który żeglował na jachcie Hugo Boss. Alex podczas czerwcowej wizyty w Polsce otrzymał honorowe członkostwo Yacht Clubu Sopot. Tak więc Fastnet minęliśmy jako druga załoga klubowa.

Taktycznie rozegraliśmy wyścig bardzo dobrze. 22 miejsce na mecie na 400 jachtów to niewątpliwie nasz wielki sukces! Nie spodziewałem się aż tak dobrego miejsca. Przed nami były tylko dużo szybsze jednostki. Z zawodowcami na pokładzie!

To co robimy wspólnie z Yacht Club Sopot jest wspaniałą przygodą, olbrzymią przyjemnością ale też częścią dużo większego planu. Mamy ciekawy, bardzo ambitny pomysł. Osoby w to zaangażowane nie mają zwyczaju pytać „dlaczego?” tylko mówią „dlaczego by nie?”. To daje nam szanse powodzenia. Sam jestem ciekaw co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że coś dobrego. Dobrego dla polskiego żeglarstwa!

By | Wrzesień 20th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Czy jesteś wystarczająco zdesperowany?

Wiem, że bardzo tego chcesz, możliwe że nawet masz wielkie tego pragnienie ale czy jesteś zdesperowany na tyle mocno, żeby to osiągnąć? Czy sprzedasz swój samochód, wszystkie swoje dobra materialne, będziesz mieszkał pod gołym niebem by spełnić swoje marzenie? Naprawdę?

To początek moich rozmów z osobami, które pragną wejść w zawodowy sport lub rozpocząć kampanię olimpijską. Ludzkie marzenia powstają na skutek tego co widzimy. I chcemy żeby nam się przytrafiło. Wyobrażamy siebie w momencie sukcesu. Na szczycie.

Nagle pojawia się rzeczywistość. Real life. To tak jak z górą lodową. To co wygląda pięknie, o czym marzymy, co wydaje nam się prostą ścieżką do spełnienia marzeń i upragnionego sukcesu widzimy ponad powierzchnią oceanu. Co zatem znajduje się pod powierzchnią? 90% naszej góry lodowej to pot, łzy, zmęczenie, ból, wyczerpanie, wyrzeczenia, brak wygody i komfortu pomnożone przez tysiąc a może i dwa tysiące. Tego nie widać. Do momentu aż się tego nie spróbuje i samemu nie doświadczy.

Sukces, gloria i chwała. Jakże wspaniale gonić za swoimi marzeniami. Robić to co się kocha. To może się wydarzyć. Ale nie musi. Nie zamierzam nikogo zniechęcać. To nie mój cel. Całe moje życie gonię za marzeniami. Pragnę je zdobyć. Wiem jak ciężko to osiągnąć. Wiem też, że należy bardzo chcieć, pragnąć a przede i nade wszystko być zdesperowanym żeby sięgnąć wysoko!

By | Wrzesień 10th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Auto Pilot

Wszyscy już wiemy, że 35. finał Pucharu Ameryki wygrał Emirates Team New Zealand. Pokonali obrońców Oracle Team USA wynikiem 7:1. Ale czy wiecie dlaczego? Jak tego dokonali? Mając jeden z najskromniejszych budżetów i wodując swoją pierwszą testową jednostkę dopiero 1.5 roku po swoich najgroźniejszych konkurentach? Regaty o Puchar Ameryki oglądałem codziennie. Niektóre wyścigi po kilka razy. Obejrzałem każdą konferencję prasową, przeczytałem wiele ciekawych artykułów, wywiadów i komentarzy specjalistów od żeglarstwa. A ponieważ jestem bacznym obserwatorem, dużo czytam, podglądam, nasłuchuję i analizuję to zrobiłem wiele ciekawych notatek. Niektóre z tych wniosków i pomysłów zastosuje w swoich treningach i startach ale także opracuję je i przekażę naszej kadrze zawodników i trenerów w PZŻ.

Wracając do mojego wstępu: co w takim razie zrobili Nowozelandczycy, że pokonali niesłychanie mocnych amerykanów z teamu Oracle, świetnie przygotowanych Szwedów z Artemisa i pozostałych, potencjalnie mocnych pretendentów?

Z moich obserwacji oraz informacji do których dotarłem na ich sukces wpływ miały:

1. Odświeżony skład załogi. Jedynie trymer żagla/skrzydła Glenn Ashby miał na swoim koncie start w Pucharze Ameryki. Katamaranem sterował 26 letni Peter Burling. mistrz olimpijski z Rio de Janeiro i mistrz świata w klasie Moth. To łódki bardzo szybkie na których żegluje się na wietrze pozornym. Tak samo jak w obecnym wydaniu Pucharu Ameryki.

2. Moc generowana przez czterech załogantów dawała ciśnienie w układzie hydraulicznym, który umożliwiał sternikowi i trymerom podnosić oraz zmieniać pochylenie hydroskrzydeł, sterów, trymować foka oraz wychylać oraz skręcać żaglo-skrzydło. Czym więcej mocy w systemie tym więcej możliwości zmiany trymu, dostosowywania do warunków i sytuacji oraz częstszych manewrów. Nowozelandczycy mieli zdecydowaną przewagę w tym obszarze wybierając kolarzy zamiast tradycyjnych grinderów.

3. Układ „kolarski” był również bardziej aerodynamiczny. A przy prędkościach jachtu przekraczających 50 km/h ma to olbrzymie znaczenie. Przekłada się wprost na prędkość jachtu.

4. Sposób trymu żagla-skrzydła na jachcie nowozelandckim był bardziej rozbudowany niż u innych zespołów. Glenn Ashby jako jedyny trymer sterował ustawieniem skrzydła za pomocą konsoli przypominającej X-Boxa lub Playstation. Sam powiedział po regatach, że mógł sterować głębokością, kątami i skrętem wielopoziomowo i równolegle ale także będąc po nawietrznej jak i zawietrznej jachtu. A takiej opcji i wygody przeciwnicy nie mieli.

5. Kluczowe decyzje Kiwi podejmowali w małym zespole. Ich organizacja nie była rozdmuchana jak w przypadku zespołów Oracle, Artemisa czy Land Rover BAR. Pozwoliło im to działać szybko oraz wyjść poza ogólnie przyjęte normy. Momentami wręcz zaszaleć i zaprojektować bardzo ryzykowne i agresywne rozwiązania techniczne. Większość z nich okazała się trafiona i dała im przewagę.

6. W fazie eliminacyjnej przegrali dwa wyścigi z obrońcami trofeum. CEO Grant Dalton przyznał w jednym z wywiadów, że dzięki temu uśpili przeciwnika który był bardzo pewny swojej przewagi. Jak się później okazało, amerykanie przespali okres 3 tygodni i w finale nie mieli załapania do Emirates Team New Zealand.

7. Skipperem zespołu u Nowozelandczyków nie był sternik. Kluczowe i ostateczne decyzje podejmował Glenn Ashby. Dzięki temu młody Peter Burling mógł się skupić na sterowaniu i taktyce. Co okazało się w wielu wyścigach kluczem do sukcesu.

8. Peter Burling miał jeszcze jedną olbrzymią przewagę nad innymi sternikami. W odróżnieniu do nich, nie musiał samemu ustawiać kąta nachylenia hydroskrzydeł i skrzydeł na sterach. To nie on pilnował optymalnego lotu nad wodą. To zadanie w załodze nowozelandzkiej powierzono jednemu z kolarzy. Nie byle komu a Blairowi Tukowi, który w załodze z Burlingiem zdobył złoto w Rio i 4 tytuły Mistrza Świata w klasie 49er. Dzięki napędzaniu hydrauliki nogami miał wolne obie ręce. Ręce które sterowały pewnym małym joystickiem

9. Wszyscy zadawali pytanie co to za joystick? W połowie regat okazało się, że to w ręce Tuka powierzono poziomowanie lotu katamaranu. Ale to zadanie nie takie proste. Szybkość reakcji, przewidywanie przechyleń oraz przyspieszeń jest na takiej jednostce ekstremalnie trudne. I tutaj Nowozelandczycy wymyślili i zrobili coś co dało im niesłychaną przewagę i o czym myślę, że mało osób wie. Otóż okazuje się, że na pokładzie zamontowali autopilota. Komputer, który dzięki dziesiątkom czujników wskazywał jak należy ustawiać kąty nachylenia hydroskrzydeł. Przepisy zakazywały rozwiązania gdzie to komputer sterował hydroskrzydłami. Dlatego Nowozelandczycy zrobili to inaczej. Wspomniany komputer wskazywał Tukowi co ma zrobić. A on dzięki joystickowi ustawiał hydroskrzydła. W obiektywie kamery wyglądało to jakby na małym ekranie który miał przed sobą cały czas grał w jakąś grę.

Tą grę a tak naprawdę wielką batalię Kiwi wygrali w fantastyczny sposób. Wygrali pomysłem i nietuzinkowymi rozwiązaniami technicznymi oraz talentami załogi i organizacyjnym. Trzeba przyznać, że są w tym dobrzy!

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Konkurencja

Ta pozytywna, zbudowana na zdrowych zasadach rywalizacji, walcząca o pozycję lidera i zwycięstwo zgodnie z przepisami i zasadami fair-play jest odbierana i oceniana przez wielu jako jeden z najlepszych mechanizmów rozwoju człowieka, organizacji lub nawet kraju. Dla mnie konkurencja była zawsze znakomitym motywatorem. Kiedy nie chciało mi się iść na siłownię, myślałem o swoich najgroźniejszych rywalach. Wyobrażałem sobie wtedy że oni właśnie teraz są na siłowni. Nie mijały 3 sekundy a już stałem w drzwiach z torbą na ramieniu gotowy do ciężkiego treningu.

Konkurenci są różni. Niektórzy potrafią iść do celu za wszelką cenę. Czasem po trupach. Ja miałem szczęście do rywali z zasadami. Wyznającymi cenne w życiu wartości. Jednym z największych moich rywali był od zawsze Dominik Życki. Znakomity żeglarz. Na wodzie cięliśmy się na całego. Nie zapomnę jak po ciężkim dniu na wodzie przypłynął jako pierwszy na brzeg, wyciągnął swoją łódkę, zwinął żagiel, nie poszedł do hotelu pomimo wielkiego zmęczenia. Czekał przy pomoście aż przypłynę by pomóc mi wyciągnąć moją łódkę. Przybiliśmy piątkę, zwinęliśmy mój żagiel i poszliśmy… pomóc Łukaszowi. Później Rafałowi i innym. Naszym rywalom.

Kiedy zdobyłem swój drugi medal olimpijski postanowiłem zmienić łódkę na większą. Dwuosobową. Nie miałem problemu z doborem załoganta któremu mógłbym zaufać i na którym będę mógł polegać. Z Dominikiem zdobyliśmy wspólnie Mistrzostwo Świata! Kiedyś rywale, dzisiaj załoga. Jeden zespół. W biznesie też tak często bywa. Co więcej, są sytuacje gdy nasz największy rywal zostaje naszym szefem. A wtedy przeszłość i nasza postawa oraz zachowanie mogą odegrać znaczącą rolę. Zawsze o tym pamiętam!

Mateusz Kusznierewicz

By | Sierpień 10th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Dom na kołach

Moje dzieci nie chcą już spędzać wakacji w inny sposób niż w camperze! Raz spróbowały i tak im się spodobało, że na hasło „wakacje” od razu odpowiadają: „w camperze?”. Podróż camperem przypomina rejs jachtem: codziennie inny kemping/marina, codziennie inna dzika polana/zatoczka, zwiedzanie okoliczności przyrody, ciekawych miast, miasteczek, zabytków i ponad wszystko niezależność i wolność.

Miejsca w camperze jest oczywiście mniej niż w hotelowym pokoju. Jednym to przeszkadza, nam wręcz pasuje. Wszyscy jesteśmy blisko siebie, musimy trzymać porządek, wejść w tryb minimalistyczny. Pakowanie ubrań i wyposażenia na wakacje camperem wymaga uwagi i zastanowienia. Człowiek nagle dostrzega jak niewiele jest mu potrzeba do życia i szczęścia. Często sobie powtarzam, że nie ważne kim jesteśmy ani co posiadamy ale co robimy i jak się zachowujemy w danej sytuacji. To dla mnie ma największe znaczenie. Zabieranie ze sobą zbyt wielu rzeczy było przez lata moją zmorą. Teraz przeszedłem na minimalizm i dobrze mi z tym. Szczególnie na wakacjach w camperze.

Koszty wynajęcia i podróży camperem dla czteroosobowej rodziny mógłbym porównać do kosztów wynajęcia dwóch pokoi w czterogwiazdkowym hotelu. W przypadku zagranicznych wakacji po Włoszech, Francji czy nawet w Chorwacji, camperem wyjdzie nawet taniej.

Wakacje w camperze znakomicie Integrują rodzinę. Wszyscy jesteśmy razem. Co chwila ktoś wpada na ciekawy pomysł, wymyślamy gry i zabawy, razem śpiewamy, czytamy i układamy plan podróży na mapie. W camperze każdy ma też swoje obowiązki. Jest to świetna nauka trzymania porządku. Dzieci w mig to chwytają. Spanie na łóżku nad szoferką jest dla nich chyba największą atrakcją. Atrakcji i przyjemności jest na wakacjach camperem dużo więcej. Polecam je odkryć i przeżyć.

Mateusz Kusznierewicz

By | Lipiec 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Wegetowanie w samolocie

Przede mną kolejna podróż. Po wejściu na pokład samolotu spędzę w nim 7 godzin.  Wspaniale! Przecież ja oszaleję! No nie. Co ja będę w tym czasie robił? Zwariuję. Pewno znów co 15 minut będę patrzył na zegarek odliczając czas do lądowania. Jak zwykle wysiądę z samolotu zmęczony. Ledwo żywy. Czy można inaczej?

Oczywiście, że można. Od ponad 20 lat stosuję w podróży metodę wegetowania. Wyciszam na pewien czas swoje emocje, ambicje i myślenie by w ciszy i spokoju spędzić te kilka godzin podróży z jak najmniejszym spadkiem energetycznym. To nie oznacza, że nic nie robię. Często czytam, coś piszę, koncypuję nad nowymi pomysłami lub bieżącymi sprawami. Staram się robić to z zamkniętymi oczami, których spojówki szczególnie podczas długich lotów narażone są na wysuszenie. W podróży zawsze towarzyszy mi muzyka. Mam swoje spokojne, relaksacyjne playlisty idealne w takich momentach.

Po 7 godzinach lotu wyjdę z samolotu w dobrej formie. W sumie to nawet nie będę pamiętał o tej podróży. Nie zauważę jak szybko minęła. Jestem pewien, że tak będzie. Bo tak jest zawsze. Od 20 lat.

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 27th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Sport w nowym PZŻ

Minęło zaledwie kilka dni od wyborów nowych władz naszego związku żeglarskiego. Podkreślam naszego bo przecież to organizacja wszystkich żeglarzy. A nie zawsze tak było. Nie wyobrażam sobie, że od teraz tak nie będzie. Na czele PZŻ stanął Tomasz Chamera. Jako nowy Prezes poprosił mnie o pomoc w dalszym rozwoju części związanej ze sportem. Propozycję przyjąłem. Przyjąłem ją ze spokojem i rozwagą ponieważ była to przemyślana i skonsultowana wcześniej decyzja. Delegaci sejmiku sprawozdawczo-wyborczego wybrali mnie na Vice-Prezesa PZŻ ds. Sportu. To wielki zaszczyt ale też odpowiedzialność. Dziękuje za poparcie i zaufanie. Możecie na mnie liczyć. Ja jednocześnie liczę na Was bo to będzie przecież praca zespołowa na rzecz naszych wspólnych sukcesów.

PZŻ znam bardzo dobrze. Z perspektywy zawodnika. Teraz znalazłem się po drugiej stronie tej organizacji. To ciekawa sytuacja, którą określiłbym jako bardzo dobrą i pozytywną. Jak mało kto wiem i rozumiem czego potrzebują zawodnicy by stale się rozwijać i osiągać sukcesy. Wiem jak wiele dali mi i pomogli Andy Zawieja, Karol Jabłoński czy Tomek Rumszewicz wspierając mnie w roli trenerów. Dlatego oprócz wsparcia zawodników na pewno położymy duży nacisk na optymalizację i podwyższanie poziomu pracy trenerów.

Jesteśmy w procesie opracowywania struktury i schematów działu sportu w PZŻ. Pracujemy nad tym w zespole z Tomkiem Chamerą i Karolem Jabłońskim. Konsultujemy to też z wybranymi zawodnikami, trenerami i rodzicami. Propozycje gotowych rozwiązań będą jeszcze przedmiotem dyskusji i wymagają aprobaty Zarządu PZŻ. Stawiamy na długofalowe, strategiczne podejście i działanie nastawione na efektywność i rozwój żeglarstwa w Polsce.

Jak wygląda nasza wizja dalszego rozwoju sportu w PZŻ? To co napiszę to wstępne pomysły i założenia. Jest jeszcze za wcześnie by potwierdzić czy w takiej formie zostaną wdrożone. Jednak priorytet się nie zmieni: chcemy zbudować solidne fundamenty całej organizacji, nadać kierunki i wybrać takie narzędzia oraz zespół by osiągnąć trzy podstawowe cele: 1.Rozwój zawodników i trenerów, 2.Osiąganie wyników, 3.Wyłuskiwanie talentów.

Fundamentami całej organizacji będą: Biuro Sportu, Komisja Sportu, Zespół Wsparcia Medycznego oraz Performance Team. Każdy z tych czterech zespołów będzie miał lidera. Osobę odpowiedzialną za koordynację pracy zespołu, wyznaczanie tempa działań, osiągania wyznaczonych celów. Tak jak się to robi w biznesie.

Być może najważniejszą nowością będzie Performance Team. Czegoś takiego nie było jeszcze w polskim żeglarstwie, ale jest to na porządku dziennym w Anglii, Nowej Zelandii czy USA! Performance Team to zespół specjalistów, który zajmie się najważniejszymi tematami wpływającymi na wynik: strategią i taktyką, prędkością i analizą. Analizą nie tylko naszych zawodników ale przede wszystkim konkurencji. Opracowywaniem najlepszych rozwiązań taktycznych i strategicznych oraz najlepszych prędkości jachtów i desek, na których startują nasi żeglarze. Zespół tak naprawdę zajmujący się wszystkim: od ustawienia żagli po formy treningu; analizujący, co przynosi sukcesy, a skąd się biorą słabsze dni naszych żeglarzy i dlaczego w pewnych przypadkach konkurenci zdobywają medale z dużą przewagą. Performance Team to także specjaliści od sprzętu: będą szukać nowych technologii, nowych materiałów, optymalnych ustawień żagli, smarów do do dna łódki itp. Zajmą się też aspektem meteorologicznym. To będzie zespół do dyspozycji trenera głównego, trenerów poszczególnych grup i zawodników, by mieli dane oraz materiał, na którym będą mogli pracować.

Poprzeczkę powiesimy wysoko. Cele będą bardzo konkretne: we wszystkich startach dążymy do zdobywania medali na mistrzostwach świata i Europy oraz na Igrzyskach Olimpijskich. Jeśli nasi zawodnicy nie będą na to gotowi w tym roku, to celujemy w przyszły lub za trzy lata. Nie myślimy tylko o konkurencjach seniorskich, ale też juniorskich i klasach nieolimpijskich. Myślimy o wszystkich polskich żeglarzach!

Mateusz Kusznierewicz

By | Kwiecień 25th, 2017|Categories: Bez kategorii|0 Comments

Zielony Smok – sportowy duch wciąż żywy!

Niesamowite ile może się wydarzyć w ciągu jednego regatowego tygodnia. Od ekscytacji i szybkiej żeglugi na własnym oceaniczny jachcie regatowym klasy VO70, poprzez chwilę frustracji po pechowym złamaniu masztu, ciężką pracę, aby móc kontynuować regaty, skończywszy na radości z żeglugi na innych wspaniałych oceanicznych jachtach i miejscu na podium.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy w dzisiejszych czasach i zmieniającym się świecie, istnieje jeszcze w sporcie ten sam duch rywalizacji i wartości jak kiedyś. Start w St.Marteen Heineken Regatta z załogą Yacht Club Sopot pokazał jednak, że jest on wciąż aktualny.

Tuż przed regatami spotkał nas ogromny pech. Żeglując na prawym halsie na kursie na wiatr, pękł saling przez co złamał się nam maszt. Masztów złamałem w swojej karierze kilkanaście, ale tym razem było to przeżycie innego rodzaju. Sterowałem 70 stopowym jachtem z 21 osobową załogą. Kiedy maszt leciał w dół modliłem się, żeby w nikogo nie uderzył. Całe szczęście i najważniejsze, że nikomu nic się nie stało.

W jednej chwili zdaliśmy sobie sprawę, że na tym jachcie nie popłyniemy już w Heineken Regatta. Wszyscy byliśmy przybici. Ale smutek szybko zamieniliśmy w dyskusję jakie mamy opcje i co możemy zrobić by wrócić do gry i wystartować w tych regatach. Nie zamierzaliśmy się poddawać. Jeszcze w drodze do portu rozdzwoniły się telefony. Po 5 godzinach od momentu awarii mieliśmy miejsca dla wszystkich członków naszej załogi! Z perspektywy czasu i całych regat uważam właśnie to za nasz największy sukces.

Zostaliśmy zaproszeni na inne, bardzo ciekawe i szybkie jednostki biorące udział w regatach. To wspaniały dowód na to, jak przyjazne, uczynne i solidarne jest środowisko żeglarskie.

Część załogi, dołączyła do „Monster Project” bliźniaczego jachtu klasy VO70. Inni weszli na pokład „Challengera”, jachtu klasy Whitbread 60. W klasie Ocean Racing zajęli trzecie miejsce, co w zaistniałej sytuacji można uznać za ogromny sukces. Ja, wspólnie z dwoma kolegami dołączyliśmy na jeden dzień do załogi 100 stopowego Swana „Varsovie”. Wrażenia z żeglowania tak olbrzymim i znakomitym nautycznie jachtem opiszę przy innej okazji.

Wynik w regatach przestał być priorytetem. Najważniejsze było to, aby móc kontynuować zawody i cieszyć się atmosferą żeglarskiego święta. Mimo to załogi dawały z siebie maksimum możliwości, co sprawiło, że również na linii mety osiągane czasy były bardzo dobre. Dodatkowym interesującym elementem okazał się fakt, że członkowie jednego klubu stanęli do walki chcąc czy nie chcąc również ze sobą, gdyż oba jachty zgłoszone były w klasie Ocean Racing. To dodało jeszcze więcej emocji. Bardzo pozytywnych emocji. Spotykaliśmy się każdego dnia po wyścigach we wspaniałych nastrojach. Każdy miał swoje opowieści i ciekawe historie.

Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszej okazji do żeglowania na tak wielu jachtach z różną załogą. Był to dla nas w pewnym sensie przyspieszony kurs żeglowania na jachtach oceanicznych. Wielkie uznania dla całej załogi, która pokazała charakter, sportowego ducha, nie poddała się i przede wszystkim została razem do samego końca.

Mateusz Kusznierewicz

By | Marzec 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Zielony Smok – sportowy duch wciąż żywy! została wyłączona

Stoicki spokój

Mam 41 lat. Z natury jestem spokojnym człowiekiem. Taki się urodziłem. Tak też wychowali mnie rodzice. Nie krzyczę, nie unoszę się. Racjonalnie podchodzę do życia i sytuacji w których przychodzi mi się znaleźć. A dzieje się dużo. Każdego dnia mam wyzwania. Nie wszystko układa się po mojej myśli. Doznaję porażek, niepowodzeń. Bardzo często. W ciężkich chwilach zamiast cierpieć i rozpaczać od razu przechodzę do działania. Nie szukam winnych. Szukam rozwiązania. Nie zamykam się w sobie. Prostuję się i biorę głęboki wdech. Jestem gotowy do walki. Do zmierzenia się z problemem.

Sport wychował we mnie duszę wojownika. Ale to nie sport ułożył moją głowę. Mój światopogląd wypracowałem w sobie na przełomie lat. Podróżując po świecie i poznając różnych ludzi. Uważnie obserwując. Po pewnym czasie znalazłem sposób na szczęście.

Owym sposobem jest filozofia nazywana w nauce stoicyzmem. Modelem stoickiego człowieka był mędrzec żyjący w zgodzie z naturą. Kierujący się rozumem. Osiągał szczęście przez wewnętrzną dyscyplinę moralną oraz sumienne spełnianie tych obowiązków, które sam wokół siebie kreował lub spadały na niego naturalną koleją rzeczy. Co ważne odcinał emocje od zdarzeń zewnętrznych na które nie miał wpływu. Towarzyszyły mu zawsze wartości i zasady zgodne z naturą i szanujące innych ludzi.

Zabrzmiało prosto i ciekawie? A jakże! Ja to kupuję. Co więcej, lubię to i nie zamierzam zmieniać. W dzisiejszym dynamicznie zmieniającym się świecie, falach radości i smutków, sukcesów i porażek, dobra i zła, różnic i napięć oraz coraz większych podziałów niektórzy twierdzą, że idzie zwariować. A ja nie chcę zwariować. Dlatego używam głowy i rąk by tworzyć ciekawe i wartościowe rzeczy na które mam realny wpływ. To na tym skupiam swoją energię i emocje. Pragnę zmieniać świat na lepsze, uczestniczyć w jego rozwoju ale robię to przede wszystkim wtedy i tam gdzie będą zauważalne efekty. Oszczędzam natomiast emocje i czas na rzeczy na które nie mam wpływu.

Mam za sobą kolejny udany dzień. Takiego samego Wam życzę!

Mateusz Kusznierewicz

By | Styczeń 11th, 2017|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Stoicki spokój została wyłączona

Nowy rekord!

W światowym żeglarstwie morskim ustanowiono kolejny rekord. W słynnych regatach Rolex Sydney Hobart Yacht Race stu stopowy jacht Perpetual LOYAL pokonał sześciuset milową trasę w czasie zaledwie jednej doby, 13 godzin i 31 minut!

Ponieważ coraz bardziej interesuję się żeglarstwem morskim, śledziłem przygotowania, start i przebieg tego wyścigu z dużą uwagą. Na kilka dni przed jego rozpoczęciem wiadomo było, że jest duża szansa na pobicie dotychczasowego rekordu. Prognozy pogody a przede wszystkim kierunek wiatru zapowiadały wręcz idealne warunki. Faworytów było kilkoro. Pod nieobecność zeszłorocznego zwycięzcy jachtu Comanche, bukmacherzy najwięcej szans dawali załodze słynnego Wild Oats XI. Po 15 godzinach wyścigu byli na prowadzeniu jednak awaria systemu do kantowania kilu wykluczyła ich z dalszej rywalizacji. Musieli się wycofać. Perpetual LOYAL zwyciężył i ustanowił rekord na którego poprawienie będziemy musieli zapewne poczekać kilka jak nie kilkanaście lat.

I właśnie o tym nowym rekordzie mówi się w Australii najwięcej. Miałem przyjemność odwiedzić Australię i moje ukochane miasto Sydney w czasie trwania tych regat. Kiedy jachty dopływały do mety w Hobart na Tasmanii byłem na miejscu i bacznie obserwowałem czy i w jaki sposób Australijczycy żyją, śledzą i komentują te regaty.

Tradycja żeglarska w tym kraju jest olbrzymia. Australijczycy jako pierwsi wyrwali z rąk Amerykanów żeglarskiego Świętego Graala. W 1983 roku zwyciężyli w regatach o Puchar Ameryki. Podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Rio zdobyli najwięcej medali(cztery). Zatoka w Sydney, w Melbourne, akweny u wybrzeży Perth, Brisbane czy Adelajdy nie tylko w weekendy wypełnione są żaglami.

To przekłada się na rozpoznawalność tego sportu w społeczeństwie. Na próbę poszedłem do zwykłego baru w centrum miasta by sprawdzić co przypadkowo zapytane osoby powiedzą mi o wyścigu z Sydney do Hobart. Na sześć zapytanych osób, cztery powiedziały mi o awarii Wild Oats i nowym rekordzie. Dwoje z nich wymieniły nawet nazwisko właściciela jachtu,  Anthonego Bella(znany biznesmen). Jedna osoba obserwowała nawet na żywo start do wyścigu. Ze swoją rodziną piknikując w jednym z położonych nad wodą parków.

Australijczycy wiedzą o tych słynnych regatach przede wszystkim z mediów. Gazety, radia, telewizje i oczywiście wszechobecny internet rozpisują się o zmaganiach na oceanie. Podczas ostatniego tygodnia roku, nie było medium, które w ciągu dnia nie wspomniałoby o tych regatach. Co ciekawe, nie pisali tylko o liderach. Dużo historii i zdjęć poświęconych było żeglarzom i żeglarkom, którzy brali udział w tych regatach po raz dziesiąty, dwudziesty a nawet trzydziesty. Życzyłbym sobie by któraś z ogólnopolskich stacji telewizyjnych zrobiła choć w połowie tak obszerny materiał o żeglarzu rekordziście np. Błękitnej Wstęgi Zatoki Gdańskiej lub regat Poloneza.

Kilkoro z moich kolegów, australijskich żeglarzy było w załodze jachtów z czołówki. Z Tomem Slingsby(Perpetual LOYAL) nie udało mi się spotkać. Prosto z Hobart musiał wracać na Bermudy gdzie w czerwcu będzie bronił Pucharu Ameryki w załodze Oracle USA Team. Natomiast długą i ciekawą rozmowę o wrażeniach z wyścigu miałem z moim dobrym znajomym, rywalem z czasów Finna, Anthonym Nossiterem. Słynny Nocka sterował 70 stopowym jachtem Black Jack. Zajęli dobre czwarte miejsce. Poznałem wiele szczegółów i historii spośród których najciekawsza była ta o procesie przygotowania załogi i jachtu do tych regat. Otóż okazuje się, że praca nad jachtem, przede wszystkim jego modyfikacje, projektowanie i produkcja nowego masztu, bomu, żagli, wydłużenie kila i zmiana kształtu bulby trwały cały rok. Wszystko z myślą o Sydney-Hobart. By zająć w nim jak najlepsze miejsce. Podjąć próbę pobicia rekordu.

Podoba mi się ta ich motywacja i zdrowe podejście do rywalizacji. Wzajemnie podnoszą sobie poprzeczkę co sprawia, że oglądamy wspaniałe widowisko, na bardzo wysokim technologicznie i sportowo poziomie będąc świadkami ustanawiania historycznych rekordów nie zapominając o wspaniałej, wieloletniej tradycji. To lubię i cenię w tym naszym żeglarstwie.

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 30th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Nowy rekord! została wyłączona

Od żeglarzy dla żeglarzy

Wizja i koncept Star Sailors League są już gotowe i sprawdzone. Powstały z potrzeb, pytań i dyskusji doświadczonych żeglarzy. To wyjątkowa grupa mistrzów olimpijskich, zwycięzców Pucharu Ameryki oraz Volvo Ocean Race. Wszyscy zaangażowali się w pomysł, który ma szansę wprowadzić nowe, ciekawe rozwiązania do współczesnego jachtingu regatowego.

Podczas grudniowego finału Star Sailors League na Bahamach, odbyła się konferencja prasowa, na której padły ciekawe opinie i pomysły. Warto je poznać, bo mogą w przyszłości decydować o ważnych zmianach w światowym żeglarstwie.

Torben Grael – BRA. Pięciokrotny medalista olimpijski. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup. Nowy wiceprezydent World Sailing – “Myślę, że światowa federacja World Sailing mało myśli o żeglarzach. Mają pomysły i narzędzia, ale nigdy nie zapytali samych żeglarzy co myślą i czego potrzebują. A to uważam za duży błąd. Dlatego zgłosiłem swoją kandydaturę do Zarządu World Sailing. Zamierzam to zmienić. Siłą Star Sailors League jest formuła sprawdzona w praktyce. Każde rozwiązanie organizacji regat, czasu, logistyki i kalendarza wyszło jako propozycja od żeglarzy i zostało przez żeglarzy poddane dyskusji, zaakceptowane lub odrzucone.”

Paul Cayard – USA. Medalista olimpijski, mistrz świata w klasie Star z 1984 roku. Zwycięzca Volvo Ocean Race i Louis Vuitton Cup – “Zacząłem żeglować na Starze w wieku 17 lat. Zaledwie kilka lat temu… To była znakomita szkoła żeglarstwa. Dzięki temu zdobyłem wiedzę i doświadczenie, by później sięgnąć po sukcesy w Pucharze Ameryki i regatach oceanicznych. Myślę, że klasa Star to znakomita platforma do nauki oraz możliwość równiej rywalizacji młodych ze starszymi, olimpijczyków z klasy Finn, 470, Laser, 49er, zawodowców z match-racingu, Pucharu Ameryki i innych formatów żeglarstwa.”

Jochen Schuman – GER. Trzykrotny złoty medalista olimpijski. Dwukrotny zdobywca Pucharu Ameryki – „Kocham żeglować i to na różnych jachtach. Ale tylko na Starze mam szansę ścigać się na równym poziomie z tak różnymi zawodnikami. Format Star Sailors League bardzo się sprawdza. Rozgrywa się 9 lub 11 wyścigów eliminacyjnych. Zwycięzca przechodzi od razu do finału, a drugi do półfinału. Mają w ten sposób premię za dobrą fazę eliminacyjną. Ostatniego dnia regat pierwsza dziesiątka ściga się w trzech wyścigach. W ćwierćfinale staruje 8 zawodników. Pięciu przechodzi do półfinału. W półfinale startuje sześciu, do finału przechodzi trzech. W finale mamy cztery załogi. Kolejność na mecie finałowego wyścigu, to kolejność w regatach. Proste, zrozumiałe i warte stosowania w innych imprezach żeglarskich!”

Craig Monk – NZL. Pięciokrotny zdobywca Pucharu Ameryki. Brązowy medalista olimpijski w klasie Finn – „Sam Meech (również reprezentant Nowej Zelandii) z którym żeglowałem w tych regatach, zdobył podczas Igrzysk w Rio brązowy medal w klasie Laser. Urodził się w 1992 roku, kiedy ja zdobyłem swój medal w Barcelonie. Wczoraj razem wygraliśmy tu wyścig! Tak sytuacja pokazuje, jak wyjątkowe są to regaty”

Facundo Olezza – ARG. 22 lata. Wygrał dwa wyścigi w Rio w klasie Finn – „To wspaniałe móc stanąć tu na starcie regat z moimi idolami z dzieciństwa. Gdyby nie Star Sailors League nie miałbym możliwości nawet ich spotkać i poznać osobiście. Rywalizacja z nimi jest wspaniała. Kiedy osiem lat temu żeglowałem na Optimiście moim idolem był Robert Scheidt. Kiedyś przyjechał na regaty wręczać nam nagrody. I mam to zdjęcie do dzisiaj…”

Sime Fantela – CRO. Mistrz świata w klasie Optimist i 470. Złoty medalista olimpijski z Rio w klasie 470 – „Świat żeglarstwa nabiera tempa. Pojawiają się coraz to szybsze jednostki. Niektóre unoszą się nad wodą. Prędkość pobudza emocje. Jednak to co dla żeglarstwa i żeglarzy jest równie ważne, a może nawet najcenniejsze, to bliska rywalizacja. Wtedy widać akcję, zmianę lidera. Wtedy widzowie usiądą na krawędzi fotela… Stres i emocje tworzą rozrywkę. W żeglarstwie drzemie potencjał na stworzenie wielkiego show. Jesteśmy na dobrej drodze żeby to wykorzystać.”

Mateusz Kusznierewicz

By | Grudzień 14th, 2016|Categories: Bez kategorii|Możliwość komentowania Od żeglarzy dla żeglarzy została wyłączona